Jessica Klinger - Deszcz

Boję się dnia wczorajszego i jutrzejszego. Strach przed odrzuceniem jest gorszy niż paląca w gardle whisky o poranku. Makatka w tle – mocno bydgoska – przewija się w oczach leniwie przez spowite swą monotonią lata. Grafomania miejska,  tandeta, roznosi się echem i spoczywa na łąkach. Czas zgubił zegarek, a kiść radości wylądowała w śmietniku pamięci. Trafiłam tutaj z zupełnie innej zmiany, wcale się nie zgubiłam. Przez środek moich poszarpanych myśli przetaczają się koła srebrnych wspomnień. Niektóre chciałabym wskrzesić, a niektóre ulokować jak najgłębiej.  Pustka. Nawet powietrze nosi żałobę po ostatnich dniach. Wszystko ocieka niepewnością. Odchodzę, bo nie mam już sił. Dzwoni telefon. Za trzecim razem odbieram. Mówię, że wszystko w porządku, choć w rzeczywistości swoim smutkiem byłabym w stanie zmiażdżyć nadzieję najszczęśliwszego człowieka na świecie. Załamuje mi się głos i postanawiam zakończyć tę rozmowę o niczym. Z szafy wyciągam walizkę. Zawsze, gdy potrzebuję samotności, ludzie otaczają mnie, jakbym za chwilę miała zostać pochłonięta przez ziemię. Może to i dobrze?
Zatrzymuję swój czas i próbuję nastroić gitarę. Wiem, że niczego dzisiaj nie stworzę, że nie uratuję świata, że nie uszczęśliwię nikogo, ale próbuję dalej. Najpierw delikatnie, z wyczuciem, a po chwili coraz mocniej. Wpadam w szał, bolą mnie palce, lecz nie potrafię powiedzieć „pas". Boję się wszystkiego. Wciąż gram, śpiewam o słońcu, nadziei i wiośnie, choć wiem, że w moim sercu śnieg jeszcze się nie roztopił. Dni toną w niepokojącym zgiełku, już dawno wyrzuciłam kalendarz do lamusa. Będę czekać na tę odpowiednią chwilę tak długo, aż skończą mi się słowa, tak długo, aż moje myśli wyfruną z głowy i uciekną, hen, daleko.
Po kilku godzinach, które trwały wieczność, wychodzę na pustą drogę i niosę walizkę pełną marzeń. Trudno idzie się za głosem serca, gdy milczy ono niczym grób. Gdybym wiedziała, czego chcę od życia, wszystko byłoby o wiele łatwiejsze. Dane jest mi błądzić z błogosławieństwem Stachury.
Pada deszcz i zmywa wszystkie plany. Widzę, jak spływają po szybie starego autokaru. Jak znikają w czeluści przepaści dni nieodkrytych. Wyjeżdżam na wieś, żeby uporządkować swoje sprawy. Muszę odpocząć... od siebie. Wiem, że Seneka Młodszy kpi ze mnie i szepcze do ucha, iż nie umknę przed tym, co mnie gnębi, ale... mam nadzieję, że dokonam niemożliwego.
Najłatwiej jest opowiadać o swoich sprawach osobom, które widzi się tylko raz w życiu. Wtedy człowiek ma nieśmiałą pewność, że nie zostanie skrzywdzony. Nie ma strachu, niepewności i lęku. A ja jednak wolę czuć ten strach, ten lęk, tę niepewność. Wolę płakać w nocy przez bliskich, a później czuć się jak beztroskie dziecko. Wolę odchodzić i wracać. Wybrałam trudniejszą drogę do przebycia, ale czy ktoś powiedział, że życie jest łatwe?

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież