Tadeusz Buraczewski - Pani Stanisława

Kto wie co to jest łęg? Ot niewielkie bajoro leśne otulone tatarakiem, kępami trzcin i stojącymi po kostki w wodzie olchami. Wodopój dla skrzydlatych, parzystokopytnych, acz dość ryzykowny dla ludzi.
Wylęgarnia komarów, owadów i leśny raj dla wszelkiego ptactwa, robactwa i pełzactwa. Kiedy maj poczynał buzować jak zacier u tubylców, zgiełk, wizg, jazgot i harmider był tu do nie do opisania. Chyba, że przez wybitnego ornitologa. Kilkadziesiąt kroków od tej wody, poza wsią Leśniki, czyli na kolonii, ryglowały południową pierzeję podmokłego lasu zabudowania Malinowskich. Tu panną na wydaniu była Stasia, zakochana w poezji Wincentego Pola, a kiedy sąsiad Bolek rozmarzał się w akordach  na mandolinie, to chyba i w nim...
Co to jest przypadek ? To widomy znak zmiany dramaturgii czyjegoś życia. Jednego życia, splotu kilku jego wątków... Nieopodal leśnickiego łęgu potężniała, imponująca jak na mrówki przystało, piramida mrowiska. Ten kopiec, tuż po wojnie, rozgrzebał stary Orzechowski i powierzył pracowitym owadom niebezpieczną tajemnicę - mauzera z partyzantki. Ubecja podówczas czesała lasy, szalała po okolicznych wsiach, więc rozsądek i strach podpowiadały takie, zda się bezpieczne rozwiązanie. Jednak logika mrówek jest odmienna niż u ludzi. Poczęły odbudowywać nadwyrężoną mrówkopolię tak, że odsłonięta przezeń lufa karabinu jęła celować we wschodnią stronę nieba.  Ktoś to zobaczył, doniósł, przyjechali gazikiem ci, których ontologię powojennego ładu budowały przesłuchania, zeznania i tortury. A że chata Orzechowskich stała niedaleko od łęgu, dwudziestoparoletni Bolek już na Rakowieckiej w stolicy, kolegom z celi mógł nucić coś, co w czasie teraźniejszym było już li tylko ironią:
„Dokoła tylko ciemny las – i ciemna noc dokoła – więc wolna Polska woła nas – w swe szeregi dziś nas woła. Do wojska nie zabiorą nas – nie wezmą emigrantów – do walki stanie oddział nasz – oddział polskich partyzantów".
Tak w narzeczeństwo panny Stasi i partyzanta Bolka perfidnie wplątała się historia. I po paru latach rozterek Stanisława wyszła za mąż za pracowitego Franka. Kiedy po dziesięciu latach amnestia wygarniała z więzień, wyszedł i wrak ludzki Bolek. I nie miał za złe, że Stasia hymn partyzancki, nuci przed snem już siedmioletniemu Tadziowi. To „szczepienie" historii też ani chybi musiało w nieodległej przyszłości objawić się absolutnie innym rodzajem wojny w tadziowym pokoleniu. Wojny słów i argumentów. Wszak na początku było słowo...
Co to jest herbaciarnia? W przedwojennym Tykocinie przy dawnej ulicy Piłsudskiego pod numerem 3 – można było za kilka dosłownie groszy, zjeść chrupiącą kajzerkę, popijając herbatą. – Nuu niech panna Malinowska wejdzie – zachęcał Żyd Kropiwnicki. Weszła, wypiła aromatycznego naparu madras, a osiem lat później, w tym samym miejscu, już jako żona Franciszka, urodziła pierworodnego syna. Żydów wymordowali Niemcy w łopuchowskim lesie, a po wojnie pracowity Franciszek kupił połowę tej właśnie kamienicy. Z ukrytym tunelem wiodącym kilka metrów spod podłogi w kuchni do głębokiej piwnicy obok tego smukłego domu w samym centrum miasta, z charakterystycznym holenderskim gzymsem.  
Co to jest słoik? Pani Stanisława, już jako zasłużona emerytka, uruchomiła z kilkoma sąsiadkami prywatny caritas. Biednych w Tykocinie nie brakowało, więc panie, skrzyknięte przez przywódczynię, dynamiczną panią Stasię, topiły smalec ze skwarkami do słoików, by bez większych ceregieli, obdarowywać tych, których w miarę reform balcerowiczowskich przybywało i przybywało.    A bieda i wszy mnożą się same – jak zwykła mawiać szefowa „caritasu" z ulicy (obecnie) Złotej. I któregoś pięknego dnia schodząc do piwnicy po niezbędne manufakturze słoiki, stwierdziła, że ktoś skutecznie „obrobił" jej skład przetworów. Jako osoba doświadczona wojną, wiedziała co to jest głód, więc na półkach piwnicznych gromadziła wszystko ,co może przetrwać w słoiku. Konfitury z wiśni, kompoty z truskawek, ogórki kiszone, marynowane prawdziwki jak i rozliczne rodzaje zawekowanego mięsa. W małym miasteczku nie ukryje się nic, nawet złodziej słoików. I krok po kroczku Sherlock Holmes Stanisława wiedziała, że to dwóch  „caritasowych" niedożywieńców połakomiło się na jej prywatny skład. I kiedy duet lumpów już nasyconych jej wekami, dokonywał zakupu ćwiartki rytualnego denaturatu, w drzwiach sklepu stanęła heroina „caritasu".  
- Rysiek! – wiem, że byłeś głodny jak i ty Zdzisiek. I wiem, że to wy wynieśliście z mojej piwnicy – ile się dało. – Niech Bóg wam wybaczy – kontynuowała chrześcijańską perorę pani Stanisława – i niech wam na zdrowie pójdzie, ale drodzy chłopcy – wszystkie słoiki macie mi bezwzględnie  zwrócić, bo już i tak nie mam w co topić smalcu ze skwarkami dla potrzebujących i takich jak wy - głodomorów. Odwaga była jej immanentną cechą. Wróciła do domu, a za dwie godziny Rysiek & Zdzisiek, z wielkimi worami pobrzękującymi pustym szkłem, zapukali do drzwi : - my przepraszamy pani Buraczewska, my... Miękkie serce miała pani Buraczewska...
Co to jest „Port przeznaczenia"? To powieść H.M.Tomlinsona, którą mama Stanisława dała już dziewięcioletniemu Tadziowi pod choinkę. Stół w kuchni miał dwie funkcje istotne. Z jednej strony było wałkowane ciasto na pierogi, a z drugiej siedział malutki człowieczek i wielkimi kulfonami zapełniał strony zeszytu w dwie linię z niebieską miękką okładką. Kiedy skończył pięć lat począł intensywnie  studiować dziełka z serii – „Poczytaj mi mamo". Bardzo zaś nie lubił strzyżenia, ale kiedy dostał do ręki nową książeczkę , gdzie „ płynęła rzeczka jak błękitna wstążeczka – a tylko kamień i ryba znały mowę jej chyba..." – fryzjer mógł go opitolić na łysą glacę, tak był zajęty. Narew płynęła jak czas w znanej piosence, i kiedyś mama zaprowadziła Tadzia do biblioteki, skąd przynosiła do domu przemiennie Kraszewskiego lub Rodziewiczównę. A teraz jeszcze „Na jagody" Konopnickiej. I czytali oboje trochę w dzień, a czasem i wieczorami przy lampie naftowej. Tak mała prowincjonalna biblioteka stała się czarodziejską lampą Alladyna. A światy rodziły się tuż tuż – w ciepłym kręgu lampy, pieca w którym trzaskał płomień z krzewiny i w zasięgu wyobraźni...
Kto to był pan Antonowicz? On musiał przed reinkarnacją niewątpliwie  być kotem. Bo tylko to w niewielkim stopniu mogłoby usprawiedliwić jego przestępstwo. Ale po kolei. Dumą pani Stanisławy była kotka Sprytka. Taka urocza czarno-biała  anarchistka. Znosiła do ogródka i chowała w fasoli swoje łupy, a polowała przeważnie na gołębie. Sąsiad Sawostian patentował niczym Einstein nowe skomplikowane  zabezpieczenia gołębnika, a kocica na przekór technice i jego wynalazkom znosiła nowe trupy turkotów i garłaczy, by potem spokojnie raczyć się ulubioną wątróbką podsmażoną przez panią Stasię. Gołębi nie jadała. Na wyżerki  przychodziła jak stary domownik.  Najpierw skok na parapet okna, stąd na wyciągnięcie zręcznej łapki była klamka...i drzwi stawały otworem. Zdarzało się, znikała na kilka dni i wracała z naderwanym uchem cokolwiek wymizerowana, a pokancerowanym łaciatym futerkiem świadcząc, że za niezależność się płaci każdą, nawet najwyższą nawet cenę. Odpoczywała mrucząc przez sen, nabierała sił, leczyła rany, a kiedy jej ruchy nabierały sennej samiczości aktorzycy Jessiki Lange, znów znosiła ofiary z gołębi na fasolowe grządki. Sąsiadowi Pogorzelskiemu „ktoś" regularnie wykradał rybki- żywce przygotowane na szczupaka. Trzymał je w chlewie w wannie z wodą. Zaczaił się więc na złodzieja z metalowymi grabkami i... po kwadransie był urzeczony jak Sprytka przycupnięta na krawędzi wanny jedną łapką napędza, a drugą odławia niewielkie kiełbie i ukleje. –Robiła to tak zręcznie i artystycznie, że nie miałem sił ani odwagi by „ograbić" ją z tej przyjemności...stwierdził potem sąsiad-wędkarz. Tu wypada dodać, że pupilka pani Stanisławy, czyniąc tu i ówdzie inteligentnie przeróżne spustoszenia, staje motorem jej talentów mediacyjno – rozgrzeszająco – amnestyjnych. No bo jak tu nie puścić tych kocich grzeszków płazem kiedy Sprytka  kobiecoszmaragdowymi bryzgami oczu wpatrywała się z ciekawością jak pani Stanisława wrabia na drutach napis SAR w sweter dla syna studenta. Sprytka aktorstwo miała jak Jessica w czterech łapach i uroczym pyszczku, przy którym niektórzy ludzie zupełnie zwierzęcieją. Była mądra jak kot Salomon Mistrza Gałczyńskiego i mogłaby być archetypem wersji animalistycznej „Żywego" – genialnej powieści pisarza radzieckiego Borysa Możejewa. Bo oto trafia nam się stworzenie boże, na którego inteligencję nic nie możemy poradzić, znaleźć rozsądnego remedium. I niestety, musimy się czasem poddać. To tak jakby na rowerze się ścigać z bolidem Kubicy . No cóż...   Chodzi toto, robi co chce, przekracza ewidentnie wszelkie uznane granice, demonstruje mimowolnie (bądź wolnieJ - swoją błyskotliwość, niezależność i totalną dezynwolturę do normatywnej dookolności  i... trzeba jej to wszystko niestety wybaczać. Człowiek darzy uczuciem zwierzę, słusznie doszukując się cech podobnych jemu. I chyba vice versa. I stąd już krok do śmielszej teorii synonimów. W tym przypadku córo-nimu...Pani była dumna ze Sprytki, a kotka dawała dowód, że bracia mniejsi to nie jakaś tam bajeczka, a czarno-biała prawda wg św. Franciszka. Prawda spadająca zawsze na cztery łapki.  
I...któregoś dnia  Sprytka  zniknęła. I kilka następnych dni nikt jej nie widział. Nawet marcowe jej eskapady nie trwały nigdy dłużej niż tydzień. Takie miała kocie zasady. Po siedmiu dniach umysł pani Stanisławy dokonywał już li tylko ścisłych detektywistycznych kojarzeń i analiz. Zostało ustalone ponad wszelką wątpliwość, że dzień w którym Sprytka towarzyszyła swojej pani na podwórku – to był wtorek. A wtorek to dzień targowy w Tykocinie, dużo przyjezdnych. Podwórko zaś było terenem przechodnim. Dedukcja śledczej pani Stanisławy płynęła jak Narew – logicznie od źródła do ujścia...Sprytka nie bała się ludzi, była ufna – łatwo ją było wziąć na ręce i omamiając pieszczotami, gdzieś zabrać. Lub jak mawia lud – do wora i jeszcze dalej wywieźć. Bo przecież z Tykocina nikt by jej nie kradł, zali by wróciła bez najmniejszego problemu. Aha! Musiał zatem to być ktoś z jakiejś wyjątkowo odległej wsi. Na wsi koty są ewidentnie potrzebne w stodole, w spichlerzu. W ogó;e... I skutecznie spełniają tam swoje wielorakie  role.
Sherlock Holmes mógłby się dokształcać u właścicielki kotki Sprytki. Zatem reasumując – kto tego feralnego wtorku przechodził przez to nie zagrodzone podwórze? – zastanawiała się pani Stanisława.  I przewijały się postacie w fotograficznym albumie pamięci operacyjnej nieustępliwej śledczej S. I wychynęła nagle wielka postać chłopa ze wsi Pajewo – niejakiego Antonowicza. Tak! Przechodził... Powiedział dzień dobry i tak na tę kotkę, śpiącą, zwiniętą w kłębek – zdaje się dziwnie spojrzał... No tak, ale to porządny człowiek. Z drugiej strony patrząc, to skoro wszyscy są tak porządni, to z czymś jednak muszą do spowiedzi chodzić. A chodzą... I tu dni pani Stanisławy do najbliższego wtorku, zali dnia targowego, płynęły w utrapieniu i wewnętrznych dywagacjach. – A jak ja Bogu ducha winnego człowieka oskarżę – no to mój grzech – zadręczała się prowadząca śledztwo.
Ale kiedy nadszedł wtorek i błądziła już po rynku szukając wydedukowanego sprawcy – to już jej domniemania i przypuszczenia graniczyły z jakimś enigmatycznym, acz pewnym przeświadczeniem, że tak – to on ani chybi.
-Panie Antonowicz – czy pan w Boga wierzy? – pytanie pani Stanisławy spadło niczym jastrząb na kurę  - na stojącego obok wozu pajewskiego chłopa. Poprzez zająknięcie wykrztusił coś na kształt – no jak nie...pani Buraczewska, a po co pani...Tu natychmiast padło  już konkretne myślowo obrobione konkretne polecenie. Przygotowany z precyzją prokuratorską – rozkaz: ja żądam oddania mojej kotki, co ją dwa tygodnie temu...(słowo ukradł nie chciało przejść przez gardło) - ...pan zabrał z mojego podwórka. Ona ma dzisiaj do mnie wrócić!!! Chłop oniemiał. Zdumienie biło tylko z jego szerokiej twarzy. Ona odwróciła się na pięcie i z myślą - Boże – może nie zgrzeszyłam – wróciła do domu. Ale już jakaś spokojniejsza po dwóch tygodniach intensywnych przemyśleń, podejrzeń i skojarzeń, dywagacji i niepewności.
Kiedy dzwon na mszę wieczorną wyrwał ją z drzemki – poczuła, że prężąc grzbiet ociera się o zmęczone nogi – jej – nie kto inny – kocica Sprytka. – A wybacz mu Panie Boże – pomyślała z wdzięcznością  pani Stanisława.
Hemiparesis dex cum aphasia mixta...Insultus ischaemicus cerebri... To jest – afazja mieszana i masywny niedowład prawostronny...
Trzynastka, która całe życie jak cień, szła za synem Tadeuszem, przesunęła w strefę cienia seniorkę Stanisławę. Trzynastego grudnia...
-    Basiu! Pomóż...nie mogę się podnieść – to były ostatnie słowa do synowej, zanim pękające trajektorie krwi dokonały w mózgu nieodwracalnych zniszczeń. Katastrofa - delete osiemdziesięciu sześciu lat bogatego, pracowitego życia. Zapisu zbiorów już niedostępnych dla bliźnich i bliskich. Encyklopedii rodzinnej, kantyczek pastorałek i pieśni tak weselnych, jak z pogrzebu męża Franciszka, kompozycji łat kotki Sprytki, przepisu na bajeczne bułeczki z jagodami dla Konradka, receptury maści z pokrzywy i smalcu dla siostry Wacławy, pliku stałej, codziennej modlitwy za filozoficzne studia Jowitki i poezje syna Tadeusza, niepokoju o bojownika Solidarności Walczącej Witka, o sercu tak patriotycznym, że nie wytrzymało...Drugie serce...Ale i profesorowi Relidze też tylko połowa przeszczepów się przyjmowała... I ostatniego, tragicznego, bolesnego faktu, że wczoraj dwunastego grudnia, pożegnała już swoje trzecie dziecko – syna Stanisława, któremu przez wirusy depresji – komputer zawiesił się...Jednoznacznie.
Niebieskie dobre oczy wyrażały bezbrzeżny smutek i bezradność. Czy coś kojarzyła? Czy  poznawała kogoś? Zapewne tak, ale nie zawsze, a mniemać to nic innego jak mieć nadzieję, że los jaki cud odwróci. Już po wyjściu ze szpitala, w Redzie, siedząc na wózku, seniorka Stanisława wpatrywała się w sugestywny obraz młodego malarza Pawła Kwiatkowskiego. Przedstawiał XVI-wieczną piękną , majestatyczną barokową bryłę tykocińskiej synagogi na zwiwnym tle wiosennego podlaskiego nieba.
- Moja praca – stwierdziła w głębokim zamyśleniu. Kochała swoją pracę, oprowadzała turystów i gości wokół bimy, śród balsaminek, menor i tałesów. Tam przeżywała wizytę prezydenta Izraela Herzogiem, który wpisał do księgi pamiątkowej, że „tu czuje się obecność boga". Zresztą rzec by można to był krajan, bo urodzony niedaleko stąd, pod  Łomżą. Parzyła kawę dla pianistki Hanną Czerny-Stefańskiej, która przyjechała  z koncertem. Kilkanaście lat pracy – tu, w centrum świata, który był umarł w sierpniu 1941r*. Tu piętrzyło się rekwizytorium przysyłane z całego świata, jakby cień zadośćuczynienia za Holokaust, za to że byli tu. Byli od 1522r., kiedy to pierwsi przyszli z Grodna, a w 1941 – ostatni odeszli na zawsze drogą do Łopuchowa...
-    Ciamaragojd – to abstrakcyjne słowo stworzyła w swoim już świecie afazji i entropii. Jednak nie chciała objawić co to znaczy.To był drugi przypadek użycia słowa po udarze mózgu. Słowa, które jakby miało coś dla niej znaczyć. Uśmiechała się przy tym jakby tajemniczo i zarazem radośnie jak dziecko, któremu udał się żart z dojrzałej dookolności. Był jednak moment, kiedy ze świata zupełnie nam obcego i nieznanego, nagle jak barwna kometa pojawiła się w naszej codziennej przestrzeni. Ale tylko na odległość poezji. I aż na wymiar tejże poezji. Jowita potrafiła nawet po kilka godzin zabawiać babcię monologami i czytaniem.  Absolutnie nieprzypadkową lekturą był  „Wybór Poezyi" – (z portretem autora) Wincentego Pola. Wydanie drugie poprawione – Petersburg, Kazimierz Grendyszyński 1898.
Tam świat inny, lud odmienny,
Kraj zapadły, równy, senny,
Często mszysty i piaszczysty;
Puszcze czarne, zboża marne
Niebo bledsze, trawy rzedsze.
Rojsty grząskie, groble wąskie,
Ryby, grzyby i wędliny;
Lny dorodne, huk zwierzyny
I kęs chleba w czoła pocie –
A na pański stół łakocie;
Kiedy wnuczka czytała Polowe, patriotyczne pieśni o ziemi, regularne, surowe rysy babci wygładzał spokój bezwietrznej pogody leśnickiego  łęgu. Wilgotniejąc, nabierały blasku dobre niebieskie oczy, wpatrzone w skupioną twarz lektorki, w której żyłach pulsowało echo tej samej krwi. Młodego pnącza tej samej rośliny. Z tą samą linią nosa i charakterystycznym  małym zygzakiem wyrozumiałego uśmieszku w kąciku warg. Miał to i prapradziadek Malinowski, miała i wnuczka Stanisławy. Strofy o dziedzictwie Giedymina działały na nią skuteczniej niż  medykamenty - mononit & vicebrol. Kiedy po kwestii: Gdy na lud ten człek spoziera, To aż serce żal opłynie, I zapytać chęć go zbiera:
- czytająca zrobiła pauzę na tyle długą, by ku niepomiernemu zdumieniu nagle niespodziewanie, czysto i płynnie wyartykułowane z ust wzruszonej rekonwalescentki – usłyszeć rym z dopełnieniem:
- Co ci to Litwinie?
Tylko poezja była kluczem do jej zrujnowanej pamięci. Tylko poezja.                 I taką na zawsze pozostanie w pamięci i wierszu:
(-) Ciągle widzę Cię jak stoisz w gdańskiej Zielonej Bramie.
Uśmiechnięta.
Przechowuję jak relikwię Twój igielnik w kształcie serca.(-)

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież