Rutkowski Włodzimierz - Po latach

– Zmęczył mnie trochę ten przydługi spacer, Basiu.
– Siadaj, zaraz podam herbatę.
– A wieś nie do poznania, domy murowane, nie jak te sprzed lat – kurne chaty.
– O masz, cytryna mi się skończyła.
– Nic nie szkodzi, może być i bez cytryny.
Postawiła filiżanki na stole. – Wyobraź sobie, jestem w domu sama, a tu wchodzi – wiesz, ten co to wyjechał do Łukowa.
– Pamiętam go jako małego chłopca, zawsze ostrzyżonego do gołej skóry.
– Teraz to on naprawdę jest łysy, ale za to nosi brodę.
No więc wchodzi i mówi:
– Cześć Basiu, co u Ciebie?
– Nic ciekawego – odpowiadam – i tak się zastanawiam, jakie licho go tu przygnało.
– Nie widzę w tym nic dziwnego, przecież to Twój kolega ze szkolnych lat.
– Nawet do jednej klasy chodziliśmy, ale tu na wsi każdy pilnuje swego, raczej nie chodzi się bez potrzeby do czyjegoś domu.
– Może miał taka potrzebę?
Miał, miał, nie czekał nawet, aż go poproszę, żeby usiadł, tylko sam od razu usadowił się na kanapie.
– rada nie rada, co miałam robić, nie wygonię przecież człowieka, co prawda przyszedł bez zapowiedzi, ale grzecznie się zachowuje, to niech tam, myślę, posiedzi sobie trochę. Zaparzyłam nawet dwie kawy, siedzimy, rozmawiamy, fakt – nie był trzeźwy, ale w życiu bym nie pomyślała, że on taki.
– Jaki?
– A objął mnie ramieniem i dawaj brać się do całowania.– Nie! krzyknąłem zdumiony.
– Tak! – Jak Boga Kocham!
– No tak, Ty bez męża już.....
– Sześć lat jak nie żyje – podpowiedziała.
– A to kiedy było?
W tamtym roku przed żniwami.
– Żonaty?
– Jasne.
– Dzieci ma?
– Jakby inaczej, ma.
– To co on?
– A bo ja wiem? Zdurniał chyba. Przegoniłam go, coś tam mamrotał, że zawsze się we mnie kochał, tylko że on nie miał nigdy odwagi, że całe życie żałuje, że nie jest ze mną
A jak był już w drzwiach, to jeszcze na odchodne dodał: „No nic, ja jeszcze będę próbował".
– I próbował?
– Na szczęście nie.
– Miałaby wieś o czym gadać.
– Żebyś wiedział, zwłaszcza „paparazzi".
– A kto to?
– Sokółko, stary kawaler.
– Sokółko? Nie ożenił się? Przystojny był, mógł mieć prawie każdą.
– Już nie żyje, zmarł tuż przed Bożym Narodzeniem.
– No widzisz, myślałem żeby go odwiedzić przed wyjazdem.
– Niestety, nie on jeden. Waldek Smolak, twój kolega też odszedł.
– Boże.
– Pięcioro dzieci miał. Konończuk, Wyszynczyk, też ich nie ma już między żywymi.
– Pamiętam ich.
Zamilkliśmy, jakby podświadomie czcząc chwilą ciszy ich pamięć.
– Koniecznie mi trzeba na cmentarz. Świeczki pozapalać muszę.
– Emilka Cię zawiezie jutro, przy okazji da na mszę świętą, za spokój dusz naszych bliskich.
– Nie trzeba, pieniędzy póki co mi nie brakuje. Nie, nie, nie protestuj, prawie trzydzieści lat mnie tu nie było.
Za domem rozległ się głos dzwonka.
– O jest już tato. Wiesz, jak mam mówiła na wujka, jak miała dobry humor?
– Nie.
– Tankista.
– A to czemu?
– Niech Ci wujek opowie. Osobiście w to nie wierzę, ale on się zarzeka, że tak było.
– Pochwalony.
– Dzień dobry wujku.
– Ledwie co nogami powłóczę. Trzy kilometry do córki, a pół godziny się wlokę rowerem. Mówię Wam, starość nie radość.
– Każdego to czeka – zauważyłem.
– Nie każdego, tylko szczęśliwców.
– Wujek jak zawsze w dobrym humorze.
– Lepiej się śmiać, niż płakać droga młodzieży.
– Pożegnać się przyjechałem, podobno jutro wyjeżdżasz?
– Czas już na mnie, i tak dłużej u was zabawiłem niż zamierzałem.
– Oj tam, jeszcze z tydzień mógłbyś pobyć, co, źle ci tutaj?
– Co też wujek, wręcz przeciwnie, ale praca czeka i urlop się kończy.
– Wujku.
– No.
– Basia wspominała, że jak żyła ciocia, to nazywała wujka tankistą. Można wiedzieć dlaczego?
– Stare dzieje. Byłem oficerem politycznym, w rezerwie co prawda, ale raz na jakiś czas byłem powoływany na ćwiczenia. Żołnierze o takim jak ja mówili za plecami – politruk.
I tak któregoś razu byliśmy na poligonie.
Czołgiści ćwiczyli ostre strzelanie i takie tam inne sprawy. Dowódca jednostki wieczorem po ćwiczeniach chciał nas politruków trochę ugościć i tak się towarzystwo rozochociło, że jak brakło "chleba", to ja, a miałem już trochę w czubie, z głupia frant palnąłem "można by czołgiem po zaopatrzenie". Wszyscy zaczęli klaskać i stało się.
– I co, pojechaliście?
– A czemu nie? – Pojechali.
– Wujek też?
– Miejsce politruka jest zawsze między żołnierzami, pojechałem. Pod samiutki sklep podjechaliśmy, kierowca mechanik wyłączył silnik bo to hałasuje jak diabli, na to ja wychylam sie z wieżyczki i krzyczę na miejscowych, jak to kiedyś Gierek wołał: – Pomożecie?
– Pomogli?
– I to chętnie, nawet udawali że pchają. Kierowca mechanik odpalił silnik i ruszyliśmy w drogę powrotną przez całą wieś.
– A oni?
– Co oni?
– Aaa, dostali butelkę wódki "za pomoc".
– Serio?
– Słowo honoru. Człowiek był młody to i żartować się chciało, a teraz, o, prostata się przyplątała i nie ma rady, na operację trzeba iść.
– Gdzie będą operować?
– W Siedlcach.
– Nie ma co się martwić, dobrze będzie – starałem się pocieszyć.
Dobrze to już było. A ty jak, w tym Chicago to już na zawsze zostajesz, czy myślisz o powrocie?
– Trudne pytanie. Jakby nie patrzył, tam mam swój dom, pracę, dzieci się tam urodziły i też tam żyją i pracują, no było nie było prawie trzydzieści lat życia tam spędziłem.
– Tam masz wszystko, ale na obczyźnie żyjesz, a tu twoja ojczyzna, nie tęsknisz?
– Trochę tęsknię, ale chyba wrócić to juz nie wrócę. Za dużo czasu upłynęło, choć sierpień 1980 jak i grudzień 1981 pamiętam tak, jakby to było wczoraj. Te kartki na mięso, na cukier, a mleko w proszku dla niemowląt żeby kupić, trzeba było okazać się książeczką zdrowia dziecka.
Wbijali pieczątkę do książeczki, wpisywali datę i czekaj mateczko cały miesiąc na następny przydział.
– Przeciw ojczyźnie występowaliście, depcząc osiągnięcia socjalizmu.
Chłopi dostali ziemię. Robotnicy fabryki. Sprawiedliwiej było jak teraz.
– Tak było dobrze, tak sprawiedliwie, że do obrony swojej władzy Stan Wojenny musieliście wprowadzić, a przeciw ludziom wysłać czołgi na ulice.
– Racja stanu tego wymagała, ojczyzny trzeba było bronić przed anarchią – krzyczał czerwieniejąc na twarzy.
– Wujku, znam te hasła na pamięć. Przepraszam ale budzą one we mnie tylko pusty śmiech.
– Wiesz co, jedź ty do tej Ameryki i nie wracaj więcej tu.
– Zaraz, zaraz, czasy gdy dostawało się bilet w jedną stronę na szczęście już minęły
– A niech to wszystko krew zaleje.
Z całej siły trzasnął pięścią w stół, po czym zerwał się i wybiegł z pokoju.
Wrócił z siekierą w ręku.
– Gdzie jest osełka do ostrzenia?
– W drewutni, na półce nad oknem, odpowiedziała kuzynka ściszonym głosem.
– Nie wiedziałem, że taki nerwowy jest.
– Wiele przeszedł ostatnio. Wpierw owdowiał, później rozpad PZPR, przymusowa wcześniejsza emerytura, a drugie małżeństwo nie dało mu szczęścia, tak że nie ma co się dziwić jego gwałtowności.
Choć z tą siekierą to już nie pierwszy raz robi teatr.
– Jak to?
– Jak jeszcze żył stary Romaszko, to jak opowiadała mama, tak się kiedyś zdenerwował, że też złapał siekierę i poszedł wykłócać sie o swoje.
Podobno ten Romaszko jak stawiał płot, to słupki o metr za daleko wkopał.
Tamci akurat jedli obiad, kiedy on stanął w drzwiach z siekierą w ręku. Powiedział krótko.
– Jak do wieczora nie wykopie słupków, to on z tej siekiery użytek zrobi. Romaszce, aż łyżka z ręki wypadła, ale słupki do wieczora wykopał.
– Przepraszam Cię, ale mam ochotę na gorącą kąpiel, bo od tego zimnego prysznica "troszkę" się spociłem.

Styczeń 2011 r.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież