Eugeniusz Koźmiński - Zielone, barcińskie lata

Moje miasto od zawsze nazywało się tak samo i szczęśliwie uniknęło losu takich na przykład Katowic, które na jakiś czas straciły swoje imię na rzecz obco i nienawistnie brzmiącego przezwiska Stalinogród, co przez lata musiało uwierać mieszkańców jak rana. Ale już ulica, gdzie stoi dom mojego dzieciństwa, zmieniała nazwę. Najpierw była ulicą Cmentarną, bo skoro szło się tędy na cmentarz, to jak się miała nazywać? Potem jednak nadano jej imię Juliana Marchlewskiego, a stary Flejter, który mieszkał na parterze, tłumaczył nam, że Lujian Marchlewski – tak wymawiał imię patrona – życzył sobie, żeby pochować go właśnie w naszej nekropolii, ale że nie mogliśmy zapewnić warty honorowej przy jego grobie, postanowiono podarować nieznanemu nam nieboszczykowi chociaż ulicę. Potem okazało się, że to nieprawda, jednak dowiedzieliśmy się tego późno, kiedy już podrośliśmy, więc postanowiliśmy wspaniałomyślnie darować staremu mędrcowi żarty. Nadal cieszył się naszym szacunkiem, bowiem w młodości wyjeżdżał do Niemiec za pracą i opowiadał o szerokim świecie, co było nie lada atrakcją w czasach, kiedy o telewizji mówił nam tylko na lekcji nauczyciel fizyki, pan Marciniec. Ale kłopoty z ulicą wcale się nie skończyły. Przywrócono jej dawną nazwę, lecz na krótko. Ulicznicy – tak w mieście nazywano wiecznych poprawiaczy ich nazw – uznali, że Cmentarna brzmi zbyt smutno, jak na nowe, wspaniałe czasy i biedna ulica znowu straciła imię. Dziś nazywa się Żnińska, bo siedemnaście kilometrów od jej zakończenia rozpoczyna się Żnin, tylko czy stara, poczciwa Cmentarna jest zadowolona ze swego imienia, czy traktuje je jak swoje? Teraz, po wielu, bardzo wielu latach wiem, że całą mądrość życiową, którą udało mi się zgromadzić, mogłem posiąść nie ruszając się wcale ze swojej ulicy. Na niej się urodziłem, tu mogłem znaleźć miejsce wiecznego spoczynku, obok Matki, Dziadka i Pradziadka. A między tymi dwoma istotnymi dla człowieka wydarzeniami–spokojnie obserwować życie. Ale mnie ciągnęło w świat.
Świat zaczynał się po drugiej stronie Noteci. Rzeka trzema mostami spinała dwie części miasta: naszą i tę drugą, ważniejszą, bo po tamtej stronie był Rynek, a przy nim szkoła.
Do szkoły szliśmy przez most zwany „garbatym" w odróżnieniu od „środkowego" i „trzeciego", chociaż dla chłopaków z tamtych ulic i podwórek, ich most na pewno był pierwszym, tak samo ważnym, jak nasz „garbaty". Obserwowaliśmy, jak parowce ciągnęły barki ze zbożem, a przepływając pod mostem – kłaniały mu się nisko, opuszczając komin. Most zastępował nam trampolinę, a co odważniejsi z jego poręczy skakali do wody głową w dół, rozkładając szeroko ręce, jak skrzydła. Tam też najpierw, jeszcze w krótkich spodenkach, ręką łowiliśmy cierniki i ukleje, potem na wędkę płocie i okonie, na końcu, już jako podrostki, szczupaki na sztuczną przynętę.
Po drugiej stronie mostu był plac. Na nim w lecie rozkładała swoje cudowności karuzela, w świąteczne, letnie wieczory do północy grała orkiestra przed remizą Ochotniczej Straży Pożarnej i stąd my, mieszkańcy najbliższych ulic, znaliśmy najlepiej listę tanecznych przebojów. A było czego słuchać : od przedwojennych tang i fokstrotów, poprzez najmodniejsze utwory powojennych kompozytorów, aż do melodii ludowych i pieśni masowych, które – w zależności od nastroju – śpiewali podchmieleni tanecznicy, wracając do domów nad ranem. Słyszało się więc a to „Czerwone maki na Monte Cassino", to znów knajacką pieśń „Moja Walerciu", a kiedy pojawiał się milicjant – „I choć padało, choć było ślisko, to się przywlekło to świniorzysko", bo repertuał „Mazowsza" był powszechnie znany. Nam natomiast plac służył do gry w palanta i niejeden raz toczyliśmy o niego bój z konkurentami, mieszkającymi przy Rynku. Dziś myślę, że akcja „Chłopców z Placu Broni" z powodzeniem mogła być umiejscowiona właśnie tu.
Rynek był miejscem ważnym. Tam Ojciec prowadził nas na pochody pierwszomajowe i uroczystości z okazji święta 3–Maja, póki takie uroczystości można było organizować, z radością szliśmy na dożynki, na które do miasta rolnicy z okolicznych wsi ściągali żniwiarki i inne maszyny i z nimi dumnie defilowali przed trybuną, klekocząc niemiłosiernie na barcińskim bruku. Tam odbywały się procesje Bożego Ciała, pełne śpiewów i kadzideł, a kiedy padał deszcz wszyscy powoli kroczyli za ks. Bogdanem Pelcem, który pod baldachimem z największą uwagą i szacunkiem niósł monstrancję do czterech ołtarzy, rozmieszczonych w bramach i na stopniach kamienic. Na początku lat pięćdziesiątych nie bardzo podobało się to miejscowej władzy i nawet pan Wiliński, właściciel sklepu i masarni stracił koncesję, ale po Październiku 56 wszystko wróciło do normy.
Plac w środku miasta był także miejscem historycznych wydarzeń. Na nim, jeszcze przed II wojną, dziadek Stefana Skrzypczyka osobiście napełniał benzyną bak prezydenckiego samochodu, bo gościem naszego miasta był Prezydent II RP Ignacy Mościcki. To były czasy, żadnego BOR–u, zaciemnionych szyb, rozmowa głowy państwa z szanowanym obywatelem miasta... Ale też w tym samym miejscu, tylko już po II wojnie o mało nie doszło do samosądu, kiedy nie wiadomo na czyje polecenie zaczęto wywozić łodzie wioślarskie z klubu na Noteci. Grupa długoletnich działaczy sportowych zażądała wyjaśnień, a kiedy krzyki się przedłużały i ówczesnego sekretarza KM PZPR schwytano „za krawat", ten wykrztusił z wysiłkiem: – To nie ja, to Leon. Dalsze śledztwo przerwał okrzyk: – Pluton do mnie! Okazało się, że z Szubina przybył na pomoc władzy oddział milicji i trzeba było rozejść się po bramach, schować na podwórkach.
Także na Rynku, ale też na przyległych ulicach, w ostatnie trzy dni Wielkiego Tygodnia, gdy milczały kościelne dzwony, grupa chłopaków, którym udało się zdobyć drewniane kołatki, z wielkim zapałem trzy razy dziennie urządzała wielkie "klekotanie" i chociaż czasem zegar na budynku szkolnym wydzwaniał trzynastą, my jeszcze „klekotaliśmy" południe.
Tu także po raz pierwszy i z tak bliska otarłem się o literaturę. No, może nie dosłownie: byłem wtedy małym chłopcem i Matka prowadziła mnie za rękę przez Rynek, pokryty wtedy „kocimi łbami". Spomiędzy kamieni jakiś klęczący, stary człowiek, nożem wycinał wyrastające zielsko. Nie znałem go, wiem, że mówiono o nim „poeta". Dopiero w inowrocławskim liceum mój polonista Lucjan Dąbek przybliżył nam postać Jakuba Wojciechowskiego, autora pamiętnikarskiej prozy, nagrodzonego za wydany w 1930 r. „Życiorys własny robotnika", którego spotkałem wówczas w tak niewdzięcznej dla niego roli.
Z książkami i czytaniem, a potem wprost pochłanianiem ich, zetknąłem się w szkole. Swoją edukację zacząłem w 1947 roku, a klasę pierwszą wspominam dobrze. Nasza wychowawczyni, żona ówczesnego lekarza Pani Krzyś, szybko nauczyła mnie czytać i mogłem już bajki, które znałem dotąd na pamięć, czytać do woli sobie i innym. W szkolnej bibliotece księgozbiór był przedwojenny, ale już w księgarni pojawiły się tanie książki wydawane przez „Czytelnika", przybliżające całą klasykę polską i obcą.
Natomiast druga klasa wydawała się nie do przebycia. Mieliśmy nową nauczycielkę, która zupełnie sobie z nami nie radziła, a my, widząc jej nieporadność, po prostu szaleliśmy: nikt nie odrabiał zadań domowych, nie uważał na lekcji, a kto nie czytał w domu tyle książek, co ja – zapomniał liter poznanych w klasie pierwszej. Dopiero pod koniec roku Pani Jola Z. postanowiła ostro zabrać się za naszą edukację i założyła księgę klasowych kar. Pamiętam ten dzień, był gorący czerwiec, w sklepie u Bej nów wypiłem butelkę lemoniady i popędziłem na lekcję, a tam – niestety – zgromadzone w żołądku gazy zapragnęły nagle wydostać się na zewnątrz, więc niechcąco beknąłem na cały głos. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a nauczycielka zrobiła się cała czerwona ze złości i gorąca, po czym powiedziała: – Jak ty się zachowujesz, to przechodzi ludzkie pojęcie – i chwyciła mnie za ucho, a do tego dodała, że za karę mam po lekcjach zostać przez pięć godzin w klasie i pisać w zeszycie sto razy: „źle czyni ten, co beka, niegodne to człowieka". Na koniec całe to zdarzenie odnotowała w kajecie klasowych kar.
Co było robić, zostałem. Zapisałem niezwykle starannie całą stronę wymyśloną przez Panią Z. sentencją, ale potem, z nudów, zacząłem wymyślać różne jej odmiany: „Źle robi ten, kto pluje, tak czynią tylko szuje" , „Zły uczeń, który szczeka, niegodne to człowieka" i inne, coraz mniej grzeczne. Na koniec, w ostatniej linijce, ułożyłem taki dwuwiersz„ Chętnie bym wylał zupę – …ale nie miałem odwagi dokończyć. Słońce prażyło prosto w okna, było gorąco jak w piecu, więc otworzyłem okno i uciekłem.
Na drugi dzień Pani Jola Z. pamiętała oczywiście o całym wydarzeniu i jak tylko weszła, powiedziała: – Tak się nie robi, chłopcze – i do tamtych godzin siedzenia po lekcjach dopisała za karę jeszcze pięć, po czy dodała, że musi być konsekwentna, i że to dla twojego dobra, chłopcze, jeszcze mi za to kiedyś podziękujesz.
Pani Jola była wysoka, ubierała się inaczej, niż inne nauczycielki, bardziej po męsku, a papierosy paliła jak Kotlarek, woźny, który palił w piecach. Taka po prostu „homo – zupełnie nie wiadomo". Pomyślałem więc, że trzeba to wszystko jakoś przetrzymać, inaczej godzin do odsiadki nazbiera się tyle, że w szkole spędzę całe wakacje. Kiedy na drugą lekcję przyszła katechetka, byłem bardzo grzeczny i uważnie przepisywałem pieśń „Przybądź Duchu, stworzycielu", co ją mieliśmy śpiewać z całą klasą na procesji Bożego Ciała, ale co z tego: Janek łokciem wylał mi atrament, więc zgłosiłem się, że chcę wyjść, wychodząc – ubrudziłem klamkę i kiedy na następną godzinę przyszła Pani Jola Z. – umazała się dokumentnie. Oczywiście wydało się, że to mnie wylał się atrament, a „takie zachowanie nie może ujść bezkarnie", więc w księdze klasowych kar pojawiły się następne godziny do odsiedzenia po lekcjach. Ich ilość narastała w zastraszającym tempie.
W domu powiedziałem o wszystkim Mamie, a ona poradziła mi, żebym zaraz przed pierwszą lekcją przeprosił nauczycielkę i postarał się przez wszystkie lekcje być grzeczny, bo przecież niedługo koniec roku szkolnego, matko kochana, czy ty chcesz pozostać w tej samej klasie, taki duży chłopak z maluchami w jednej ławce, jaki wstyd, zaraz kupimy kwiaty, zaniesiesz je Pani Joli.
Rano nauczycielka ucieszyła się i powiedziała: – Chłopcze, dobrze że chcesz się poprawić, aleja kwiatów nie przyjmę. Będę konsekwentna, a godziny zapisane w księdze klasowych kar musisz odsiedzieć, zresztą dzisiaj ja ci pomogę w nauce, nadszedł także czas, abyśmy zabrali się za kształtowanie twojego charakteru. Kiedy to usłyszałem, pomyślałem że się potnę. Rzuciłem kwiaty na ziemię, co natychmiast zwiększyło ilość godzin do odsiadki, a w czasie przerwy spakowałem książki i poszedłem do domu. Na szczęście na skwerze przy starej remizie leżał Boguś.
To pieszczotliwe imię nosił wielki drab, który z nami, maluchami, żył w przyjaźni. Bronił nas przed starszymi chłopakami, po wypłacie częstował słodyczami, ale kiedy przepuścił wszystko, mógł liczyć na nasze wsparcie. Widząc, że zaryczany idę do domu, kazał usiąść obok siebie, z kieszeni wyciągnął zapiaszczonego miętusa i wysłuchał opowieści o zmartwieniach smarkacza. Potem poradził, żeby nic w domu nie mówić o sprawie, bo on wszystko sam załatwi, chłopie – mówił – ja to tak załatwię, że będziesz miał spokój do końca roku szkolnego, a po wakacjach już poradzisz sobie sam.
Na drugi dzień Pani Jola była jakaś odmieniona – w krótkiej sukience, uśmiechnięta, pogłaskała mnie po głowie, zresztą całą klasę chwaliła tak często jak nigdy. W takiej atmosferze my też staraliśmy się nadzwyczajnie i w ten sposób wszyscy, cała gromada, dostaliśmy promocję do następnej klasy. Boguś nigdy nie zdradził, jak dokonał tej przemiany, bo że była to jego zasługa, to pewne, zresztą zaraz były wakacje i szkolne sprawy znalazły się na dalekim miejscu. Po wakacjach natomiast mieliśmy inną wychowawczynię, od
której dowiedzieliśmy się, że Pani Jola już do nas nie wróci, bo spodziewa się dziecka i wychodzi za mąż za Bogusia.
Pamiętam, że niewiele nas to już obchodziło. Chodziliśmy przecież do trzeciej klasy i mieliśmy swoje własne, męskie sprawy. Ale to temat na inne opowiadanie.

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org