Jan Burakowski - GŁOWY WAWELSKIE

Jednostka, którą własne czyny i myśli – a czasem tylko zbieg okoliczności – wyodrębniły z nieprzeliczonych tłumów zwykłych ludzi, bezimiennie po śmierci znikających w niebycie, posiada dwa odrębne i bardzo luźno związane ze sobą żywoty: fizyczny kończący się z chwilą śmierci i mitologiczny – znacznie dłuższy, czasem niemal wieczny.
Żywoty te, aczkolwiek wychodzące z tego samego punktu, toczą się osobnymi torami i z biegiem czasu różnicują coraz bardziej. Bohater mitologiczny niekiedy przekształca się w świadomości potomnych (a niekiedy także już współczesnych) w postać, której kontury mają niewiele, a czasem i nic, wspólnego z fizycznym pierwowzorem.
Niedoścignionym wzorcem mitologizacji jest Maria, matka Jezusa. Ze skąpych źródeł ewangelicznych wyłania się wielodzietna kobieta „z ludu", być może nawet niezupełnie rozumiejąca i aprobująca nauki swego wielkiego Syna (zob. choćby Ewangelia według Mateusza: 12, 47-50, 13, 54 - 58). Dwa tysiące lat tradycji kościelnej uformowało zupełnie inną postać. Maria realna (ewangeliczna) mogła być wyłącznie symbolem macierzyńskiej miłości i bezsilnego matczynego bólu. Czy też patronką matek reformatorów, myślicieli, rewolucjonistów – bezsilnie patrzących na tortury, krzyżowania, palenie na stosach synów. Matka staje się ulubioną patronką zdobywców i oprawców – od krzyżowców i hiszpańskich konkwistadorów poczynając, przez dońskich Kozaków do „patriotów" z Narodowych Sił Zbrojnych. Ba! Musi często ze sobą  samą krwawo walczyć (vide: Kozacy pod chorągwiami z wizerunkiem Matki Boskiej Kazańskiej naprzeciw pol-skich powstańców styczniowych, których chroniły ryngrafy z Matką Boską Częstochowską).  Maryjne mitotwórstwo jest zadziwiająco płodne i żywotne. Wykaz oficjalnych tytułów i świąt z Nią związanych zajmuje kilka stron druku. Niektóre dogmaty maryjne są bardzo świeżej daty: dogmat o niepokalanym poczęciu Najświętszej Marii Panny papież Pius IX ogłosił 8 grudnia 1854 roku, a Matką Kościoła proklamował ją papież Paweł VI 21 listopada 1963 roku (na wniosek biskupów polskich).
Polska ma bardzo żyzną glebę dla mitotwórstwa związanego z historią państwa i narodu. Ma to swoje uzasadnienie w specyfice historii Polski. Prawie połowa naszych dziejów to niewykorzystane szanse, upadek i degradacja państwa i społeczeństwa, a następnie trudne odrodzenie też znaczone niewykorzystanymi szansami i klęskami, przeważnie zawinionymi przez samych Polaków. To prawdy gorzkie, jak większość lekarstw, więc przyjmuje się je niechętnie, zastępując milszymi pół- i ćwierć prawdami. Efekt jest zdumiewający: w naszej mitologii narodowej na gwiazdy pierwszej jakości wyrastają mitomani, a nawet skrajni awanturnicy czy też zgoła postaci o mniej niż miernym dorobku i zasługach, a w cień usuwani są pracowici i przezorni budowniczowie na-rodowej tożsamości, usiłujący w chwilach skrajnych klęsk ocalić cośkolwiek z budowanej przez pokolenia substancji narodowej.
Tak więc Bolesław Chrobry – owszem pierwszy władca Polski znany w całej Europie, ale rabuś i okrutnik, który przywiódł młode państwo polskie na skraj przepaści, przesłania swego wielkiego ojca, Mieszka I, który zbudował solidne podwaliny dużego państwa. Czemu? Bo Bolesław wy-szczerbił swój miecz o bramy Kijowa, panował w Pradze czeskiej i był przez 30 lat postrachem wszystkich sąsiadów, a Mieszko tylko skrzętnie budował. Czcimy pamięć Piotra Wysockiego i jego młodocianych kompanów – podchorążych i studentów, którzy wymordowali generalicję Królestwa Polskiego i wywołali tragiczne powstanie listopadowe, a nikłe zainteresowanie budzi rząd Królestwa Kongresowego budujący porządne i zamożne państwo. Zniszczono pomniki polonofila Aleksandra I – twórcy Królestwa Polskiego, dzięki któremu przetrwała okres zaborów polska substancja narodowa.  Bardzo czcimy pamięć o 20-letnich „generałach" i „ministrach" powstańczego „Rządu Narodowego" 1863 r., a nie uznaliśmy za słuszne, aby Aleksander Wielo-polski, z powodzeniem zabiegający o autonomię Królestwa w ramach cesarstwa rosyjskiego, był patronem choćby niewielkiej uliczki w Warszawie.
Mitologia narodowa, wypaczając obraz dziejów Polski i zasługi dla rozwoju substancji narodowej, ma się bardzo dobrze, wręcz rozkwita, także w XX i XXI wieku. Pouczającym przykładem z ostatnich dni, ukazującym przesłanki sprzyjające rodzeniu się mitów, jest przypadek Lecha Kaczyńskiego. Prezydent zginął w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem wraz z kilkudziesięcioma przedstawicielami elity politycznej Polski. Katastrofa zmieniła radykalnie, z dnia na dzień, postrzeganie wymiaru i konturu tej postaci. Do chwili śmierci był jednym ze znaczących polityków polskich, ale bez cech i dokonań kreujących męża stanu. Jego i jego brata Jarosława, kariera po-lityczna opierała się na dwu filarach zbudowanych z zupełnie innych substancji: odwołania się do romantyczno-mesjanistycznej wizji historii Polski oraz krytycznej ocenie polityki liberalnej realizowanej w Polsce po 1989 roku (w „III Rzeczypospolitej"). Romantyczny mesjanizm zjednywał Kaczyńskim zwolenników z kręgów tradycyjnych „Polaków – katolików", silnie wierzących, że tragizm doświadczeń Polski ostatnich 400 lat to nie skutek win Polaków, ale wyłącznie drapieżności jej sąsiadów, a wszelkie zrywy niepodległościowe, nawet skrajnie nieodpowiedzialne, służyły zachowaniu polskości i zasługują na szacunek. Tak samo jak zasługują na potępienie wszel-kie przejawy rozwijania i organizacji życia polskiego w ramach i przy akceptacji państw zaborczych.
Natomiast krytyczny stosunek do polityki III Rzeczypospolitej przyciągał do Kaczyńskich ludzi skrzywdzonych przemianami, a także zdających sobie sprawę z negatywnych dla Polski i świata liberalnych, i globalistycznych recept na organizację gospodarki i życia społecznego. Polityce Kaczyńskich nie sposób odmówić wielu racji i interesujących propozycji.
„Karta Katyńska" była i jest jednym z podstawowych narzędzi polityki Kaczyńskich – tak na arenie międzynarodowej, jak i w polityce krajowej. W polityce zagranicznej mord katyński ma symbolizować „azjatycką" dzikość Rosjan, którzy zawsze i wszędzie są największym zagrożeniem dla Polski i całego Zachodu, a jednocześnie dokumentować „zdradę interesów polskich" przez sojuszników zachodnich, którzy w trosce o globalne losy II wojny światowej nie kwapili się do nagłośnienia tej sprawy. Na arenie krajowej przemilczanie tej kwestii przez polityków Polski Ludowej miało świadczyć o ich zaprzaństwie narodowym i wasalstwie wobec Rosji. („Kłamstwo katyńskie było mitem założycielskim PRL-u"). Mimo, że już od początków lat 90-tych XX wieku wszelkie okoliczności zbrodni są znane, a władze Rosji od 1991 roku wielokrotnie przepraszały Polaków i przyznawały, że odpowiadają za nią władze ZSSR, sprawa Katynia i harmider wokół niej z roku na rok olbrzymieje. W cieniu Katynia bladły i wręcz znikały z zainteresowań polskich elit politycznych wydarzenia z czasów II wojny, znacznie dotkliwsze dla Polaków, takie na przy-kład jak wymordowanie przez nazistów jesienią 1939 roku polskich elit społecznych na ziemiach włączonych do Rzeszy („Intelligenzaktion"), masakra ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej przez nacjonalistów ukraińskich w latach 1943/1944 czy też lekkomyślność grupy dowódców AK, inicjujących Powstanie Warszawskie (także w tych wydarzeniach obóz Kaczyńskiego dostrzega „rękę Moskwy").
Lech Kaczyński zginął w drodze na obchody kolejnej rocznicy (70) Katynia. W drodze na imprezę o specyficznym charakterze, w której elementy polityki krajowej i międzynarodowej splotły się ściśle z interesami Prezydenta i jego obozu.
Jak wiadomo oficjalnie, międzypaństwowe obchody rocznicy katyńskiej, z udziałem premierów Polski i Rosji oraz wielu polityków i działaczy odbyły się 7 kwietnia 2010 roku. Połączone były z akcentami ważnymi dla pojednania polsko-rosyjskiego (hołd premiera Rosji dla ofiar, przekazanie Polsce dalszych materiałów dokumentujących zbrodnię). Lech Kaczyński poczuł się zmarginali-zowany brakiem oficjalnego zaproszenia jego osoby i zorganizował 10 kwietnia imprezę z udziałem rodzin katyńskich i wielu przedstawicieli władz polskich. Na tej imprezie miał wygłosić prze-mówienie, owszem wzywające do pojednania narodów, ale raz jeszcze podkreślające winy Rosjan i wzywające do pełnego wyjaśnienia zbrodni. Tak więc Prezydent Lech Kaczyński miał zaistnieć jako lepszy patriota i pełniejszy reprezentant społeczeństwa polskiego niż premier Donald Tusk, który rzekomo 7 kwietnia już zaczął sprzedawać interesy Polski.
Jak wykazały późniejsze wydarzenia i okoliczności z nimi związane, przy organizacji lotu do Smoleńska popełniono karygodne błędy: na pokładzie jednego samolotu zgromadzono z inicjatywy Prezydenta dużą liczbę wybitnych polityków i działaczy oraz całą kadrę dowódczą Wojska Polskiego, nie przygotowano należycie lotu (słabo wyszkolona i zintegrowana załoga, brak nawi-gatora rosyjskiego), znacznie opóźniono bez obiektywnych przyczyn wylot samolotu, wreszcie wywierano na załogę samolotu presję, by lądować w Smoleńsku w warunkach zagrażających bezpieczeństwu pasażerów (bo przecież prezydent nie mógł się spóźnić na tak ważną imprezę). Za te niedopatrzenia i uchybienia bezpośrednią odpowiedzialność ponosi w znacznym stopniu kierownictwo Kancelarii Prezydenta i Biuro Bezpieczeństwa Narodowego oraz kapitan samolotu („pierwszy po Bogu" w czasie lotu), nie mówiąc już o całym aparacie rządowym z MON na cze-le.
Szok spowodowany katastrofą zmienił (miejmy nadzieję, że na krótko) postrzeganie zmarłego Prezydenta. Zaczął być postrzegany jako mąż stanu, bohaterski patriota, który zginął, śpiesząc oddać cześć ofiarom sprzed lat i przyśpieszyć pojednanie polsko-rosyjskie.
Obóz polityczny zmarłego Prezydenta (partia Prawo i Sprawiedliwość, inne ruchy i ugrupowania narodowo-katolickie, większość hierarchów Kościoła Katolickiego) wykazał się niebywałym re-fleksem i szybkością działania. Podległe mu środki masowego przekazu (szczególnie publiczna telewizja i radio), w wielodniowym spektaklu podsycały szok, kształtowały sylwetkę Lecha Kaczyńskiego jako wybitnego polityka, nieskazitelnego patrioty, a prywatnie bardzo dobrego i sympatycznego człowieka. Pojawiły się też bez oczekiwania na werdykty odpowiednich komisji i prokuratur, liczne insynuacje, że za katastrofę odpowiedzialni są, bezpośrednio lub pośrednio, Rosja-nie, a także rząd Donalda Tuska. Lech Kaczyński zaczął być kreowany na męczennika za sprawę narodową, godnie kontynuującego walkę o „prawdziwą Polskę" wielu pokoleń Polaków. Zmarła para prezydencka doczekała się królewskiego pogrzebu i grobu na Wawelu, a wiele innych ofiar katastrofy, także tych, których działania lub zaniedbania przyczyniły się do katastrofy, pośmiertnych awansów i odznaczeń (notabene: pośmiertne awanse i ordery nie za życiowe dokonania, a za śmierć we właściwym momencie staje się polską specjalnością – raczej niezrozumiałą dla innych nacji). Ale znacznej części Polaków jego mit będzie bliższy niż realne życie i dokonania.
Sarkofag Marii i Lecha Kaczyńskich umieszczono w bezpośrednim sąsiedztwie grobowca idola braci Kaczyńskich – Józefa Piłsudskiego. Polityka bez porównania większego formatu niż Lech Kaczyński, ale podobnego do niego w tym, że jego mitologiczna sylwetka bardzo odbiega od realnego wzorca.
Józef Piłsudski aktualnie powszechnie postrzegany jest (2010 r.) jako gigant historii Polski, jedna z najbardziej zasłużonych jednostek w historii Polski (zob. rankingi wybitnych Polaków). Przeciętny Polak, nie znający szczegółowo historii Polski, z jego działalnością wiąże odzyskanie przez Polskę niepodległości po zaborach, duże rozmiary terytorium II Rzeczypospolitej, szybkie zorganizowanie w latach 1918-1919 dużej armii z powodzeniem (choć nie wszędzie) walczącej o gra-nice (a wszystkie trzeba było w latach 1918-1922 kształtować siłą oręża), ocalenie Polski przed podbojem przez bolszewicką Rosję w 1920 roku, budowanie ze zróżnicowanych populacji trzech zaborów jednolitego narodu, budzenie patriotyzmu i szacunku dla silnego państwa. Na tablicy pamiątkowej w Olsztynie, przy ulicy jego imienia, możemy wręcz wyczytać, że Józef Piłsudski był „twórcą państwa polskiego".
Zasługi Pierwszego Marszałka odrodzonej Polski (tytuł ten przyznała ówczesnemu Tymczasowemu Naczelnikowi Państwa Centralna Komisja Weryfikacyjna 19 marca 1920 roku) dla odrodzenia Polski i kształtowania jej granic są ogromne i niepodważalne. Ale dla kogoś znającego przebieg ówczesnych wydarzeń jest równie oczywiste, że Piłsudski był tylko jednym z kilku wiel-kich „ojców niepodległości" i że popełnił wiele błędów. A także, że za jego błędne decyzje, fobie i wytyczone przez niego kierunki myślenia politycznego historia wystawiła narodowi polskiemu bardzo wysokie rachunki. Gdyby na czele powstającego państwa w 1918 roku stanął inny polityk, efekty państwowotwórcze mogły być nie mniejsze, a osiągnięte mniejszym kosztem i mniej złowróżbne w przyszłości.
Na ukształtowanie się osobowości i poglądów Józefa Piłsudskiego decydujący wpływ wywarły miejsce urodzenia i środowisko społeczne z którego się wywodził. Kresy Wschodnie, opromienione twórczością wieszczów narodowych, z odwiecznymi tradycjami walki z Rosją (Moskwą), świeżymi wspomnieniami powstania styczniowego, z oazami polszczyzny i „zachodniej kultury" na morzu ruskiego chłopstwa – to była Polska Piłsudskiego. Zachodnich dzielnic Polski zupełnie nie znał, mentalność Wielkopolan czy też Ślązaków była mu obca i podejrzaskich pod patronatem Rosji? Takiego problemu Piłsudski nie analizował. Dla niego bezdyskusyjnym priorytetem była walka z Rosją i ocalenie polskości na Kresach Wschodnich.
Józef Piłsudski długo lojalnie współpracował z  Austro-Węgrami i Niemcami. Dopiero, gdy zarysowała się realna możliwość klęski państw centralnych, współpracę tę rozluźnił, a potem zerwał (zaprzestanie rekrutacji do Legionów, dymisja z funkcji komendanta I Brygady, odmowa złożenia przysięgi na wierność cesarzowi Niemiec przez część legionistów, podjęcie działań antyniemieckich przez Polską Organizację Wojskową). Ale to już w drugiej połowie 1917 roku. To spowodowało internowanie części legionistów w Szczypiornie, a samego Piłsudskiego w twierdzy w Magdeburgu. Należy jednak pamiętać, że odmówiło przysięgi tylko około połowy legionistów (większość z I Brygady i część z III), pozostali do końca wojny walczyli po stronie Centrum (w Polskiej Sile zbrojnej – Polnische Wehrmatch, Polskim Korpusie Posiłkowym i armii austro-węgierskiej). To było przyczyną, że na konferencji pokojowej, ustalającej powojenny porządek w Europie, Polska i jej przywódca Józef Piłsudski traktowani byli  z nieufnością – w przeciwień-stwie do Czechosłowacji, która, mimo że jej ziemie przed wojną wchodziły w skład Austro-Węgier, wniosła wkład militarny w pokonanie państw centralnych.
Usytuowanie „problemu polskiego" na politycznej scenie europejskiej radykalnie zmieniły wyda-rzenia w Rosji – obalenie caratu (5 III 1917 roku), a szczególnie rewolucja Październikowa (9 XI 1917 r.). Rosja z czołowego członu Ententy przekształciła się w państwo komunistyczne wyco-fujące się z wojny, lecz stanowiące poważne zagrożenie ideologiczne tak dla Niemiec, jak i dla dotychczasowych sojuszników. We wszystkich krajach biorących udział w I wojnie, wyniszczo-nych wojną, narastały tendencje pacyfistyczne i rewolucyjne. Zwycięscy komuniści rosyjscy byli atrakcyjnym wzorcem i praktycznym oparciem dla swych towarzyszy na Zachodzie. W tej sytuacji powstanie silnego państwa polskiego o orientacji antykomunistycznej, stanowiącego „kordon sanitarny" odgradzający „Europę" od „zarazy bolszewickiej" było pilną, a nawet nieodzowną po-trzebą, którą akceptowali tak Niemcy (w których narastały tendencje rewolucyjne) jak i Ententa. Taki rozwój sytuacji otworzył wielkie perspektywy przed Piłsudskim, gdyż był on jedynym pol-skim politykiem dysponującym możliwościami szybkiego opanowania sytuacji na ziemiach pol-skich. Miał do swojej dyspozycji nielicznych, ale zaprawionych w bojach żołnierzy Legionów, ślepo mu podporządkowanych, dysponował także do końca okupacji niemieckiej siecią Polskiej Organizacji Wojskowej na ziemiach Kongresówki. To był trzon, wokół którego mogła kształtować się duża armia polska. W jej skład weszli żołnierze polscy z armii niemieckiej, austriackiej i rosyjskiej, liczne ochotnicze oddziały polskie powstałe w Rosji po obaleniu caratu oraz armia pol-ska uformowana przez Ententę we Francji („Błękitna Armia" gen. Józefa Hallera). (Doskonale wyszkolona i uzbrojona odegrała później dużą rolę w walce z bolszewikami i Niemcami). A przede wszystkim miał Piłsudski ambicję i żelazna konsekwencję w dążeniu do władzy, czego brak było innym wybitnym przywódcom polskim o „formacie gabinetowym". Nic dziwnego, że na przywództwo Piłsudskiego skwapliwie zgodzili się tak Niemcy, znający go jako utalentowanego dowódcę i lojalnego sojusznika jak i rządy mocarstw Ententy. Te ostatnie po dłuższych waha-niach, gdyż był on przecież niedawno ich zaciętym wrogiem. Ententa od dawna (20 IX 1917 r.) za prawowitego reprezentanta Polski uznawała Komitet Narodowy Polski w Paryżu z Romanem Dmowskim i Ignacym Paderewskim (oni też reprezentowali Polskę na konferencji Pokojowej w Paryżu i Wersalu ustalającej powojenne granice i porządek w Europie). Rada Regencyjna Króle-stwa Polskiego (obejmującego tylko „ziemie panowaniu rosyjskiemu wydarte") powołana z woli cesarzy przez generałgubernatorów niemieckiego i austriackiego we wrześniu 1917 roku, przeka-zała Piłsudskiemu 11 listopada 1918 roku dowództwo nad armią polską a 14 listopada także peł-nię władzy cywilnej. Te decyzje postawiły więc niejako Ententę przed faktem dokonanym. A 22 listopada 1918 roku Józef Piłsudski, dekretem podpisanym przez samego siebie, mianowany został Tymczasowym Naczelnikiem Państwa (do czasu powołania konstytucyjnych władz). We wspomnianej rozmowie z hr. Kesslerem Piłsudski zapewnił, że jest w stanie w krótkim czasie stworzyć kilkusettysięczna armię polską, zdławić tendencje rewolucyjne na ziemiach polskich i stawić czoło bolszewikom. Te przyrzeczenia zrealizował w pełni (już w połowie 1919 roku armia polska liczyła ponad 500 tys. żołnierzy, a w połowie 1920 roku – prawie milion). Mylił się natomiast Piłsudski co do chęci Polaków do walki o Poznań czy Prusy Zachodnie (Pomorze). Był przekonany, że oporu Niemiec nie da się przezwyciężyć polskimi siłami, a priorytetem jest walka o Kresy Wschodnie, bardziej – według niego – polskie niż zgermanizowana Wielkopolska czy Pomorze. Inaczej myśleli natomiast „gorsi Polacy" z zaboru pruskiego, chcący zjednoczenia z resztą ziem polskich – jeśli nie można inaczej to własnymi siłami, bez pomocy „Warszawy". Jesz-cze w początkach października 1918 roku wydawało się to nierealne. Niemcy na zachodzie za-częli wprawdzie ponosić klęski, ale utrzymywali front, a nawet podejmowali ofensywy (w lipcu 1918 roku). Mieli tez potężne rezerwy na wschodzie. Stacjonowały tu milionowe armie niemiec-kie, wypoczęte po zawarciu pokoju brzeskiego z Rosją radziecką, dobrze odżywione i mniej prą-ce do pokoju niż zdziesiątkowane wojska na Zachodzie. Wydawało się więc, że droga do całko-witej klęski Niemiec jest jeszcze długa. Sytuacja zmieniła się z dnia na dzień w początkach listo-pada, gdy cesarstwo niemieckie ogarnęło wrzenie rewolucyjne: 3 XI – bunt marynarzy w Kilonii, 8 XI – obalenie monarchii w Bawarii, 5 – 12 XI powstanie komunistyczne w Berlinie i abdykacja cesarza (9 XI). Niemcy przestały się liczyć jako mocarstwo i musiały skupić na opanowaniu sytuacji wewnętrznej. To rzadki w dziejach wypadek, gdy potężne mocarstwo z dnia na dzień prze-kształca się w zanarchizowany wrak polityczny. I jak zwykle w takich sytuacjach, zasadniczym powodem takiego obrotu spraw jest nie zagrożenie zewnętrzne, a problemy wewnętrzne.
Dzięki katastrofalnemu osłabieniu wewnętrznemu Niemiec, przy wsparciu dyplomatycznemu krajów Ententy, sukcesem przy stosunkowo niewielkich stratach (2 tysiące zabitych) kończy się Powstanie Wielkopolskie (27 XII 1918 – 18 II 1919 r.). Nieco później dzięki trzem powstaniom śląskim do Polski wraca większość Górnego Śląska z olbrzymim niezniszczonym potencjałem gospodarczym. Walka Wielkopolan i Ślązaków o połączenie z Polską uzyskała tylko minimalne wsparcie ze strony świeżo powstałego państwa polskiego, poświęcającego wszystkie siły na kształtowanie granicy wschodniej w walce z Rosją bolszewicką oraz dążącymi do niepodległości Ukraińcami i Litwinami. Z tych samych względów Polska nie mogła przeciwstawić się też zajęciu części Śląska Cieszyńskiego z przewagą ludności polskiej przez Czechosłowację.
Józef Piłsudski był mitomanem nie doceniającym roli gospodarki w kształtowaniu mocy państwa. Gdy upadł carat, a rewolucja i wojna domowa krańcowo osłabiły Rosję, był przekonany, że uda się zapewnić Polsce pozycję mocarstwową, powołując federację, czy w ostateczności choćby luźny związek państw graniczących z Rosją pod przewodnictwem Polski. Ten twór polityczny byłby na tyle silny by stanowić przeciwwagę tak dla Rosji jak i Niemiec. Koncepcja ta okazała się mrzonką jeszcze przed rozpoczęciem poważnych rozmów na ten temat (rokowania w Warszawie 4 – 14 marca 1920 roku). Koncepcja była nierealna tak z uwagi na słabość gospodarczą i cywilizacyjną Polski jak i zaszłości historyczne. Polska popierała dążenia do powstania suwerennych państw na terenach zachodnich byłego imperium rosyjskiego, ale jednocześnie chciała zachować w swych granicach tereny będące częścią I Rzeczypospolitej przed drugim rozbiorem – z przewagą ludności litewskiej, białoruskiej i ukraińskiej o silnie rozwiniętym poczuciu swej odrębności. Poza tym narody te miały fatalne wspomnienia ze swej egzystencji w ramach I Rzeczypospolitej i poczucie uciemiężenia społecznego przez Polaków, posiadaczy latyfundiów magnackich. W sumie Litwini, Ukraińcy i Białorusini obawiali się dominacji Polski, uważanej za większe zagrożenie dla ich tożsamości narodowej niż Rosja lub Niemcy. Skomplikowana sytuacja etnograficzna i po-lityczna na terenach byłego imperium rosyjskiego, opuszczonych przez wojska niemieckie wycofujące się do Rzeszy w końcu 1918 i 1919 r., doprowadziła do długotrwałych, krwawych walk Polaków z Ukraińcami, a także Litwinami, a następnie z bolszewicką Rosją. Konflikt z Ukrainą i Litwą był raczej nieunikniony z uwagi na specyfikę etnograficzną terenu, natomiast starcia z Rosją można było uniknąć. Tu Piłsudskiego zawiodła całkowicie intuicja polityczna, podobnie jak przy wyborze partnera strategicznego w 1914 roku.                                                       

cdn.