Goran Petrović - Obrazki z wystawy

UROCZYSTE OTWARCIE

Goście wycierali kroki z liści i księżycowej poświaty. Za otwartymi, dwu-skrzydłowymi drzwiami został pogodny jesienny wieczór. Bezlik szelestów. I niebiańskich drobin.
Tutaj, w galerii, dwupiętrowym budynku w stylu neoklasycystycznym z elementami późnego romantyzmu, byłym magistracie, a następnie - w zależności od kaprysów historii - starostwie, okupacyjnej komendanturze wermachtu i wreszcie komitecie ludowym, który potem stał długo opustoszały i niszczał, a dopiero niedawno został poddany adaptacji do nowego celu - było aż za jasno. Światło spływało z sufitu zdobionego odnowioną sztukaterią, rozlewało się z idealnie mlecznobiałych ścian, promieniowało blaskiem wypolerowanej marmurowej podłogi, biło z każdego kąta wielkiej sali na parterze, powstałej z połączenia sześciu mniejszych pomieszczeń.

Blask zbierał się na uroczystych uśmiechach, błyszczały nim oczy zaproszonych gości, szlachetnie połyskiwały sznury pereł, kółka kolczyków, drogie kamienie medalionów i pierścionków, perłowe spinki w mankietach koszul... W tym zalewie światła, bez jednego, jedniuteńkiego cienia, nie sposób było cokolwiek ukryć. Przed okiem obserwatora nie mógł umknąć żaden szczegół: regularne brwi, wykrochmalone kołnierzyki, zachwycające chmury wonności, stonowane krawaty, wdzięczne pieprzyki, jedwabne chusteczki w butonierkach, różowe opuszki palców, starannie zaprasowane kanty spodni, opięte kroje szykownych  sukni spływających ku dołowi kaskadami materiału. Pod zwiewnymi tkaninami można było wypatrzyć podniecające zarysy  lamówek i ramiączek wytwornej damskiej bielizny, dokąd sięgają i gdzie całkowicie znikają z pola widzenia...
Ściany galerii były zupełnie puste. Jednakże, jakby na przekór tej osobliwości, gwar w pomieszczeniu narastał. Otwarcie wystawy bez obrazów nikomu nie przeszkadzało w prezentacji jak największej ilości dobrego humoru, szykowanego na tę okazję przez wiele godzin i dni. Rozmawiano na nieistotne tematy. Z reguły w przyjemnej, zgodnej atmosferze. Ktoś mówił tylko po to, by dotknąć ucha współrozmówczyni. A nawet bezczelnie przejechać palcami po jej szyi, ku piersiom, tam, gdzie dekolt zapowiadał linię graniczną. Wśród grubych ryb coraz śmielej poczynała sobie również drobnica, czy to dźwięcznym, nietłumionym śmiechem, czy też częstym mruganiem oczami. Jeśli nawet byli tacy, którzy zauważyli brak obrazów, nie znaleźli się odważni na tyle, by to kuriozum głośno skomentować. Nikt nie miał ochoty wyrazić swoich wątpliwości. Wszyscy, bez różnicy, zachowywali się tak, jakby w najdrobniejszych szczegółach byli już wprowadzeni w wyjątkowość wystawy. Wielu, w zaufaniu, twierdziło wręcz, że jeszcze w zeszłym roku, u siebie w pracowni, artysta wyłożył im osobiście swoje credo artystyczne, chociaż w rzeczywistości nie wiadomo było, kim jest ów zagadkowy autor.
Zapewne z powodu tego wszystkiego nikt nie zwrócił uwagi na kilku pracowników technicznych galerii, którzy zsuwali z okien białe płócienne zasłony, dzięki którym dekorator zręcznie stworzył iluzję niczym nieskalanej powierzchni wystawowej. Zaledwie w chwilę potem pogasły rzęsiste światła.


KATALOG


Zupełnie jakby cały mrok zebrał się właśnie tutaj. Na zewnątrz, co było widać przez okna, nic się nie zmieniło. Tyle że teraz, z perspektywy tych ciemności, wszystko wydawało się jaśniejsze, wyrazistsze. Okna przybierały wygląd roztaczających się z nich widoków.
Cztery od frontu budynku - na główną ulicę miasta.
Cztery przeciwległe - na wewnętrzny dziedziniec galerii.
Dwa boczne z prawej - na cerkiewne podwórze, z którym graniczyło wschodnie skrzydło galerii.
Pozostałe dwa boczne - na skarpę, która trochę dalej, na zachodzie, opadała łagodnie ku rzece.  
Wraz z zanikiem światła zgasł również blask. Kreacje straciły na znaczeniu. Podobnie jak rzucane sobie spojrzenia. Gwar zamieniło milczenie. Dwanaście okien przedstawiało dwanaście scen pogodnego jesiennego wieczoru. W panujących ciemnościach jaśniały zewnętrzne obrazy. Nie było wyboru: jedyny widok rozciągał się za otwartymi oknami.


POŁUDNIE


Gdzie kto stał - odwracał się ku najbliższej ramie, a właściwie okiennej framudze. Miejska wrzawa jeszcze nie ucichła, ulicą przemykali ludzie o zjełczałej w blasku neonów cerze, poświata księżyca sięgała wysokości latarni, mało który promyk docierał do asfaltowej nawierzchni. Pod fasadami ważnych rządowych budynków przesuwał się ludzki kondukt. Zaledwie kawałek dalej, przed urządzoną z przepychem wystawą za grubymi szybami, przystanęła odziana w karakuły staruszka z pieskiem. Piesek ciągnął zarówno smycz, jak i właścicielkę. Zniecierpliwiony sprzedawca papierosów pakował swój towar. Manifestacyjnie lekko ubrana, długonoga dziewczyna, z każdym kolejnym krokiem nieomylnie mijała się z własnym szczęściem. Na przystanku autobusowym czekali spóźnieni robotnicy sezonowi, dwoje wtulonych w siebie, zziębniętych młodych, co najmniej dziesięć osób w różnym wieku zasłaniajacych się rozłożonymi gazetami, student muzyki z podniszczonym futerałem na skrzypce pod pachą i nieopierzony żołnierzyk w mundurze polowym jak spod igły. Jakiś dziadek przypinał klepsydrę do pobliskiego drzewa. Z jednego kierunku, niezdecydowanie, nadchodziła postać ciągnąca swój dobytek: kartonowe pudło przewiązane sznurkiem. Z drugiego, z dzieckiem na ręku, dodawał kroku młody człowiek. Na twarzy śpieszącej za nim kobiety malował się strach. Podbiegli do samochodu, który parkował przed galerią. Zamienili kilka zdań z kierowcą. Po krótkiej rozmowie, której towarzyszyła gestykulacja, mężczyzna i kobieta pobiegli dalej. Najwyraźniej człowiek w samochodzie nie chciał ich podwieźć. Z tej odległości wszystko przemawiało za tym, że nie jest to miłe zdarzenie.


PÓŁNOC

Publiczność zgromadzona przy przeciwległej ścianie, na wprost okien wychodzących na wewnętrzny dziedziniec galerii, widziała tylko jedną postać: zaniedbanego starca, który spał w załomie muru. Tutaj nie rozciągała się władza miejskich  świateł, nie niebie bez przeszkód kapały jasnością gwiazdy. Pod ich pokrzepiającymi kroplami mokły sterty odpadków, od dawna martwy ptak, wyrzucone butelki taniego wina, zużyte losy loterii, narysowana kredą plansza gry w klasy, rozwarte metalowe posłanie po rybie, szczur przy zaskorupiałej kupce wymiocin, sześć łusek nabojów, niedopałki papierosów, łyżka stołowa z wygiętą rączką, sflaczała piłka do koszykówki, łupiny nasion słonecznika, a na odrapanych plecach sąsiedniego budynku wielkie tatuaże, plątanina graffiti: „SERBIA!", „Kochana Mysiu, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin", „Król na tron!", „Gadające głowy", „A na końcu był strach...", „Sprzedam bejsbole po przystępnej cenie", „W rządku i porządku!", „Bez komentarza", „Pixie, mistrzu!", „Dlaczego umiera człowiek, w którego ogrodzie rośnie szałwia?", „Śmierć oponom!", „Zorica ma sponsora",  „Partia z pierwszego tłoczenia", „I want you to roll me"...


POŁUDNIE, ZNOWU

Tych dwoje z dzieckiem żadną, ale to żadną miarą nie może zniknąć z pola widzenia. Nieświadoma obecności ludzi w galerii, do skrajnego lewego okna podeszła kobieta w średnim wieku, zapewne żeby się przejrzeć. Jej twarz jest smutna, wrażenia nie mogą poprawić nawet rozchylone usta. Stoi przed swoim odbiciem bardzo długo, jakby ćwiczyła uśmiech dla siebie samej lub ukochanej osoby oddalonej o całe życie. Dwoje młodych, kobieta i mężczyzna trzymający na rękach bezwładne dziecko z przekrzywioną głową, już nie biegnie -  stoją przy krawężniku. Matka raz podnosi rękę, to znów bezradnie ją opuszcza. Nikt nie chce się zatrzymać. Nikt. Samochody pędzą. Światła reflektorów bezwzględnie obnażają przerażenie kobiety. 


ZACHÓD

Publiczność w zachodnim skrzydle galerii, przy dwóch oknach wychodzących na rzeczną skarpę - drży. Nie, okna nie są otwarte. Ale zgromadzonych przechodzą ciarki na sam widok ogołoconych z gałęzi pni topoli nad nocną wodą, upiornie skrzyżowanych cieni wierzbowych gałęzi. Ludzie drżą ze strachu przed niewidocznym stąd nurtem, który z pewnością, niosąc ze sobą najrozmaitsze przedmioty, podstępnie przetacza czasy, przerzuca przeszłość i przyszłość, kapryśnie rozmieszcza topielców, ławice ryb, raki i mielizny, zaokrągla kamienie, powoli spłukuje brzegi teraźniejszości. Ludzie boją się dalekiej, zgarbionej góry, szczytu sięgającego błękitu nieba, prawie że przylegającego do sklepienia. Lękają się przestrzeni, która od centrum miasta, nieskrępowanie, bez najmniejszej przeszkody, ciągnie się ku nieznanemu, gdzie nie ma jasnych drogowskazów, gdzie można się zgubić w wielości kierunków, choć przecież i tak - w ostatecznym rozrachunku - życie sprowadza się do zataczania kręgu, gdzie, jeśli wierzyć tradycji, z odwiecznego mroku spoglądają zjadliwe, szparkowate oczy borsuków, błyszczą spojówki lelków, patrzą przenikliwie źrenice sów...   


PÓŁNOC, DRUGI RAZ

Obraz wewnętrznego dziedzińca: cisza. Milczenie. Starzec, być może pijak, a na pewno bezdomny, obudził się. Ledwo co wstał i splunął, pośpiesznie rozpiął rozporek i gapiąc się na gwiazdy - oddał mocz. Długo było słychać strumień rozpryskujący się o torby wyżarte klejem.
Tu i tam, w kałuży, pływała tarcza księżyca.


POŁUDNIE, TO SAMO

Na ulicy zdarzenie goniło zdarzenie. Plakaty wyborcze, nawet klepsydry, zalepiono nowymi twarzami godnymi zaufania. Tylko przerażonej kobiecie i młodemu człowiekowi z dzieckiem o nienaturalnie przekrzywionej główce, tylko tym dwojgu w opresji, w żaden sposób nie udawało się zniknąć z pola widzenia, uciec przed przeznaczeniem.
- Brawo! - krzyknął ktoś w galerii, z przesadną egzaltacją.
Ktoś coś znacząco bąknął


WSCHÓD

Tymczasem okna we wschodnim skrzydle od samego początku przedstawiały tę samą scenę - sosny i jodły, nagrobek prawosławnego biskupa z końca dziewiętnastego wieku i sylwetkę cerkwi. Trzy wąskie, acz wysokie bifory, z witrażami, jaśniały łunami lampek i świec. Tutaj od otwarcia wystawy nic się nie zmieniało. W odróżnieniu od zastygłego w bezruchu obrazu na zewnątrz, ruch narastał w środku: przy oknach gromadziło się coraz więcej ludzi. Z początku niezauważalnie. Niemniej w takiej liczbie, że wkrótce stworzył się zamęt. W bezprzykładnym ścisku silniejsi, żeby podejść jak najbliżej okien, odpychali słabszych. W rezultacie, w panujących ciemnościach, przed oknami tłoczyło się tylu ludzi, że pierwsi znaleźli się przy samych szybach, z odkształconymi policzkami i nosami. Za ich plecami trwała niemalże prawdziwa bitwa o miejsce w zasięgu tego odległego, nierealnie ciepłego migotania.     


KOKTAJL

Naraz zabłysło światło, równie znienacka jak zgasło. W jednej chwili, wszystkie dwanaście okien zagubiło się w bieli sufitu, ścian i marmurowej podłogi. Zaproszeni goście odchodzili od framug, pośpiesznie poprawiając wieczorowe stroje i maskując zakłopotanie. Pewna młoda dama przystanąwszy, z zaciekawieniem mierzyła wzrokiem mężczyzn, próbując odgadnąć, który z nich, w tym zamieszaniu, położył ciepłą dłoń na jej biodrze. Pracownicy galerii prawie niepostrzeżenie zasłaniali okna. Pierwsi ciszę przerwali kelnerzy, dykretnie proponując napoje. Przy brzęku szkła i nad zmarszczoną powierzchnią płynów w kieliszkach znowu posyłano sobie grzeczne uśmiechy i kontynuowano rozmowy...


 


Z serbskiego przełożył Wojciech Fladziński


 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież