Stanisław Chyczyński - KASZTAN

Od świtu dziejów ludzie odczuwali niemalże związki krwi z drzewami – towarzyszami w wędrowaniu przez czas. Niekiedy wydawało się ludziom, że są drzewami albo że drzewa kryją w sobie ludzkie cechy. Na przykład gallijscy druidowie, od pokoleń żyjąc wśród puszcz i lasów, położyli podwaliny pod dendrologiczną filozofię. Ich szamani twierdzili, iż każdy człowiek ma swój odpowiednik w konkretnym drzewie, z którym jest związany podobnymi cechami psychofizycznymi. Ludzie, podobnie jak drzewa, różnią się między sobą. Są drzewa dekoracyjne i gospodarcze, iglaste i liściaste, rosnące samotnie i kolektywnie. Jedne są delikatne i słabe, drugie – mocne, twarde i odporne. Różnią się nawet zapachem, jak sosna, lipa, jabłoń czy figa… Właśnie Gallowie pokusili się o ułożenie dendrologicznego horoskopu, wiążącego różne gatunki drzew z okolicznościami narodzin i określonymi osobowościami. Rozpowszechnienie się tych wierzeń zrodziło przesąd (dość popularny jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym), zgodnie z którym los danego człowieka jest ściśle związany z losem drzewa, jakie należy posadzić w niepowtarzalny dzień narodzin. Oto rodzi się dziecię, troskliwy ojciec wrzuca w ziemię żołędzia na pamiątkę tych wspaniałych chwil, a potem dąbczak i synalek wyrastają na twardzieli – każdy w przynależnej mu strefie rzeczywistości. Tak można by zobrazować teorię na prostym przykładzie. Ale kto by tam wierzył w taki magiczny kauzalizm w epoce kosmicznych podbojów?
Zdarzyło się to w intrygującym roku 1966, w dość podłym miasteczku na południu Polski, w cieniu tak niskiej góry, że z dziwnej bliskości można by ją pomylić z grzbietem dzikiej świni, gdyby takową zdybać w nieprawdopodobnie sprzyjających okolicznościach. W pożydowskim domku, w biednej rzemieślniczej rodzinie, przyszedł na świat chłopiec o wybitnych zdolnościach muzycznych, które ujawniły się dopiero później. Jego typowo przesądny ojciec zasadził kasztana w tym samym dniu, na skraju najmniejszego w całym miasteczku podwórka. Wybrał miejsce idiotyczne – tuż pod ceglastym murem warsztatu sąsiada. Nikt nie pomyślał o tym, że za lat kilkanaście młody kasztanowiec będzie musiał żyć niczym w getcie. Tak więc w tym samym czasie chłopaczek zaczął stawiać pierwsze kroki na malutkim podwórku i kasztanek jął strzelać w górę pierwszymi konarami. Szło im całkiem nieźle. Przesadnie dbały ojciec nie wypuszczał dziecka na ulicę z obawy, iż wpadnie pod samochód. Nie dopuszczał żadnych kolegów do swego synka, aby ten nie popadł w złe towarzystwo. Nie kupił też chłopcu hulajnogi lub trójkołowego rowerka, bo mógłby przecież zasmakować w niebezpiecznej szybkości. Do szkoły nauczył go chodzić okrężną drogą – tak, by umiłowany potomek nie mógł wpaść w ręce chuliganów ani pod furmankę. Nie ulega kwestii, że był to przypadek rażącego gwałcenia praw dziecka, ale o czymś takim wtedy w ogóle się nie pisało, a ponadto wrażliwy malec nie uskarżał się i przyjmował swój los z takim samym spokojem jak niektóre rybki życie w akwarium.
Pod koniec szkoły podstawowej nasz bohater zaczął przejawiać popularne zainteresowania muzyczne. To znaczy – z pewną jakby nieprzeciętną zachłannością – słuchał ciężkiego kołysania supergwiazdy BAD COMPANY. Krótko mówiąc przechodził przez heavymetalowe przedszkole. Marzył wtedy o elektrycznej gitarze, jaką mógłby maltretować swoimi kanciastymi dłońmi. U pewnego kumpla z drugiego końca miasteczka odkrył kiedyś, że ma talent. Zrazu grał nieśmiało, ale po kilku przymiarkach puszczał już takie spontany, że sam oniemiał z wrażenia. Tak właśnie spontanicznie objawia się światu prawdziwa iskra boża, drzemiąca w człowieku od urodzenia. Po kilku latach odkrył dla siebie prostacki geniusz MOTORHEADU, zaś jeszcze później genialną prostotę METALLIKI. Za pokątnie zarobione pieniądze kupił sobie pierwsze wiosło lichej marki Phonogram, do tego równie lichy piec z odpowiednimi kolumnami. Codziennie – ku zgorszeniu staromodnego ojca – rzeźbił piórkiem po metalowych strunach dźwięki równie ostre i kanciaste jak jego dłonie. Wymyślał riffy i układał własne melodie. Miał wyraźnie twórczą osobowość, jak na rasowego „kasztana" przystało. W dodatku był nieprzeciętnie wrażliwy i chorobliwie nieśmiały, co również zgadzało się z dendrologicznym jego typem, wedle gallijskiego horoskopu. Pisana mu była ponoć sława: na razie stał się znany nie tylko w swojej budzie, ale i poza granicami rodzinnej mieściny.
Pewnego dnia wokół dojrzewającego młodzieńca zapachniało kobietą.
Kumpel (ten z drugiego krańca miasta) pokazał mu urokliwe obrazki. Cycate babeczki w eleganckich pończochach, z papierosami w wysmukłych dłoniach, uśmiechały się do niego bezwstydnie. Jednak miast patrzeć na ich zmysłowe miny, wolał natarczywie zaglądać im między nogi, które gorliwie rozkładały. (Odtąd prawdziwa kobiecość zawsze kojarzyła się mu z obnażonym futerkiem i z ciemniejszymi obręczami nylonowych pończoch). Wrócił do pożydowskiego mieszkania i długo onanizował się na swej elektrycznej gitarze, dobywając z niej rytmiczne skowyty, przeplatane zakręconymi i niezwykle kanciastymi. Tak mu już zostało: ilekroć odczuwał dziwną chęć, spuszczał ze strun całe kaskady orgiastycznych solówek.
Kochał się bez pamięci w piersiastej blondynie, która z kolei bujała się zapamiętale w pewnym kandydacie na ojca duchownego, jawne umizgi młodego mistrza heavy metalu mając poniżej pleców. A on marzył o niej, bo takie są właśnie „kasztany" – jeśli już kochają, to tylko raz. Na podwórku młody kasztanowiec, jego rówieśnik, przerósł ceglasty mur warsztatu sąsiada, rozłożystą koroną zaczął przesłaniać skrawek nieba, przypisany do małej posesji. Co dwa lata trzeba było przycinać nowe pędy, choćby ze względu na utyskiwania sąsiada, który bezczelnie nie chciał należeć do Partii Zielonych i nazbyt wyrośnięte gałęzie wyraźnie mu przeszkadzały. Kanciaste dłonie młodego człowieka wystarczająco władały pałąkowatą piłką do drewna. Przy odcinaniu uśpionych jeszcze pędów trzeba było uważać, by nie pobrudzić się ich lepką wydzieliną. Dojrzewający mistrz gitary nie lubił „strzyc" swojego drzewa, gdyż za każdym razem wydawało mu się, że obcina własne członki. I śniło mu się kiedyś, że idzie z piersiastą blondyną pod górkę do rynku, trzymają się za ręce, jakby w pobliskim klasztorze nie było przystojnego kandydata na zakonnika, ale oto aleja równo przystrzyżonych kasztanów rozdziela ich dłonie skutecznie, bezwzględnie, nieodwracalnie. Rano wiedział już, że była to przepowiednia.

Skoro nie znalazł szczęścia w miłości, zapragnął poszukać go razem z własną kapelą. Przez kilka lat szukał właściwych kumpli, z którymi mógłby coś zwojować. Regularnie co parę zim, porą wczesnowiosenną (kiedy wypadało dostosować wielkość bratniego kasztanowca do życzeń sąsiada), jakieś OBIEKTYWNE TRUDNOŚCI piętrzyły się na drodze młodego rockera do sławy. Najczęściej były to choroby, kłótnie z przyjaciółmi, nieżyczliwość osób trzecich – wpływowych i ustosunkowanych.
Wreszcie sklecił jakieś trio na tyle stabilne i zgodne, że przez dłuższy czas miał z kim startować w branżowych konkursach, na których starał się olśnić jurorów własnym, oryginalnym repertuarem. Na ogół bez powodzenia. Grali ciężki, ponury metal, zawierający niebezpieczny ładunek anarchii i melancholii. Jego zdaniem była to muzyczka o cale piekło lepsza od tego gówna, w którym utonął krajowy rynek. Szkoda, że liczący się krytycy i działacze nie podzielali tej opinii. – – Aż na jednym z ogólnokrajowych konkursów uparty gitarman zdobył III nagrodę za nietypowe, jakby „kubistyczne" dekoracje solowe. Potem znalazł się biznesmen, gotów zafundować zespołowi pierwsze profesjonalne nagrania. Za cudzy więc szmal zrealizowali trzy single.
Skończyła się zima, można było bez przykrości (smarkoplucia, odmrożenia, te rzeczy) szpanować na ulicach podlastego miasteczka w czarnych skórach ze srebrnymi zamkami i błyszczącymi ozdobami. I nastała pora postrzyżyn wyrośniętego kasztanowca. Leader prowincjonalnej kapelki, stojącej właśnie u złotych wrót sukcesu, nie bez złych przeczuć, nie bez wewnętrznego oporu, chwycił za pałąkowate narzędzie. Był bowiem jak jego ojciec, zresztą jak każdy artysta, egzemplarzem przesądnym. Niemal z bojaźnią i drżeniem patrzył w ślad za spadającymi konarami. Okaleczenia dokonywał w piękny, czystoniebny dzień. Po zejściu z drabiny długo patrzył na ogołoconą sylwetkę liściastego „bliźniaka". Czuł się tak, jakby własnoręcznie obciął swoje długie wspaniałe włosy, jakimi szokował niektórych staroświeckich ziomków. Ale jeszcze tego samego wtorku pocieszył się szokującą niespodzianką. Usłyszał w radio „Daj to na full", czyli swój muzyczny debiut, debiut, debiut! Pocałował matkę z radości wielkiej i poleciał pochwalić się ojcu, który kiedyś tak perfekcyjnie chronił go przed wpływem złych oddziaływań. Wyblakła niebieskość oczu starego człowieka nie rozbłysła jednak euforią. To znaczy – chybić…
Wieczorem trzej siewcy apokalipsy długo balowali w „Podgórskiej", bratając się z miejscowymi fanami. Wszelako radość ich nie trwała wiecznie a wizja upragnionej kariery szybko wyleciała w powietrze. Po tygodniu nadeszła z Warszawy wiadomość, że do Firmy zgłosiła się kapela THE CYBEL z jakiegoś wojewódzkiego miasta i oskarżyła nasze trio o plagiat. Sprawa miała trafić do sądu. Firma zawiesiła lansowanie oskarżonych aż do odwołania, lecz chłopcy poczuli się zdruzgotani dopiero wtedy, gdy nie zdołali zainteresować swymi propozycjami żadnego alternatywnego wydawcy. Widzieli w tym piramidalną niesprawiedliwość, skoro ich leader zapewniał, iż w życiu nie słyszał o żadnym zespole THE CYBEL. Nawet nie mógł słyszeć, gdyż ostatnimi czasy słuchał wyłącznie megagwiazd z metalowego firmamentu. Produkcja wojewódzkich kwintecików leżała poza zasięgiem jego słuchu. Dobrze powiedzieć, ale jak to udowodnić w sądzie? Na domiar złego bossowie ze stolicy milczeli jakby wypili trochę wody z Wisły. Pogrążone w niesnaskach trio rozpadło się bez wielkiego huku a jego założyciela dopadł półpasiec. Ruchy prawej ręki stały się nieatrakcyjnie bolesne, więc o szarpaniu strun nie było mowy. Arcydziwne: liczne medykamenty nie skutkowały, choroba przedłużała się i stale padały deszcze.

Minęło kilka krótkich lat i kilka długich zim. W tym czasie były leader różnych prowincjonalnych kapel, po wielu nieudanych startach na przeglądach twórczości nieprofesjonalnej, został nauczycielem muzyki w sąsiedniej wsi. Kochały się w nim brunetki, blondynki, rude i farbowane, ale on miał to wszystko poniżej pleców. Tylko wieczorami szczególnie namiętnie miętolił struny drogiej, angielskiej gitary, wyświetlając sobie na ekranie powiek pulchną cielesność owej blondyny, która kiedyś dla ślicznego kandydata na ojca duchownego nosiła cieliste pończochy z brązowymi ściągaczami i ze szwem. Przypominał sobie, jak to pewnego lipca pozwoliła mu się rozebrać w przyklasztornym rosarium – jeden jedyny raz! Zapach tamtych pończoch nadal drażnił nozdrza… Trzydziestoletni facet był chyba równie nieszczęśliwy, jak wiernie stojący pod murem kasztan o nienaturalnie małej koronie.
I nastał sierpień – miesiąc przeprowadzki. Nauczyciel muzyki, sprawiając wrażenie wielce roztargnionego, powoli, ostrożnie pakował sprzęt elektryczny do wcześniej przygotowanych pudeł. Szykowali się do wyjazdu na Ziemie Zachodnie, albowiem stary ojciec sprzedał sąsiadowi pożydowski domek, maleńkie podwórko i zdeformowanego kasztanowca. Sąsiad to egzemplarz konkretny: spisał umowę, wyłożył plik banknotów na stół, kazał zburzyć ceglasty mur i posłał po drwala.

(Zebrzydowska, styczeń 1998 r.)

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora