Edmund Pietryk - Wybrańcy bogów

Studiowali na tym samym roku Wyższej Szkoły Teatralnej i ukończyli ją w roku sześćdziesiątym. Joanna, Andrzej, Leonard, Halina, Zbigniew, Witold, Edmund i jeszcze czternastu innych – ambitnych, żądnych sławy. Każdy z nich myślał, że ma buławę marszałkowską w teatralnym tornistrze. Nikt nie dopuszczał myśli, że istnieje na tym świecie coś takiego jak klęska, choroba czy nawet wówczas coś dla nich tak abstrakcyjnego jak śmierć.
Joanna, Andrzej, Leonard i Witold ukończyli szkołę z wyróżnieniem, Andrzeja i Leonarda wkrótce porwał film i zadebiutowali na ekranie brawurowo. Wszyscy przepowiadali im świetlaną przyszłość w zawodzie, bo też wszystko na to wskazywało. Joanna zaś błysnęła pierwszymi rolami w teatrze – piękna, o wielkich oczach, ogniście rudych włosach i fascynującej osobowości, która rzadko się trafia w teatrze. W przedstawieniu telewizyjnym Pana Tadeusza grała rolę Telimeny i wprawiła w zachwyt zarówno krytyków, jak i widzów. Halina grała amantki w prowincjonalnym mieście i wkrótce stała się tam ulubienicą widowni, zaś Zbigniew wkrótce przystał do Teatru Grotowskiego i stał się jednym z liderów tej teatralnej sekty. Witek zaangażowany został do prestiżowego teatru Kazimierza Dejmka, a dyrektor widząc jego wszechstronne zdolności, coraz częściej powierzał mu reżyserię, zaś Edmund oprócz aktorstwa zajął się pisaniem – wygrał kilka ważnych konkursów literackich i wkrótce zaczął przedkładać pisanie nad aktorstwo. Wiadomość, że Joanna, która ledwie przekroczyła trzydzieści lat, choruje na raka, poraziła wszystkich, bo okrucieństwo tego losu było niewyobrażalne. Słabła w oczach, męczył ją kaszel, ale jeszcze zdążyła zagrać parę ról i choroba ja pokonała. Jej mąż – do szaleństwa w niej zakochany, nie mógł pogodzić się z jej śmiercią i wkrótce sam poszedł jej śladem. Ktoś to skwitował – wybrańcy bogów umierają szybko.
Andrzej – wychowanek domu dziecka, wiecznie spragniony czułości i ciepła, zakochał się nieszczęśliwie w kobiecie równie ładnej, co głupiej i rozpustnej. Jego kariera w stołecznym, świetnym teatrze rozwijała się znakomicie, ale życie prywatne było żałosną klęską. Zaczął pić coraz bardziej straceńczo dla siebie i swojej tak dobrze zapowiadającej się kariery. Ta bezwzględna żona porzuciła go widząc, jak się stacza i on załamał się ostatecznie. Ze śródmiejskiego teatru go wyrzucono, wylądował na małej, podmiejskiej scenie. Pił w sposób coraz bardziej niekontrolowany i w czasie dzikiej libacji, w ataku szału zabił swego współbiesiadnika. Skazano go na 7 lat więzienia, siedział w wieloosobowej celi z kryminalistami, którzy nim pomiatali, zrobili z niego tak zwanego cwela i w tym więzieniu – nie mogąc wytrzymać upokorzeń – powiesił się. Już nikt nie mówił, że wybrańcy bogów umierają szybko. Po prostu szybko o nim zapomniano, czasem tylko pojawiał się w telewizji we wznowieniach filmów z jego udziałem, ale rzadko kto kojarzył go jeszcze z nazwiskiem.
Halina grała ponad trzysta razy w teatralnej adaptacji Ani z Zielonego Wzgórza. Koledzy z teatru zauważyli u niej niepokojące zmiany osobowości. Z czasem wiadomo było, że w jej mózgu zachodzą nieodwracalne zmiany. Lekarz stwierdził schizofrenię. Ta pełna wdzięku, piękna, liryczna amantka, które w teatrze bywają w wielkiej cenie, nagle zmieniła się w czarownicę – zaniedbaną, brudną, niekiedy agresywną. Trafiła do szpitala psychiatrycznego i tam zakochała się w innym schizofreniku. Koniec tego schizofrenicznego zauroczenia był tragiczny. Uciekli ze szpitala i razem skoczyli do rzeki. Żadna z gazet nie odnotowała tego zdarzenia. Ludzie, którzy o tym usłyszeli, tylko wzruszyli ramionami, a teatrze zwolnił się etat. Już nie było mowy o tym, że wybrańcy bogów umierają szybko.
Zbigniew jeździł ze swoim mistrzem Grotowskim po całym świecie, spalał się w tej pracy, która była dla niego tym właściwym życiem. Miał rozkoszne uczucie, że uczestniczy w wielkim, epokowym dziele, w czymś tylko dla wybranych. Mordercze ćwiczenia w teatrze zapewniały mu wieczną młodość. Nie czuł upływu lat. Odwrotnie – młodniał. I nagle los skończył tę drogę jednym cięciem. Zbigniew zginął w wypadku samochodowym. Tym razem mówiono o tym głośno, ale nikt już nie wspominał o Bogu i jego wybrańcach.
Podobny los spotkał Witolda, który już był cenionym reżyserem i pedagogiem szkoły teatralnej. Tworzył przedstawienia wybitne, aktorzy i studenci go uwielbiali. Którejś niedzieli wybrał się ze swymi przyjaciółmi na podmiejską wycieczkę. Zauważył po drodze piękne, oryginalne kamienie. Zachwycony nimi zapakował je do bagażnika. Koledzy żartowali, że to jest zły znak i niestety, żart okazał się prawdą. Na pierwszym skrzyżowaniu samochód Witolda uderzył w TIR-a. Witold zginął na miejscu. Płakali aktorzy i studenci, a o wyrokach Boga nikt nie wspominał.
Tymczasem Leonard robił oszałamiającą karierę w teatrze i w filmie, żył pełnią życia i był żywym zaprzeczeniem porzekadła, że wybrańcy bogów umierają szybko i młodo. Był jak wino – im starszy, tym lepszy. Edmund zaś grał w prowincjonalnym teatrze, wydawał kolejne książki, aż dopadła go choroba nowotworowa. Bóg jednak nie śpieszył się, żeby zabrać go do siebie. Żył z atakami bólu, ale żył lub udawał życie. Obaj ukończyli siedemdziesiąt lat, więc nie mogli być wybrańcami bogów. Z tym, że Leonard wciąż żył pełnią życia, a Edmund pełzał przez życie. Trzymał się go jednak kurczowo, jak największego z bożych darów. Żyli z dala od siebie – jeden miał starość słodką, drugi gorzką, a miano wybrańców bogów zostawili dla innych.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora