TADEUSZ BURACZEWSKI - Nec temere, nec timide

Komisarz wystawy „Titanic" Jan Doc miał nie lada kłopot. Właściwie wszystko już było przygotowane, sklamrowane i zapięte na ostatni guzik, a tu taka techniczna niespodziewana zagwozdka.
W końcu sztuka jako taka , bez niespodzianek nie przypomina życia, a nawet różniczki z tej art-żyjni, jak zwykł ten znany mu doskonale archipelag performance & instalacji, nazywać dynamiczny Pantokrator sztuki XXI-wieku. Hala 89A  historycznie kojarzona jeszcze z zakładami Schichau`a (Schichau-Werft Danzig) i legendarnymi łodziami podwodnymi  typu U-boot,  teraz była flagowym obiektem Centrum Kultury – Hanza. Hala – potęga – lotniskowiec na sto metrów długa, z galeriami biegnącymi na wysokości drugiego piętra, pełną gastronomią, rzec by można stanowiła idealny szkielet uniwersalny do zainstalowania melanżu współczesnych sztuk wszelakich. A miała to być w tym magicznym miejscu, wystawa ostatnia. Niestety już ostatnia. Jan z wielkim trudem przekonał ojców miasta, że tytuł  tej uni-wystawy - „Titanic" -  nie zostanie społecznie ani środowiskowo źle odebrany. Idea, którą chciał tu urzeczywistnić poprzez sztukę, symbolizować miała nieuchronność zmian w naszej dookolności, zgodę na nowe a nieprzewidywalne, ze świadomością zmierzchu, ba - śmierci starych form klasycznych, a zakorzenionych w naszej świadomości. Mozaikę treści dalekich od sztampy i zadęcia. Egzystencję w blaskach i półcieniach epoki komputera.
Oto międzynarodowy deweloper wygrał konkurs na całą dzielnicę na terenach po-stoczniowych. Jej tradycyjna nazwa , wybrana z konkursu - „Heveliusz" – myliła  nieco. Tylko nieco... Projektant tegoż przedsięwzięcia, jakiś genialny Włoch, niczym Gaudi, uwiódł włodarzy grodu nad Motławą wyjątkowo śmiałą i nieskrępowaną wizją architektoniczną. Spoglądał Jan na komputerową wizualizację onego „Heveliusza", wykonaną tak plastycznie, że dającą niemalże wrażenie kolorowego hologramu jakby z innej planety. Coś na miarę architektury Dubaju czy centrum Berlina, a zarazem bardziej majestatyczne, wręcz królewsko potężne w konstrukcji, a wyrafinowane w kosmizującej śmiałej formie. Na stoczniowym nabrzeżu wyposażeniowym, aż po odległy pirs*, celowało w chmury dziewięć różnych  wieżowców, stylizowanych jakby na potężne lunety i niebosiężne teleskopy astronomiczne. Całość stanowiła zaś proporcjonalne odwzorowanie Scutum  Sobiescianum – Tarczy Sobieskiego, konfiguracji gwiazd tak nazwanej przez odkrywcę - gdańszczanina Jana Heweliusza na cześć króla-bohatera odsieczy wiedeńskiej. Dziewięć najsilniej świecących gwiazd i ta najważniejsza – czyli  á ,okrzyknięta przez astronoma Ioanniną. I w tym właśnie miejscu na ziemi wyrastał teleskopową formą, najwyższy z kompleksu, smukły drapacz chmur. Czyli w tym w tym miejscu gdzie stoi (jeszcze) po-U-bootowa  Hala Sztuki – Hanza. I w niej Jan Doc przewidział właśnie tę wielką instalację znanej performerki i improwizariuszki, obecnie z Bremy – Zety Hywas. Instalację nazwała ona „Wieża Babel", w krótkim mailu do Jana informowała lakonicznie : „Robert Fripp zrobił mi doń pół godziny niezłej muzyczki, coś w klimacie „Epitaph" – będziesz zadowolony ;) na sicher"... Pamiętał, że onegdaj lubił pomrukiwać  - "Between the iron gates of fate,The seeds of time werde sown – And watered by the deeds of those, Who know and who are known;fragment nieśmiertelnego hitu King Crimson. Ech Zeta – kiedy jeszcze była sopocianką i wystawiała w Łaźni swoje pierwsze „wypieki" wyobraźni nieokiełznanej...Obrazy a potem instalacje... Kiedyś w jej mieszkaniu, improwizowali według już li tylko jej choreografii, własną „piramidę miłości", dość luźno nawiązując do piramidy jej koleżanki (po kądzieli skandalu) - Kozyry. Ech...było...
A na dzisiaj to był trudny do rozwiązania techniczny problem z napędem potężnej „babelowej" instalacji Zety. Brakowało niestety nieco przestrzeni.
I tu liczył komisarz Jan na pomoc fachowca od rzeczy praktycznie niemożliwych. Obmyślając ideę ostatniej tu tej wielkiej multimedialnej wystawy, zali „Tytanic`a", przezornie poprosił o pomoc z pracującej po sąsiedzku, pomniejszonej stosownie do czasów - stoczni. Bo skoro wiedział, jaki finał czeka halę 89A, chciał znać jej historię - rozkwit i początek. I tu mógł liczyć na istotną i kompetentną pomoc. Bo mistrz Rajmund Waśniewski to był właśnie ten ktoś! Pracował w stoczni ponad czterdzieści lat i oprócz znajomości niuansów technicznych był żywą encyklopedią kombinatu okrętowego, a nawet by można rzec jego – wikipedią. To od niego dowiedział się Jan, że prawa pierzeja hali, to ongiś była używana jako takielarnia. Tu skręcano potężne przeciwzwite, bądź współzwite, grube jak ramię marynarza, portowe liny cumownicze. I komplety olinowań dla wielkich żaglowców. I tam właśnie Jan zainstalował kabaretową Grupę Rafała Kmity, która w finale wernisażu wystawy, kiedy o północy, w apogeum  Opery Mundi, końca stoczniowego świata, tu i teraz – zaprezentuje swój skecz z programu „Trzy kroki w umieranie" – pokazu mody - Haute Couture – mody „wisielczo – szubienicznej" – z użyciem wszelkich rodzajów lin konopnych...przewęzłowanych i dociętych krawaty, pętle, stryczki – absolutny czarny humor, ale w tej sytuacji – jakże na właściwym miejscu. Jak u Rolanda Topora. I w tej symfoniczno - epitafijnej ilustracyjnej muzycznej zawiesinie lidera King Crimson.
Pokazywał mu stary stoczniowiec zabetonowany kawał rury, stanowiący ogranicznik wrót hali. Latem kiedy były one otwarte, a przed odbiciem kart zegarowych, kiedy stoczniowcy palili przed fajrantem, to ten kikut rury bywał nakrywany czapką, taką płócienną ślusarską. Brygady wracały ze statków i ...który z młodych by nie dał się skusić i kopnąć taką prowokacyjnie leżącą jak piłka na jedenastce przed bramką - czapkę..? No i jak ktoś chciał być Deyną – to za moment popisu strzeleckiego – chwilę później klął siarczyście z przetrąconą stopą, ku radości palących papierosy reżyserów niewybrednego grepsu. Wygłup był odwieczny i to była tradycja. Albo ten numer z alimentami płaconymi przez
stocznię jednej pechowej panience. Firma nazywała się Marlinka i zatrudniała kobiety do sprzątania na statkach w trakcie montażu wyposażenia. I często trafiały do tej pracy pociągające, warte grzechu, pełnokształtne i pełnokrwiste dziewoje z Trójmiasta. I raz taka jedna, zbyt skrupulatnie sprzątając w zęzach maszynowni, czyli na samym dnie, wcisnęła się tak nieszczęśliwie w dość ciasny właz, że ani w tą ani z powrotem... Zaklinowała się na amen. Przechodzący tamtędy monter, widząc szamocący się dramatycznie tyłek nieszczęśnicy, na pewno chciał pomóc. Przynajmniej na początku. Ciągnąc ją za rozłożyste biodra widocznie ściągnął zeń przyciasny kombinezon, a że krew nie woda, skutecznie dokonał przy tak sprzyjającej okazji -  erotycznego abordażu. Dziewczyna licząc na uwolnienie z pułapki, po widocznie satysfakcjonującej akcji quasi-ratowniczej, nie krzyczała, a stoczniowiec niestety nie należał do słownych i honorowych. Uciekł biedak po... i tak...stocznia  w świetle prawa i paragrafów „została ojcem" w maszynowni poczętego dziecka.  Po sprawie sądowej naturalną koleją rzeczy poczęła płacić dziewczynie alimenty. Ciekawe czy po prywatyzacji ukraiński już „stoczniowy tata" utrzymuje jakiekolwiek stosunki z dorosłą latoroślą, poczętą w pobliżu silnika głównego radzieckiej potężnej rybackiej bazy przetwórni B-69..?
Żarty żartami, ale Janowi poczęły dokuczać już dwa problemy. Jeden to kolizja z napędem  Zetowej instalacji i ...jakaś nieokreślona potrzeba akcentu wybitnie i li tylko gdańskiego w tym całym „Tytaniku". I to nie jakiegoś wydumanego przez opłaconego sowicie znanego artystę, ale takiego naturalnego, herbowo -gdańskiego – właśnie stąd. Może jakiegoś zbiegu wydarzeń w przebogatej gdańskiej perspektywie metafizycznej. Czegoś tak oczywistego jak przesłanie enigmatycznej akwaforty – o tytule „Kolizja" - genialnego gdańszczanina Ryszarda Stryjca , którą zobaczył Jan onegdaj na wystawie we Frankenthalu.  Tam Stryjec wisiał obok Albrechta Durera i nie był to żaden przypadek czy fuks... Stryjec na to zasługiwał, czego nie pojmowano w niedorzeczu Martwej, jak i całej Wisły. To przejmujące dzieło rytownika ze Straganiarskiej zdobyło tam zasłużenie Grand Prix. Takoż i „to" musi być li tylko stąd! Tak czuł i myślał. Jakaś może paralelka z Wolnym Miastem. Przemknęło to mu przez gorącą głowę, kiedy Waśniewski wspomniał, że na tej hali 89A pracował jeszcze w latach 70-tych - wyjątkowy ślusarz-artysta. W wolnych chwilach bądź nadgodzinach wyrabiał miedziane talerze z gdańskimi herbami, ratuszami, lwami. I podobno jakimiś łacińskimi inskrypcjami. Ponoć była to tak artystycznie niepowtarzalna  metaloplastyka, że koneserzy, nie tylko z Polski, rozbijali się za tymi gdańskimi „narracjami", odwzorowywanymi precyzyjnie w miedzi. Kiedy do Stoczni Gdańskiej (podówczas) im. Lenina przybywała delegacja przyjaźni z ZSRR (w końcu tu produkowano połowę radzieckiej floty rybackiej) - art-ślusarz Andrzej Knyszyński cyzelował z chromoniklowej stali matryce do talerzy, z których wąs jeżył Dzierżyński czy błyskał rewolucyjną łysiną Władimir Iljicz - patron stoczni. A potem obstukiwał precyzyjnie drewnianymi, gumowymi i mosiężnymi specjalnymi młoteczkami nakładaną nań milimetrową miedzianą blachę, by wyczarowywać zeń swoje misterne precjoza - „gdańszczana", jak to z uśmiechem sam nazywał. I tak i dlatego tolerowano tu artystę-ślusarza. Aż, którego dnia tragiczny w skutkach zawał. I cena przezeń wyklepywanej w złotym metalu artystycznej historii Gdańska, rytowanej w talerzach i płytach ozdobnych, poszła śród koneserów kosmicznie w górę. Tylko, że już artysty nie stało...
Jan przypomniał też z czasów studenckich, kiedy to jego kolega z kabaretu napisał taką gdańsko-wolnościową piosenkę: ja kocham Gdańsk, a kocham go, dlatego, że zawsze wolnym miastem był, a kochać można tylko coś wolnego...". Taki niby niewinny song, ale cenzor subtelnie, acz zdecydowanie i nieodwołalnie wykreślił ten tekst w całości z programu. Słowa „wolny" i Gdańsk wymagały podówczas dużo większego diapazonu.
Jan tkwił przed ekranem komputera nieruchomo, jak przyspawany do stanowiska spawacz. (Taki robotniczy „żart" o unieruchomieniu nadgorliwie pracującego - też mu zobrazował Waśniewski). Kombinował, zmieniał skale  obiektów wystawy, przestawiał rzeźby, przewieszał obrazy, żonglował kilkoma gabarytami instalacji, lecz czego by nie wymanewrował, ewidentnie brakło  kilku metrów sześciennych przestrzeni dla elementów napędu „Wieży Babel"  art-frau Z.Hywas.  No cóż, wszystkiego się nie da przewidzieć. No, bo sztuka przecież nie jest czymś, a jest wszystkim, z wyjątkiem tego, co może tę sztukę przypominać... Był zafascynowany tą myślą odłowioną z Internetu. Tęgi mózg musiał to ziarno rzucić w bezbrzeżne pustynie netowej wirtualnej info - vistości. W końcu Internet to nadmiar nadmiaru. I Entropia.
Wizja wystawy „Titanic" w głowie Jana rozbijała się o rozliczne góry lodowe, bariery i o ścianę hali, która widywała już nie takie instalacje i konstrukcje jak U-booty, a teraz miała ujrzeć „Wieżę Babel". Już dawno temu, jak poznał Zetę snuł takie równania – kobieta + wizja + poezja = demon...może być - sztuki. Ale gdy od „sumy" odjąć tylko poezję – pozostanie „XXI-wieczny agregat napędzający wszelakość sztuk instalacyjnych". Kpił tak, bo pozbawiła tak siebie jak i jego - tego właśnie fluidu poezji i – rozstali się. A spotkali się na torowiskach tej „szalonej lokomotywy" uważanej jeszcze przez jakieś estetyczne niedobitki – za Sztukę. Hywas`owa Wieża Babel, niczym wieczny zegar astronomiczny z gdańskiej Bazyliki Mariackiej, składała się z tarcz obracających się na jednej niby osi tak, że wirowały z różnymi prędkościami i zarówno w lewo, jak i zgodnie z ruchem zegara. Zegarmistrz Hans Duringer pomieścił w Bazylice tylko - kalendarium, planetarium i Teatr Figur. Tu jeszcze kolejny krąg z niewielkimi rzeźbami stanowił jakby Bestiarium ze snu Jana Lebensteina.  Krąg monitorów jarzących trupim światłem, a pomiędzy lustrzanym kręgiem na szczycie osi a dolnym (jakby surowym kamiennym kręgiem) – była przestrzeń dla ekspozycji laserowych. Kręgi mełły powoli, acz nieubłaganie, niczym młyny boże, a ich konfiguracja jak w World Roulette – wyrzucała liczby będące prawdopodobnie skończoną ilością projekcji laserowych. Adekwaty – wyjaśniała Zeta Hywas.  I tak w gęstej osnowie muzyki Roberta Frippa pojawiał się z hukiem Tu – 134, pękający lodowiec Antarktydy czy jakby puentując nazywanie rzeczy po imieniu – głowa Jana Chrzciciela na złotej misie...I tutaj nie wiedział Jan, czy w tych apokalipsach przetransformowanych via komp na drapieżne mocne przesłania trójwymiarowych wizji (Ba! Całych ciągów fantasmagorii pogrążającej się w oceanie entropii - cywilizacji), tych ożywionych klisz Stryjca i Durera, mięsistości Bacona, Auschwitzów Szajny czy spokoju w kwadransie po końcu świata – Beksińskiego – ta „Janowa" – to być może równoległa pointa ich znajomości. Ba! Miłości...Ale to tylko by the way...rozważania.
Ten rozgardiasz wszystkich języków uczucia, spektrum tematów w postmodernistycznym oglądzie – to też wieża...Też Babel. Kiedyś ona stwierdziła, że sama technologia jest sztuką, poezja jest zbędna, to Jan w zgodzie ze swoimi „równaniami" nazwał ją Zetorem – czeskim traktorem do estetycznej orki. Napędem total-artów, happeningów, akcji ochrony fok, in vitro, walki z minami kasetonowymi i bóg wie czym... W końcu pierwszą ważną dla ludzkości instalację projektował Archimedes twierdząc – dajcie mi punkt podparcia, a ja tę ziemską kulkę dźwignią ruszę i jak żuczek gnojarek potoczę w inne przestrzenie. I wtedy Zeta zmieniła się niczym jakaś przaśna Marylka Rodowicz w demoniczną Lady Gagę. Jak onegdaj, po pobycie w Indiach uległ zagadkowej metamorfozie z pykniczejącego grubaska – w kościstego schizoida – Pantokratora światowego Laboratorium wszechteatru – Jerzy Grotowski.
Ludzka komedia być może właśnie polega na tym, że tak aktor – przyodziany Armanim czy Lagerfeldem, europejczyk z wypasioną komórką w dłoni - z aktorem – neandertalczykiem wydłubującym patyczkiem szpik z piszczela mamuta – grają tę samą rolę. To sławetne, „poprzez", które namaszcza akt życiowy jako „sztukę". Różni ich spirala czasu i...wizerunek. I od wizerunku zaczęła Zeta. Ogoliła ogniście rudą głowę na zero, wytatuowała na brzuchu azteckiego boga deszczu i wprost z łóżka Jana spłynęła pod baldachim łożnicy rzeźbiarki Evi DAniels w Bremie. Ot i świat wykonał obrót jak wieża Babel - mitu artystycznej miłości. Ta monstrualna, jak na warunki kameralne, konstrukcja była wyposażona niczym kierat w wał napędowy oraz satelitarną przekładnię zębatą. I niestety, nie mieściło się to zmontowane zusammen - w przestrzeni hali.
Jan czekał niecierpliwie na Waśniewskiego, który przez telefon upewniał, że wszystko da się rozwiązać. Wszystko da się dopasować, chociażby poprzez zmianę czy korekcję funkcji. Tak człowieka jak i abstraktu, a co dopiero takiego obiektu jak hala? Tylko hala?! Czy wieża. Tylko Wieża a nawet Babel...Mhm...zmiana funkcji. Ćwierć wieku temu Jan z kabaretem studenckim rozbawiał stoczniowe towarzystwo w wielkim hotelu robotniczym na Tuwima.
Tu sypiało i żyło kilkuset stoczniowców. W piwnicach tego locum była duża kolumnowa tancbuda, a szczególnie po wypłacie juble tutaj były zawsze huczne, głośne i z interwencjami niebiesko-czarnych, czyli milicjantów. Z okolic ściągało bardziej i mniej szemrane towarzystwo, wrzeszczańskie panienki chętne do noclegu w czteroosobowych „apartamentach" parę pięter powyżej parkietu. Orkiestra rżnęła, alkohol buzował niczym szampan na burcie wodowanego trawlera, a kilkadziesiąt metrów dalej czaiły się milicyjne suki, aby w porę gasić temperamenty. Niebieski kolor ponoć zawsze wpływa kojąco. Burzliwy delikwent po zaliczeniu kilku blondynek, jak nazywano białe pałki milicyjne, albo mądrzał, albo trafiał na dołek na Kopernika. Tam definitywnie tracił całą wypłatę, a i często musiał nieco dopłacić z następnej w ramach formatującego wyobraźnię kolegium na nieodległej Piwnej. Ci mądrzejsi kombinowali inaczej. Panienki via piorunochron były taternicko transportowane na hotel, no, bo przecie nie poprzez legalną, acz purytańską portiernię. Na bardziej kameralne tete-a-tete. Ale nic w życiu nie jest banalnie proste – tym bardziej ekspresowa hotelowa Kamasutra. Takim praktykom stała naprzeciw lotna komisja hotelu. Kierownik tego przybytku, wzmocniony spec-grupą ormowców, podstępnie w nocy otwierali kluczami z portierni pokoje, by zarekwirować nielegalną o tej porze płeć przeciwną stoczniowcom, a często i piękną. A płeć w czasie nalotu „moral-komando" siedziała jak mysz pod miotłą w ubraniowych szafach. Ba! Szafy były natenczas zamknięte jak sezamy na kłódki. A ze stoczniowej kieszeni to już nikt i nigdy klucza nie potrafił wyjąć...Dziś już tam prawdziwych stoczniowców nie ma, piorunochrony są nówki, jakby nieużywane, a od strony ulicy Racławickiej, miast do gwarnej tancbudy można dzisiaj wejść do archipelagu kultury – do integracyjnego klubu „Winda". Tak to vistość majtnęła kolejnego szpryngla. Z elementu „etosu pracy" wypączkowała kultura. O!   
Nareszcie pojawił się mistrz Waśniewski. Już od progu sunęła silna bryza optymizmu.
- Panie Janku – widziałem to „perpetum mobile"tej z Bremy z tymi kręgami. Wiem już wszystko. Aby to akuratnie wpasować, trzeba dla silnika i przekładni satelitarnej, pomiędzy stalowymi słupami hali, wyrżnąć otwór o średnicy circa - dwóch metrów.
Referował zdumionemu komisarzowi z przekonaniem, że świat jest prostszy niż parasol czy tegoż świata artystycznie metaforyczne instalacje, performersy etc. hochsztaplerska nierzadko sztukateria. I już schodzili z kantorku na piętrze na dół, gdzie stał wózek akumulatorowy, którym stary mistrz przywiózł instrumentarium do korekt - szlifierkę tarczową i palnik acetylenowo-tlenowy.
-    Widzi pan, wetniemy się tu, pomiędzy stężeniami z kątowników, by nie naruszyć konstrukcji hali, to cienka blacha falista, pod nią izolacja – wełna mineralna i znowu blacha. Pół godziny i obramujemy kątownikiem ten niby bulaj, że będzie wyglądało gites.
Kontynuował fachman Waśniewski, kredą trasując linię cięcia palnikiem gazowym. Jan z ciekawością przyglądał się jak mistrz wyregulował ziejące z dyszy palnika jądro płomienia i precyzyjnie jak zegarmistrz począł wykrajać kolistą tarczę z pordzewiałej blachy. Szło jak po maśle, ale w pewnym momencie ciekły strumień metalu odbił, zalepił dyszę, palnik strzelił kilka razy i zgasł.
- Coś jest pod blachą! – stwierdził pewnie Waśniewski i teraz tylko szlifierką, delikatnie przecinał falisty płat blachy. Kiedy wyciął już półkole, odgiął ten fragment tak gorący, aż dym poszedł ze skórzanej rękawicy i ku ich zdumieniu i zaskoczeniu ukazała się w wyciętej zmyślnie izolacji – blaszana, minią czerwoną pomalowana skrzynka, przyheftowana** do biegnącego obok stalowego stężenia.
- Patrz pan, ja tu chlastam, jak nie palnikiem to szlifierką, a jak się tu precyzyjnie przyjrzeć, to cały płat blachy można by odkręcić z blachowkrętów. Kto coś tu kiedyś kombinował. No ciekawe... – cmoknął z uśmiechem zaskoczony mistrz Waśniewski i zaczął podważać śrubokrętem solidne wieko przemyślnie zakomponowanej w ścianie hali stalowej skrytki. Blacha bez problemu puściła, a oczom ich ukazały się trzy okrągło –wypukłe błyszczące niczym polerowane srebro - przedmioty.
- To matryce Knyszyńskiego! – wykrzyknął ze zdumieniem stary stoczniowiec.
Wykonane z chromoniklowej wysokogatunkowej stali wyglądały tak, jakby je tam wczoraj ktoś przed niepożądanym okiem z rozmysłem schował. Jedna przedstawiała Ratusz z Długiego Targu, druga studnię Neptuna a trzecia herb Gdańska z inskrypcją:
Nec temere, nec timide.
-    Bez strachu, lecz z rozwagą - stwierdził tłumacząc – Jan.
-    Jakoś inaczej to mi objaśniał Knyszyński, który był dumny z tego, że urodził się w Wolnym Mieście Gdańsku. Zaraz – zaraz – niech przypomnę – siłował się z zatorami pamięci stary stoczniowiec...
-    Ja go o to zapytałem – co to znaczy i on mi powiedział, że taką mądrością Gdańszczan było: „swojego nie damy – czyjego nie chcemy"...
.................................
No cóż – wielkim artystą jest przypadek – jak zwykł mawiać starszy a nieżyjący już kolega Jana - Jonasz Kofta...

pirs* -  budowla hydrotechniczna, sztuczny półwysep (cumuje się przy nim statki w trakcie wyposażania w stoczni);
heft** - w gwarze stoczniowej – spaw;

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież