Ariana Nagórska - Familiada

Gdy Klaudia została zatrudniona w biurze, rodzice snuli mocno zróżnicowane refleksje. – Praca w sklepie spożywczym była chyba bardziej przyszłościowa. Jeść każdy musi, to i więcej ludzi tam przychodzi, prędzej by Klaudia porządnego chłopa poznała – zauważył ojciec.
– Akurat! – powątpiewa-
ła matka. – Do spożywczego to chodzą baby z siatami, a jak już chłop się trafi, to alkoholik! – Nie trzeba w spożywczym sprzedawać, by na alkoholika trafić – nie dawał za wygraną ojciec. – Choćby nasza Marzenka, licencjonowany pedagog, a przecie nie za abstynenta wyszła. – Jedno jest pewne: w biurach nieraz kolejki dłuższe jak w sklepach, a pijaków tam nie wpuszczają. Niejeden lepszy gość czekając wiele godzin może z nudów Klaudię zauważyć i się zakochać – fantazjowała matka. Ojciec jednak nadal był sceptyczny: – Dlaczego Klaudia przez żadnego nie jest z pracy odprowadzana? Oj, musi to być biuro mocno sfatygowane. – SFEMINIZOWANE! – poprawiła Marzenka, licencjonowany pedagog. – Lepiej, że wraca sama, niż gdyby była odprowadzana przez policję, jak na przykład córka tych z drugiego piętra! – wybuchnęła matka.Trudno stwierdzić, czy powiedziała to w złą, czy w dobrą godzinę, bo już nazajutrz Klaudia została przyprowadzona przez policjanta. To znaczy rodzice dowiedzieli się tego od Klaudii, bo facet był po cywilnemu i nie na służbie.
W kilka dni później, pod nieobecność Klaudii, znów rozgorzała dyskusja. – Jak chciał się oświadczyć, powinien włożyć mundur! Poważniej by to wyglądało – upierał się ojciec. – A nieprawda! Za mundurem panny sznurem, a chyba nie o takiego zięcia nam chodzi – konkludowała przewidująca matka. Ojciec w końcu odpuścił i podjął myśl pozytywną: – Skoro nie był w mundurze i nie na służbie, a jednak Klaudia została przez niego odprowadzona (a nie na przykład uprowadzona), to znaczy, że ma uczciwe zamiary i wcześniej musiał ją poderwać. – Poderwać brzmi jakoś nieodpowiedzialnie i podejrzanie – zaniepokoiła się matka. – Tak jakby chciał ją tylko na krótko otumanić i wykorzystać. – He,he, może już i wy...korzystał – zachichotał Patryk, żonaty brat Klaudii i Marzenki, który akurat wpadł do starych po pieniądze. Jako człowiek nowoczesny i w dodatku poliglota oczywiście nie użył staroświeckiego słowa wykorzystał, tylko dosadnego czasownika o proweniencji rosyjskiej, co zabrzmiało nad wyraz zajebiście. – Jak śmiesz tak bluzgać przy rodzicach! – zakrzyknęli oboje.– Pardon i sorry – wycofał się poliglota. W tym momencie srutu tutu jak wystrzał ze śrutu zaterkotała mu w kieszeni komórka. To Andżelika, szczęśliwa żona na macierzyńskim dopytywała słodko, czy jej chłop na schwał pożyczył już od starych, co pożyczyć miał? – Spoko, laska, wyluzuj. Będzie cool – uspokajał Patryk małżonkę, okazał się jednak optymistą przedwczesnym. Na jego nieszczęście wparowała bowiem Marzenka, licencjonowany pedagog i od progu uraczyła brata wykładem, jak to nieetycznie wyłudzać forsę od stojących nad grobem rodziców. Wszyscy słuchali z otwartymi gębami, a rodzice nawet ten grób przeboleli, tak piękna i chwytająca za serce była oracja licencjonowanego pedagoga. (Nawiasem mówiąc, Marzenka też przyszła wyciągnąć kasę od rodziców, a jej wykład był po prostu metodą walki z braterską konkurencją). Po zdołowaniu brata najmądrzejsza z rodu rozpoczęła referat na temat braku perspektyw związku jej siostry z policjantem. Jako osoba wykształcona rozumie ona wprawdzie, że młody, współczesny policjant nie ponosi odpowiedzialności za zbrodnie komuny, niemniej jednak trochę się z aparatem represji kojarzy, nie może więc być mile widziany w rodzinie intelektualistów i humanistów. Wobec tak budujących słów niewykształceni słuchacze wprost pęcznieli z dumy, okazało się jednak, że z lekka wykształcona Klaudia (bądź co bądź po maturze) nie jest jak pozostali na urok wykładów podatna. W pewnym momencie przerwała podsłuchiwanie za drzwiami i wtargnęła do salonu z wrzaskiem: – Te, pedagog! Zamiast wystawiać oceny mojemu policjantowi, lepiej swojego zachlanego menela resocjalizuj! – Ależ ja jestem licencjonowanym pedagogiem w zakresie nauczania początkowego, a nie resocjalizacji – wyjąkała zaskoczona Marzenka. – Licencjonowanym, to znaczy takim na pół gwizdka! – dołożyła Klaudia. – Takim, co nie dał rady zrobić magisterki i musiał poprzestać na licencjacie. Półstudia dla półgłówków. Znalazł się profesor rodzinny! Lepiej przejdź się dla zdrowia po parku i zabierz swojego ślubnego spod ławki, bo go jeszcze mój policjant na izbę zgarnie!
Po kilku tygodniach policjant, poznawszy bliżej rodzinkę, najwidoczniej spanikował i zaprzestał kontaktów z Klaudią. Ta jednak opowiadała, że wstąpił do służb specjalnych, często wyjeżdża, działa incognito i ma tak odpowiedzialne zadania operacyjne, że nie wolno mu iść za głosem serca. Rodzice, a nawet brat, z przekonaniem to powtarzali. Gdyby ten policjant rzeczywiście został jakimś tajniakiem, odtajniliby go na całej linii. Były to jednak tylko niegroźne urojenia. Natomiast najmądrzejsza z rodu dobrze wiedziała, że były amant Klaudii nadal jest zwykłym policjantem. Nieraz przecież z ulic, zaułków i skwerów zabierał jej męża do izby wytrzeźwień, a raz nawet na interwencję przyszedł osobiście, gdy sąsiedzi wezwali policję, bo odgłosy dochodzące z mieszkania licencjonowanej pani pedagog wydały im się mało wychowawcze dla okolicznej dzieciarni. Czyż można się więc dziwić, że w tej akurat sprawie pani pedagog (mimo że licencjonowana) rodziców i rodzeństwa nie oświeciła?



Również tego autora

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org