Tomasz Góraj - Rodzina

Drobne aczkolwiek nieustępliwie napierające płatki białego śniegu, spadały na zaśnieżony mocno peron miejscowej stacji kolejowej.
Spadały na głowy zniecierpliwionych ludzi, czekających na spóźniający się pociąg. Patrząc po raz kolejny na zegarek, stwierdziłem iż nie mam już co liczyć na udane połączenie. Wszystko wskazywało na to, że w Pile czeka mnie godzinna przerwa w podróży, w oczekiwaniu na kolejny pociąg. Mocno już podenerwowany wyrzuciłem w śnieg kolejny niedopałek papierosa i wciągnąłem rękawiczki na zziębnięte od mrozu dłonie. Postanowiłem przejść się wzdłuż peronu. Nie byłem odosobniony w swym niezbyt dobrym nastroju. Twarze mijanych przeze mnie ludzi były równie zniecierpliwione jak moja: milczące i niezadowolone. Zatrzymałem się w pobliżu grupki rozmawiających ludzi: mężczyzna, kobieta oraz dwójka nastoletnich chłopców. Młodszy z nich w wieku mniej więcej trzynastu, może czternastu lat próbował za wszelką cenę przyciągnąć uwagę swoich – jak się domyślałem – rodziców, wiercąc się i podskakując.
– Mariusz, proszę cię dziecko stój spokojnie i nie zawracaj nam głowy tą swoją opowieścią, już nam o tym mówiłeś i to chyba kilkakrotnie w ciągu ostatnich trzech dni – powiedziała kobieta.
– No dobrze mamo, ale pozwolicie mi się zapisać na ten boks?
– Nie wiem. porozmawiamy o tym za miesiąc, gdy tata przyjedzie następnym razem – powiedziała, zwracając się równocześnie do męża – No dobrze Zdzisiu, a jak będziesz musiał jechać następnym pociągiem?
– Ty zawsze widzisz wszystko w czarnych kolorach – odpowiedział mężczyzna – nie martw się wszystko będzie dobrze.
– Tato, tato posłuchaj. Wtedy jak on już leżał na ziemi, to ja mu dopiero pokazałem co potrafię. Usiadłem na niego i zacząłem go walić o tak – chłopak ugiął się lekko w kolanach i zaczął wymachiwać rękami, młócąc zaciśniętymi pięściami powietrze – Tego drugiego trzymali moi kumple, a wtedy on...
Dalej już nikt go nie słuchał, gdyż z megafonu odezwał się głos, z trudem przebijający się przez falę śnieżnej zamieci. Wszyscy oczekujący odetchnęli z ulgą, słysząc że spóźniony pociąg relacji    wjedzie za chwilę na tor..., przy peronie drugim.
No to chwała Bogu, bo gdybym się spóźnił na ten samolot, to dopiero była by heca – powiedział mężczyzna, całując równocześnie żonę w policzek oraz żegnając się z chłopcami męskim uściskiem dłoni.
– Tato, a boks? Bardzo bym chciał trenować – wyrzucił z siebie gadatliwy syn.
– Powiedziałem już, pogadamy o tym jak wrócę – odpowiedział, stojąc już na stopniach pociągu.
Stałem nieco z tyłu. przepuszczając kolejno pchających się do środka ludzi. Wiedziałem już na pewno, że w Pile będę czekał ok. godziny za następnym pociągiem, a na miejscu siedzącym w tym pociągu raczej mi nie zależało. W końcu to zaledwie 15 – 20 minut, tyle czasu mogę spędzić spokojnie na stojąco, nawet w przejściu pomiędzy wagonami – pomyślałem wsuwając mimo wszystko głowę do pierwszego z brzegu przedziału.
– Proszę niech pan wejdzie, są jeszcze wolne miejsca – powiedział ojciec gadatliwego chłopca z peronu, już usadowiony i zadowolony. Stał przy oknie machając ręką na pożegnanie, podczas gdy pociąg powoli ruszał na sygnał dany przez zawiadowcę stacji.
– No to nareszcie jedziemy – powiedziałem – ja co prawda zaraz wysiadam, ale zawsze to miło posiedzieć trochę w ciepłym, zwłaszcza po tym oczekiwaniu na mrozie.
Do pana Zdzisia podszedł jakiś dzieciak, wyrostek mogący mieć lat około czternastu. Nie słyszałem treści rozmowy, ze względu na dzielącą nas odległość, dochodziły do mnie tylko pojedyncze słowa, takie jak: faja, kasa, szmal oraz koleś. Chłopak zachowywał się zaczepnie i agresywnie. Podszedłem trochę bliżej, by usłyszeć słowa pana Zdzicha: Spadaj gówniarzu, bo zawołam policję. Dzieciak odszedł kończąc rozmowę wymownym gestem, wyciągniętego ku górze środkowego palca prawej dłoni. Poszedłem przed siebie, w kierunku głównego wyjścia z dworca, czując nieodpartą ochotę napicia się piwa. Wszedłem do pobliskiego baru o nazwie „ Trójka" , z dodatkowym napisem głoszącym, że lokal ten jest czynny 24 na h. Było tam miło, ciepło i przytulnie; nieduże pomieszczenie z kilkoma stolikami oraz dużym kontuarem baru i ogniem płonącym w kominku. Zamówiłem Lecha Pilsa ze skrzynki i usiadłem przy stoliku, powoli sącząc piwo. Za szybą miałem widok na główne wyjście z dworca. Podróżni wchodzili i wychodzili z mniejszymi lub większymi bagażami; jedni szli spokojnie inni spieszyli się mocno, z obawy przed padającym śniegiem lub możliwością spóźnienia się na pociąg.
Przed barem stało czterech nastolatków palących papierosy: trzech wyższych, jeden niższy. Ten najniższy coś mówił, pozostali słuchali. Gdy się na chwilę odwrócił, rozpoznałem w nim dzieciaka z dworca.
– Widzisz Kaziu – jeden z klientów lokalu przerwał panującą do tej pory ciszę – jak to się namawiają? Pewnie namierzyli jakiegoś frajera i chcą go oskubać.
– Ano widzę, nie ma na gówniarzy sposobu – odezwał się zagadnięty – najgorszy jest ten mały. Puszczają go na wabia, żeby zbadał teren. Jak delikwent się wystraszy, to daje kasę i jest bez rozróby. Jeżeli koleś jest oporny, to daje cynk swoim kumplom, no i wtedy wiadomo...
– Dobrze Kaziu mówisz, nie ma na szczeniaków sposobu – powtórzył ten pierwszy, pociągając spory łyk piwa.
Nagle wśród dzieciaków dało się wyczuć jakieś poruszenie. Najmłodszy wskazał palcem na wychodzącego z dworca, mego wcześniejszego rozmówcę – pana Zdzisia. Trzech wyrostków podeszło do niego, czwarty – prowodyr całej rozróby – został na miejscu, rozglądając się pilnie wokół. Klienci baru zaczęli pilnie przyglądać się scence rozgrywanej na zewnątrz, niczym widzowie jakiegoś makabrycznego przedstawienia.
– Widzisz Kaziu, mają gówniarze swoje metody – odezwał się ten sam człowiek, co poprzednio – ten mały stoi teraz na czujce. W razie gdyby było coś nie tak. daje kumplom sygnał i zanim zauważysz, dają dyla i już ich nie ma.
– Nie ma na gówniarzy sposobu – powtórzył po raz kolejny pan Kaziu.
Trzech „ gówniarzy" otoczyło pana Zdzisia kołem i zaczęli coś mówić mocno przy tym gestykulując. Po chwili zaczęła się bezładna szarpanina. Przyglądałem się odgrywanej scence oraz jej wodzom, siedzącym spokojnie w ciepłym i przytulnym barze, nie wiedząc co mam począć.
– Panowie – odezwałem się nareszcie – nie sądzicie, że trzeba coś z tym zrobić, jakoś zareagować?
– A niby po co? Widzisz Kaziu co za naiwniak?– powiedział człowiek, który prawdopodobnie niejednokrotnie był widzem prezentowanej nam właśnie inscenizacji.
– Panie szanowny – zwrócił się do mnie Kaziu – po co mamy się w to mieszać, żeby guza zarobić? Jeżeli facet będzie rozsądny, to odda im kasę i obędzie się bez bólu.
– A jeżeli jego rozsądek zawiedzie? – zapytałem – może chociaż na policję przedzwonić.
– Panie, zanim przyjedzie policja to będzie już po wszystkim. Nawet gdyby zdążyli na czas, to ten, co stoi na czujce daje kolesiom sygnał i lecą przez tory, i tyle ich pan zobaczysz.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież