Goran Petrović - Trzy jesienie i sam początek zimy

TRZY JESIENIE
I SAM POCZĄTEK ZIMY




O ZNAJOMOŚCI, KTÓRA ZAMIERA
MIĘDZY DWOMA SPOTKANIAMI

Dopiero później okazało się, że zawsze miał mnie za swojego najbliższego przyjaciela. Ja natomiast, całe lata uważałem, że chodzi o zwykłą, powierzchowną znajomość ze studiów. Jedną z tych, które nieuchronnie zamierają między dwoma przypadkowymi spotkaniami. Wyjąwszy parę takich nieprzewidzianych okazji, w innych okolicznościach nie spotykaliśmy się. Szczerze mówiąc, gdyby wszystko zapisać i starannie przeliczyć, po wcześniejszym umówieniu się lub z potrzeby spotkaliśmy się najwyżej cztery razy.


JESIEŃ
MOŚCIŁA SIĘ NIEŚPIESZNIE
JAKBY MIAŁA ZOSTAĆ NA ZAWSZE

Przed pierwszym spotkaniem - jesień tamtego roku mościła się jakoś tak nieśpiesznie, jakby miała zostać na zawsze - najpierw zadzwonił. Głosem przepełnionym rozpaczą, jednym tchem, zapewne z obawy, że jeśli zrobi pauzę, wstyd nie pozwoli mu mówić dalej, opowiedział mi o swoim nieszczęściu. Podobnych historii słyszało się wtedy wiele: niedawno został bez pracy, żona też nie pracowała, skromne oszczędności rozpłynęły się w morzu potrzeb. Nie wiedział, jak utrzymać rodzinę... 
- A syn i córka poszli do szkoły... - skończył, zanim głos ściągnął mu się w uciążliwe milczenie.
Pamiętam, że nie miałem pewności, czy oczekuje ode mnie słów pociechy, czy też liczy na bardziej namacalne wsparcie. Jakkolwiek było, zaproponowałem mu nieznaczną pożyczkę. Więcej i tak nie miałem; za ostatnie opowiadanie otrzymałem honorarium w postaci trzech obietnic, które natychmiast zamieniłem na podstawowe produkty w pobliskim sklepiku spożywczym.
- Mogę wpaść? - spytał niepewnie, ze skrępowaniem.
- Oczywiście, bardzo proszę - odpowiedziałem szczerze i odłożyłem słuchawkę.    
Kiedy jednak, niemalże natychmiast, pojawił się w drzwiach - nie napisałem nawet zdania w dopiero co zaczętym rozdziale - naszła mnie niezbyt miła myśl, że mieszka gdzieś tutaj, w najbliższym sąsiedztwie, na tej samej ulicy, możliwe, że w tym samym budynku. Uczucie było nieprzyjemne w dwójnasób: mało że przez ponad dziesięć lat nie wiedziałem, gdzie mieszka mój znajomy, to jeszcze, jak się okazało, ze swoimi kłopotami borykał się nazbyt, nieznośnie wręcz, blisko. Żeby zagłuszyć w sobie poczucie winy, do pieniędzy dołożyłem najnowszy zbiór swoich opowiadań. Zapewne był mi wdzięczny do tego stopnia, że nie przejrzał moich myśli. Mimo to ulżyło mi dopiero wtedy, gdy odprowadziłem go, wbrew zwyczajowi, aż na parter.
- Stąd możesz już sam, życzę ci wszystkiego dobrego... - pożegnałem się niezręcznie.
Nie wyszedłem za nim przed budynek. Przypuszczalnie nie chciałem zobaczyć, czy wchodzi do którejś z zalatujących stęchlizną bram po nieparzystej stronie ulicy, kieruje się w lewo, ku bazarowi, czy też znika za uschniętym drzewem na prawym rogu.


JESIEŃ ZAPUŚCIŁA KORZENIE
JAK KAŻDA KAŻDZIUTEŃKA PORA ROKU

Po tamtym spotkaniu długo się nie widzieliśmy. Moje zobowiązania w sklepiku spożywczym wzrosły z trzech do równo dwudziestu sześciu obietnic. Któregoś razu, kiedy w wolnym czasie zapragnąłem usłyszeć, co dzieje się z moim znajomym ze studiów, stwierdziłem, że w żadnym ze starych notesów  spoczywających na dnie szuflady nie mam zapisanego numeru jego telefonu. W tej kwestii mogła mi pomóc wyłącznie niejaka Marica, znana z tego, że bezbłędnie pamiętała każde, nawet najbłahsze wydarzenie ze studenckich czasów. Również później, przez te wszystkie lata, była zawsze szczegółowo poinformowana o dalszych losach ludzi z naszego rocznika.
- Kto to może być?! Gdzie siedział na wykładach?! Jesteś pewien, że to nie ten, który ładnie śpiewał?! Może był w innej grupie?! Nawet na ćwiczenia zawsze przychodził punktualnie?! Średniego wzrostu, brunet?! Pracę dyplomową pisał z typów narracji?! Słuchaj, muszę ci się przyznać, że nie mam pojęcia, kto by to mógł być! - to przesłuchanie trwało dobre dwie godziny, zanim wreszcie Marica dała za wygraną. - A wiesz, że Koloviciowa wyjechała do Los Angeles? Wyobraź sobie, znalazła jakiegoś Amerykańca i dostała papiery. Tak, tak, nie przesłyszałeś się, ta sama Koloviciowa, która nie umiała sklecić zdania po serbsku, a co dopiero po angielsku. Ech, Kalifornia! Niektórzy to mają szczęście...
Nie pozostawało mi nic innego jak tylko czekać. W końcu zadzwonił. Tym razem miał wyczuwalnie lepszy humor. Spytał, kiedy i gdzie moglibyśmy się spotkać.
- Pożyczkę starałem się jakoś urealnić - powiedział na początek. Oprócz pulchniutkiej koperty wręczył mi terminarz w miękkiej, bursztynowej skórze i eleganckie pióro wieczne ze złotą stalówką. Odbyło się to w jednej z nielicznych wytworniejszych restauracji, jakie ostały się w mieście. Do lokalu weszliśmy na jego naleganie. - Ale za to, co ofiarowałeś mi w książce, pozostaję twoim dłużnikiem. Powiedz, jak mógłbym ci się zrewanżować, bo ja nie mam pojęcia.
- Kiedy będę narzekał na brak twórczych pomysłów, podrzucisz mi jakiś wart przelania na papier - wysiliłem się na żart.   
- Umowa stoi! Jestem do dyspozycji! - wykrzyknął rozemocjonowany. Aż się rwał, żebyśmy zaraz zaczęli.
Słowo po słowie, dowiedziałem się, że zmienił zawód. Że zarabia całkiem przyzwoicie. Ściśle mówiąc, niewyobrażalnie dużo jak na te czasy, co zresztą dawało się zauważyć po prezentach, starannie dobranym ubiorze, a także swobodzie, z jaką zamówił wystawną kolację i drogą butelkę archiwizowanego caberneta. Kelner z ociąganiem otwierał wino i nalewał je do kieliszków, jakby oceniał, czy jesteśmy godni tej piwnicy i tego rocznika.
- Miło mi to słyszeć. A co teraz robisz? - spytałem.
- Jak by tu ci powiedzieć... -  lekko poczerwieniał. - Coś zupełnie niezwykłego. Względnie, zupełnie zwyczajnego.  Wpajam ludziom szacunek...
- Co takiego? - niezbyt dobrze zrozumiałem lub raczej słabo uważałem. Z lubością oddawałem się obfitej uczcie i smakowaniu leżakującej dwadzieścia lat niefrasobliwości szlachetnego caberneta.
- Szacunek do samych siebie. Udzielam czegoś w rodzaju korepetycji... - powtórzył z wahaniem, ale kontynuował, jakby tylko czekał, aż poruszymy ten temat. - Sam wiesz, jak wiele osób odniosło w tych szalonych czasach sukces. Zawsze jednak brakuje im tego samego: szacunku do samych siebie. Moja rola polega właśnie na tym, by uzupełnić ten brak. Całkiem skutecznie ich szanuję. Zdeformowani ludzie władzy, pazerni spekulanci różnej maści, zagorzali orędownicy co i rusz nowych, choćby skrajnie przeciwstawnych postaw, a nawet niektórzy żądni sławy literaci, wszyscy oni to gatunek, który na gwałt potrzebuje moich usług. Pewnie dlatego że dobrze się znają, niezbędny im jest ktoś, kto nie wie wszystkiego, kto jest gotów zapomnieć, zamknąć oczy i zatkać uszy. Ktoś kto znajdzie usprawiedliwienie dla bardzo nieetycznych postępków... 
- No cóż, przecież z czegoś trzeba żyć... - odezwałem się nieprzytomnie. Nie chciało mi się zbytnio słuchać tych lamentów. Czułem, jak od tego krzepkiego wina rozlewają mi się po ciele gęste, ciepłe dni, jakże rzadkie, odkąd jesień zapuściła korzenie tak mocno, że stała się jedyną porą roku.


JESIENNY DESZCZ NIE DAWAŁ
SPOKOJU, W ZAPCHANYCH
STUDZIENKACH ZBIERAŁ SIĘ
OSAD ŻÓŁCI

Do następnego spotkania doszło po znacznie dłuższej  przerwie. Dziewięćdziesiąt sześć solennych obietnic danych w sklepiku spożywczym zamieniłem na równo pięćset takich samych... Potem na ponad dwa tysiące podobnych... Wreszcie na blisko trzydzieści tysięcy powierzchownych... Kiedy dług osiągnął liczbę siedmio-, a może ośmiocyfrową, sprzedawca wystawił mi rachunek, któremu towarzyszyło lodowate pytanie:
- Więc jak będzie? Czy kiedykolwiek zamierza mi pan zwrócić choćby ułamek tej kwoty?
- Naturalnie. I mnie złożono obietnice. Sumę możemy zaokrąglić do równego rachunku. Ma pan moje uroczyste słowo, że wszystko zapłacę! - odpowiedziałem zupełnie poważnie.
- Słowo?! Uroczyste?! - Twarz sprzedawcy wyrażała obrzydzenie. - Niech pan przynajmniej będzie grzeczny i nie robi ze mnie głupca!
Znajomego ze studenckich dni widywałem coraz częściej, tyle że w telewizji lub na pierwszych stronach gazet i tygodników. Zazwyczaj przy okazji wyczerpujących relacji z nieproduktywnych spotkań lub rzekomych porozumień politycznych, zaskakujących wiadomości o nowych - nigdy nierealizowanych - inwestycjach drogowych, komunikatów po podpisaniu niejasnych traktatów założycielskich, świątecznych orędzi, dodatków kulturalnych o promocji tomów pamiętników... Chociaż programy, scenografia i główni aktorzy wydarzeń zmieniali się co jakiś czas, on występował regularnie, zawsze w półzgiętej pozie, przykładnie nachylony ku którejś z ważnych osobistości, usłużnie rozmowmy, zachwycony jej zapewnieniami. Gołym okiem było widać, że dobrze mu się powodzi. Wnioskując z częstotliwości tych publicznych występów - na ekranie pojawiał się codziennie - nawet lepiej niż dobrze. Byłem przekonany, że wzniósł się na wyżyny swojego niezwykle zwyczajnego fachu.
Postanowiłem spotkać się z nim twarzą w twarz. Jesienny deszcz nie dawał spokoju miesiącami, a może latami, wnikając w pory ziemi, okienne framugi, dusze przechodniów, a nawet każdą, choćby trochę pogodniejszą myśl. Deszczówka odpływała nie wiadomo dokąd, a w zatkanych studzienkach pozostawał osad żółci. Spędziłem dobre cztery godziny, wystawiony na podejrzliwe spojrzenia ochroniarzy i padającą mżawkę, dokładnie na wprost budynku hotelu z lustrzanymi szybami, gdzie odbywało się przyjęcie, na którym zapewne był również on. Nie myliłem się: wyszedł jako jeden z pierwszych, razem z powszechnie znaną osobą. Na mój widok szepnął coś swojemu chlebodawcy, przeszedł przez kordon ochroniarzy w ciemnych okularach i z otwartymi parasolami, wziął mnie pod ramię i odciągnął na bok.
- Świetnie, że jesteś - odezwał się na powitanie. -  Ostatnim razem nie powiedziałem ci, że moja rodzina nie wie, czym dokładnie się zajmuję. Kiedy spotkasz moją żonę...
Przestrogę uważałem za zbędną. Jego żony nigdy osobiście nie poznałem, chociaż prawdę mówiąc, jeszcze przed tym wszystkim, kiedy przypadkiem czekaliśmy na ten sam miejski autobus, pokazał mi rodzinną fotografię. Zdjęcie było bodajże przycięte tak, żeby zmieściło się w portfelu. Widniała na nim miła twarz z dużymi, wystraszonymi oczami...
- Jasne, bez obawy - uspokoiłem go. - Widzę, że nieźle ci się powodzi.
Nie odrywał wzroku od moich ust, jakby chciał z nich wyczytać, co naprawdę miałem na myśli. Następnie uśmiechnął się drętwo i powiedział: 
- Nie jest lekko. Brakuje mi szacunku...
- Za dużo pracujesz? Odpocznij, weź urlop - odrzekłem.
- Nie! Nie chodzi o to! Brakuje mi szacunku dla siebie! - jęknął, po czym cały się skulił, jakby oczekiwał jakiejś doniosłej reakcji z mojej strony.
Za długo szukałem odpowiednich słów. Powszechnie znany uczestnik przyjęcia zrobił niecierpliwy gest ręką. Znajomy ze studiów odwrócił się i pośpiesznie oddalił. Pomimo kordonu ochroniarzy z parasolami i dzielących nas trzydziestu metrów, wydało mi się, że zanim wsiadł do czarnej limuzyny, spojrzał jeszcze raz w moim kierunku, jakby rozpaczliwie domagając się, żebym coś powiedział, cokolwiek.


ZIMA, SAM POCZĄTEK

Nie minęły nawet dwa tygodnie od tamtego spotkania, kiedy na pniu, tym uschniętym, na końcu ulicy, zauważyłem klepsydrę ze stylizowaną gałązką. Rozmazaną w druku twarz oblewały krople deszczu. Spływały po zwyczajowych formułach, wydrukowanych zbitą czcionką, zmywając czerń z ramki nekrologu. Na korze było pełno kółeczek rdzy i nakłuć po setkach wbijanych pinezek.
Do kaplicy wszedłem tuż przed godziną podaną w nekrologu. Wokół zamkniętej trumny zgromadziła się jego najbliższa rodzina. Pachniało wilgotnymi płaszczami. Z powodu zaparowanych celofanów nie można było rozróżnić gatunków kwiatów, z których wykonano wieńce. Świece też ciężko oddychały. Dwóch bezdusznych, zniecierpliwionych grabarzy, którzy podjechali wcześniej cmentarnym wózkiem, stało ze skrzyżowanymi rękami, sygnalizując zebranym, że pora ruszać. Kiedy niewyraźnym głosem składałem kondolencje, żona nieboszczyka przytuliła mocniej do siebie osierocone przezeń dzieci: syna i córkę. Tak, miała duże oczy. Jak na tamtej fotografii - duże i wystraszone.
- Pan przyszedł... - Szept zamierał jej na ustach.
Milczałem.
- Dziękuję...   
Wcisnąłem głowę w ramiona.
- Z taką dumą opowiadał mi o panu...
Ośmieliłem się na nią spojrzeć.
- Szkoda, że nie poznaliśmy się w innych okolicznościach... - mówiła dalej. 
Parę grudek błota zakrzepło na czubkach moich butów i końcach nogawek.
- A z jego pracy nikt nie przyszedł, nawet nie zadzwonili...
Wlepiłem wzrok w kamienną posadzkę, skropioną woskowymi łzami.
- Nie chodzi o to, bym na coś liczyła. Wszystko załatwiliśny. Pomyślałam tylko, że nie godzi się, by odszedł bez pożegnalnej mowy, bez słowa...
Dwóch pracowników cmentarnych znacząco zakaszlało.
- Chodźmy, bo strawimy tu cały dzień... - bąknął nawet jeden z nich.
Z kaplicy rozchodziło się wiele scieżek, które ginęły między pomnikami. Nie było duchownego. Ani muzyki pogrzebowej. Mały kondukt posuwał się za skrzypiącym wózkiem. Idąca za mną wychudzona staruszka mówiła do drugiej:
- Co za nieszczęście... Był taki miły, a nade wszystko spokojny. Widzi pani, byłam ich najbliższą sąsiadką, mieszkaliśmy obok siebie, przez ścianę. Tamtego poranka własnym uszom nie mogłam uwierzyć. Ktoś krzyczał nieludzkim głosem: „Psie! Ty psie!". Potem padł strzał. Bratanek pani Tokalić, który pierwszy wszedł do środka, mówił mi, że krew zalała całe lustro w łazience..  
Przyśpieszyłem kroku. Deszcz zaczął przechodzić w śnieg. Nierealnie duże płatki padały na czoła i policzki, jakby na pociechę. W zetknięciu z rozmokłą ziemią, pod kołami cmentarnego wózka i stopami konduktu, biel śniegu natychmiast znikała.  


 

Z serbskiego przełożył Wojciech Fladziński

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież