Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska - EZOTERYZM ZDROJOWISKA (1)

Zarządzająca domem ICZÓW herbu MOGIŁA a nawet trzy, w przedwojennym OWIE – Stasia, powiedziałby, niby to z przyganą, ale tak naprawdę ze skrywanym zadowoleniem w głosie, że PANI EGUCKA znowu jest w SIÓDMYM NIEBIE, bo otoczyła ją naraz przestrzeń tak JASNA, jak jasno świecące herbowe SŁOŃCE na bramie zdrojowiskowego parku.
Ta przestrzeń zadziałała jak czas, który leczy rany – odgrodziła PANIĄ EGUCKĄ tak szczelnym murem od traumatycznych, poznańskich dni, iż postać ISTNEJ KANT wydała się jej naraz czarnym charakterem z jakiejś zwariowanej współczesnej powieści o moralnych dewiantach, powieści, w której nowa rzeczywistość, skąpana w morzu krwi, seksu i magii, epatuje TRÓJWYMIAROWCÓW do tego stopnia, że już tylko czytują THILLERY, HORRORY bądź czytadła erotyczne, których wartość odmierza się ilością tej przelanej krwi, skutecznością mordobicia bądź udanych seks-afer, opisami niebywałych pornograficznych orgii.
Fizjologia ludzka przedstawiana w nich – wypreparowana z trzymającej ją w ryzach otoczki duchowej – przeradzała się tu w jakąś okrutną, patologiczną rzeczywistość, po to, by swego rzekomego dręczyciela – DUCHA – ośmieszać, unicestwiać, zapominając, że śmierć z tą FIZJOLOGIĄ prędzej czy później i tak się rozprawi i żadne śmichy-chichy tu nie pomogą.

Tak odgrodzona przestrzenią od poznańskiej rzeczywistości, PANI EGUCKA, stanęła przed pałacem Markoniego, centralnym punktem ZDROJOWISKA.
Bijąca przed nim fontanna rozrzucała hojnie kropelki wody, opryskując jej srebrzysto-szary pajacyk z jedwabnej gazy, krople przenikały poprzez cienka tkaninę aż do skóry. Jakby prawem kontrastu, na moment powróciło wspomnienie owej przerażającej duszności i suchości korytarza sądowego i westchnienie ogromnej ulgi wydarło się z jej piersi, jak u małego dziecka po długim i bolesnym szlochu.
Powiał lekki wietrzyk, parująca na skórze PANI EGUCKIEJ woda mile chłodziła, toteż i to przykre wspomnienie natychmiast się zatarło.
PANI EGUCKA spacerowała po pustawych o tej przedpołudniowej porze alejkach, bo wszyscy kuracjusze pozanurzali swoje ciała w wanny, wypełnione EZOTERYCZĄ czarną wodą, rozkosznie, dla stałych bywalców, pachnącą SIARKOWODOREM.
PANI EGUCKA nie miała jeszcze karty zabiegowej, więc tylko zajrzała do staroświeckich łazienek w pałacu Markoniego, w niektórych wiekowych wannach kąpał się zapewne sam MISTRZ SOLSKI, bo no nie królowa Marysieńska, która wodami Cieplic leczyła swój syfilis. Była tak osłabiona mazidłami rtęciowymi, którymi wówczas tę chorobę leczył jej nadworny medyk, że kiedy i tam woda siarkowodorowa tę rtęć z jej organizmu wypłukiwała tworząc siarczek rtęci, biedna królowa sądziła, że zdrowieje.
Zaprzyjaźniona łazienna Tereska ogromnie się ucieszyła z przyjazdu PANI EGUCKIEJ i zaprosiła na powitalną kąpiel, bez żadnej tam karty, żeby PANI EGUCKIEJ ani jeden dzień w ZDROJOWISKU nie upłynął bez siarkowodorowego szczęścia.
- Nasza WIELKA ARTYSTKA też już jest – dodała konfidencjonalnie – i pani ulubiona WIELKA PISARKA, mówię pani, nadal cala na fiołkowo, ma nawet fiołkowe majtki – zachwycała się.
- Przyjdzie pani za dwie godziny to sobie o wszystkim pogadamy – cieszyła się Tereska, też z pod znaku BLIŹNIĄT, a kto jak kto, ale BLIŹNIĘTA najbardziej się rozumieją.

PANIE EGUCKA szybko przemierzyła park, zmierzając do bocznego wyjścia – tuż przy zabytkowej kaplicy ŚW. Anny, tam przysiadła na ławeczce i podnosząc zwinnie zgiętą w kolanie nogę do góry, poprawiła rozluźniony troczek związanych w kosce czarnych, koronkowych espadrylów. 
Tuż za parkiem ciągnęła się urocza uliczka, chyba jeszcze dziewiętnastowiecznych will uzdrowiskowych: Oblęborek, Willa Słowackiego, Sanato, Willa Zielona… Jaka szkoda, że rozebrano Wiślicę!
PANIE EGUCKA wybrała ukwiecony ogródek willi Sanato i siedzą nad filiżanką angielskiej herbaty, też z BŁĘKITNYM SŁONIEM, powróciła do swoich rozważań nad ZWARIOWANĄ LITERATURĄ.
- Taki zamożny hobbit – Bilba Bagins – konstatowała – czyż to nie on był prekursorem tych wszystkich napuszonych, pełnymi kieszeniami, emerytów z zachodniej Europy, którzy bez celu włóczą się po świecie, w przypadkowym towarzystwie?
PANI EGUCKA obserwowała tych ludzi na Starym Rynku w Poznaniu każdego lata: rubaszni, otyli, zapełniali bowiem żołądki wszelkimi smakołykami – śmieciami świata bez względu na zdrowotne konsekwencje podyktowane wiekiem, odurzający się spijanym, całymi kuflami, piwskiem, stawali się, tak jak Bilba, przykładem znudzonych życiem istot, które już nie potrafią, a może się boją, dostrzec pustki – SMUGI CIENIA, która odgradzała im możliwość dotarcia do samego siebie – cudownej poznawczo wędrówki w GŁĄB tak jak Bilba miotając się w poszukiwaniu przygód za wszelką cenę, nieraz bardzo wysoką, z byle poznanymi towarzyszami, byle w świat: ale świat BYLE JAKI.
Czyż przykładem takiego współczesnego Bilby nie był TRYBUN – jej sąsiad zamieszkujący apartament położony piętro wyżej, tuż nad głową PANI EGUCKIEJ. Nie wiadomo co chciał w sobie zagłuszyć ten emerytowany pięćdziesięcioletni prokurator. Całonocne ryki siedmiu głośników kina domowego, upojne śpiewy przy kieliszku  i kuflu, w towarzystwie CÓR KORYNTU i osobników posiadających, zamiast nazwisk, KSYWY to nic, w porównaniu z tym, jakie, tak jak Bilba, urządzał sobie urodziny, które - na szczęście! – obdarowywały PANIĄ EGUCKĄ odrobiną cichego odpoczynku.
Obchodził je każdego roku, wiosną, był spod znaku BARANA. O tej porze roku zawsze pakował walizy, wypełniał wszystkie kieszenie WIAGRĄ i w towarzystwie, zachwyconych podróżą na koszt TRYBUNA, PANIENEK, z całą FERAJNĄ udawał się na lotnisko – NA ŁAWICĘ, by wylecieć, a to do londyńskich pubów, a to do paryskich winiarni, gdzie ucztowej i pił przez dwa tygodnie. Byle jechać w świat. ŚWIAT BYLE JAKI.
Po powrocie, swym błękitnym Alfa Romeo, wwoził na POZBRUK apartamentowca całe baterie przednich trunków i wesoło nucąc włoskie melodie – WRÓĆ DO SORRENTO lub O SOLLE MIO, niósł je na głowie aż po dach, gdzie mieszkał, tuż nad PANIĄ EGUCKĄ, w najpiękniejszym, bo dwupoziomowym, z widokiem na cały Sołacz i pół Poznania, apartamencie.
Pod wieczór, cały wyfraczony, niczym dyrygent w LA SKALI, rozpoczynał przygotowania do nocnych ekscesów: biegając z komórką w dłoni po schodach, ledwie dotykając ziemi malutkimi stópkami, czyniąc przy tym różne wygibasy krąglutkimi bioderkami, krzyczał do telefonu:
- Gdzie jest ORZEŁ BIAŁY, dlaczego go jeszcze nie ma, gdzie jego TOWAR? Jeszcze nie skończył, gdy przed dom zajeżdżała jakaś wypasiona BRYKA, wyskakiwał z niej ORZEŁ BIAŁY – facet chudy jak nitka, o włosach wybielonych jak ugotowane na twardo białko jaja, a tuz przed nim z FURY wyskakiwała cała czereda PANIENEK: TOWAR! Preludium do nocnych libacji, których rozkosze lały się na PANIĄ EGUCKĄ przez sufit, jak woda przez dziurawe sito.
Zrozpaczona PANI EGUCKA próbowała się jakoś bronić. Walka na słowa – z prokuratorem, nawet dla BLIŹNIAKA – GADUŁY, była z góry przegrana, zwłaszcza, że TRYBUN nie dopuszczał do żadnej dyskusji. Przekornie się uśmiechając, slangiem prokuratorskim dziwnie przeciągając i akcentując słowa, łącząc je na przydechu, mówił:
- TaKIEE-rozkoSZNEE-noCEE-paNII-przeszkaDZAJĄĄą? - pokpiewał – moŻEE-woLII-paNII-swoJJE-dłuGII-w-banKAAch-od-moJEEJ-tu-obEEcnoŚCII – kwitował i wymijając PANIĄ EGUCKĄ, klepał swoją nową przyjaciółkę – chyba metr dziewięćdziesiąt wzrostu, po wypiętych kłębach końskiego zadka; ze wzrostem metr z groszami w kapeluszu wyglądał przy niej jak karzełek.
Toteż PANI EGUCKA próbowała innego sposobu: KLIN KLINEM!
Nagrała na taśmę magnetofonową adekwatny do sytuacji i bardzo pouczający KURDESZ – wciąż ten sam tekst, powtarzał się jak w GARNKU DZIURA MIŁY ROMCIU… może ze trzydzieści razy. PANI EGUCKA, siedząc po turecku na łóżku, przepędzała całe noce, wsłuchując się z bolesną satysfakcją w płynące bez końca słowa:

W PIWNICZEJ IZBIE SIEDZĘ SAM
NAD KUFLEM PEŁNM PIWA
SPOGLĄDAM WOKÓŁ TU I TAM
I GŁOWA MI SIĘ KIWA
JA NIE DBAM O CZERWONY NOS
I O TO ŻE WCIĄŻ TYJĘ
JA BIORĘ W RĘCE KUFEL MÓJ
I PIJĘ, PIJĘ, PIJĘ
DO DNA.

Ponieważ jednak jej jeden głośnik, to nie to, co siedem, TRYBUNA, PANI EGUCKA w nocnej walce na głośniki – przegrała: po prokuratorze, jej nocne koncerty  spływy jak woda po kaczce.
PANI EGUCKA, do tego momentu, kierowała się dobrym sercem i przykro jej było, pod adresem tak szalonego sąsiada, kierować słowa kolejnej strofy kurdesza, bo brzmiała dość drastycznie:

A gdy nadejdzie życia kres i stanę u stóp tronu,
pokłonię się ja Bogu w pas i powiem bez pardonu;
rozkoszy rajskich nie chcę znać i wiedzieć gdzie się kryją,
lecz Ty mnie Panie, Boże wsadź, gdzie piją, piją, piją
do dna.

Teraz jednak, po namyśle, nagrała również i tę, ale nie odtwarzała jej nocą – o nie! Z premedytacją czyniła to w godzinach rannych, kiedy po nieprzespanej nocy TRYBUN, jak mniemała, spał.
Sądziła, że takie poranne koncerty, doprowadzą do tego, że umęczony TRYBUN zapragnie wypoczywać nocą, bo za dnia udręczy go ryczący głośnik w mieszkaniu PANI EGUCKIEJ , jego MEMENTO MORI.
Niestety, choć z mieszkania PANI EGUCKIEJ cały dzień dobywały się ryki adaptera, atakując poprzez sufit śpiącego TRYBUNA tak, że nawet samą PANIĄ EGUCKĄ doprowadzały do kociokwiku, nikt się na nią, za jej dzienne ekscesy, nie oburzał. Dopiero wieczorem, na schodach pojawiał się ponownie wyfraczony prokurator i tupiąc donośnie, żeby PANI EGUCKA dostrzegła jego nowe lakierki, których kwadratowe nosy zamieniały jego stopy w dwie cegły, rzucał zjadliwie swoim prokuratorskim slangiem:
- NoO-wreSZCIEE-i-paNII-znalaZŁAA-siĘ-w-kluBIEE-dobREE-nagraNIEE-świetNNIE-siĘĘ-wyspaŁEEM-a-tAA-końcówKAA: I TY MNIE BOŻE WSADŹ GDZIE PIJĄ PIJĄ PIJĄ-i-otOO-choDZII! Wyszło szydło z worka – mówił już normalnie – nie taka pani KSIĘŻNA TWERSKA! Ha! – wysyczał Trybun, któremu PANI EGUCKA niebacznie opowiedziała rodzinne historie, nie wiedząc, że Trybun nienawidził, z jakąś proletariacką zaciekłością, wszystkiego, co ponadczasowe.
- Nie rzuca się pereł między wieprze – skwitowała w duchu swój błąd PANI EGUCKA – CECILÉ miała rację: SUBSTINE ET ABSTINE, pójdę chyba spać do salonu firmowego na parter.
Odchodząc, dodała głośno: - Nie pertraktowałbym w tej sprawie z ABSOLUTEM – to niebezpieczne – znowu jej głos był jakiś nieswój – ciwunski, jakby coś przeczuwała.
- Ach, te przesądy – zapiszczał TRYBUN – Gratuluję tego pochodzenia od zaściankowej szlachty – rechotał, już nieco na rauszu – Panu też przeszkadzają moje NOCNE ZAJĘCIA, panie HANS – mrugnął okiem do schodzącego z góry Niemca, któremu Szlachecki-junior wynajmował sąsiedni apartament.
- GUT. GUT – roześmiał się szeroko Hans – Bier GUT… ja MLODY, ja spać, ja nic nie słyszeć, u mnie Bier po kolacji… i WEIN do kolacji… ROTE WEIN ist GUT! – parsknął PANI EGUCKIEJ ironicznie w twarz.
- A pani, droga pani – rzekł przymilnie TRYBUN do paniusi z Sołacza, która po wyjeździe jedynej córki do Portugalii, wyszła za portugalskiego lekarza, sprzedała swoją willę na Sołaczu i kupiła apartament od Szlacheckiego – a pani – dodał, całując obie dłonie osiemdziesięciolatki, rozpromienionej owym gestem, która przydreptała właśnie ze spaceru swoim krygującym się kroczkiem, raz po raz podskakując w jakimś nerwowym podrygu, na swojej sfatygowanej osteoporozą lewej nóżce.
- Panie Jarku, co byśmy zrobili bez tej pana MŁODZIEŃCZEJ fantazji, bez tej ŚWIATOWOŚCI! – kiedy pan wylatuje na Teneryfę? – dyplomatycznie zmieniła temat, podekscytowana tym spotkaniem, osiemdziesięciolatka, której osobliwy tembr głosu przypominał skrzyżowanie głosu śpiewaczki koloraturowej z głosem cyrkowego FRIKO, dlatego PANI EGUCKA nazywała ją FRIKO.
- Ja lecę do Portugalii dopiero na jesieni – rozmawiała jak swój ze swoim, równie ŚWIATOWA. – Teraz przyleci na święta córka, tak często mnie odwiedza, że żartujemy, iż zamiast kolczyków, winna w uszach nosić dwa bilety lotnicze – śmiała się poniusiowatym śmiechem, nie zwracając uwagi na PANIĄ EGUCKĄ – ignorując ją, jakby ta była powietrzem.
- Więc tylko mnie przeszkadzają upojne noce prokuratora – pomyślała PANI EGUCKA – wszyscy inni wprost go uwielbiają, choć może to tylko pozory – dla świętego spokoju – nie darmo przecież FRIKO każe sobie przywozić całe baterie hiszpańskiego scherry, po którym zasypia letargicznym snem: wieczorem nigdy nie można się do niej dodzwonić!
- WITAJCIE w KLUBIE! To dopiero perfidia. Spędzi noc na sofie z IKEI w firmie.

- Tak, tak – powiedziała do siebie PANI EGUCKA, poprawiając się w wygodnym foteliku kawiarni SANATO i zakładając, choć nie było to zbyt eleganckie, nogę na nogę, ale chciała jeszcze raz przyjrzeć się swoim czarnym koronkowym espadrylom, które polubiła dla ich urody i wygody, tu nie ma zmartwień, tu będzie nosiła tylko wygodne pantofle, jak ta tancerka, spotykana każdego dnia w niezapomnianym Ustroniu Morskim żona Choromańskiego. Wtedy wzbudzały sensację, bo nikt takich w Polsce nie nosił, dziś są najmodniejsze.

Powróciła do swych rozmyślań o BILBIE: - Cóż zrobił BILBA w swoje urodziny? – pokiwała głową. – Obdarował hobbistów podarunkami i… ZNIKNĄŁ! Cóż zrobił TRYBUN w swoje urodziny, w kwietniu, na Teneryfie? Wzniósł toast za towarzyszącą mu, na jego koszt, FERAJNE i podczas tej wystawnej kolacji – PADŁ w TALERZE.
Zniknął – nikt, nigdzie więcej nie ujrzał go w apartamentowcu – nad sufitem PANI EGUCKIEJ roztaczała się teraz CISZA WIEKUISTA. No tak, wylecieć na Teneryfę w Wielki Piątek TRZYNASTEGO, to nie żarty! No i to życzenie, by ABSOLUT wsadził go tam, gdzie piją? Zaścianek, zaściankiem, ale… mówiąc językiem Stasi: PANIE EGUCKA się ZALĘKŁA. Słowo – jego ENERGIA – rzecz niebezpieczna. WIEDZA EZOTERYCZNA? Czy to możliwe?
Gdzie jest teraz TRYBUN? Nie nam dociekać – pomyślała z lekkim przestrachem PANI EGUCKA. Gdzie się podział hobbit BILBA? Żądny wrażeń ZEWNĘTRZNYCH uwierzył w niestworzone opowieści krasnoludków, a brak przywiązania do swego domu, a i zapewne brak codziennych obowiązków, wrzucił go w krąg zainteresowań całkiem mu obcych istot, którym przecież nie można ufać. Znowu natrętnie pojawiła się przed jej oczami postać tej ISTNEJ KANT, której Szlachecki-junior zaufał, nie precyzując dokładnie umowy.
Szybko dolała sobie do filiżanki herbaty z czajnika i powróciła do tego bogatego i głupiego BILBY. Tak, ten naiwny hobbit, osłabiony swymi wygłupami, nadal był łaskawie odwiedzany przez czarodzieja Gandalfa – przypadkowego kumpla, który palił z nim fajkę – przypuszczalnie TRAWKĘ, by go nadal ogłupiać – by nie odzyskał mebli, które zabrali mu kumple Gandalfa.
Prawdopodobne zresztą, ten bez charakteru naiwniak hobbit w ogóle nigdzie nie był, ani nie walczył, ani nie zdobył skarbów, tylko w narkotycznym transie, zafundowanym mu przez Gandalfa, wszystko to jedynie śnił, a jego bogate mieszkanie zamieniło się w melinę, z której kumple wynieśli nawet meble, zaś pamiętniki, które rzekomo pisywał, były tylko mrzonkami jego mózgu, z którego trucizny Gandalfa zrobiły WODĘ – dodała kolokwialnie.
Namnożyło się teraz Gandalfów, ogłupiających ludzi swymi nieludzkimi sztuczkami, bo zabijającymi to, co stanowi o naszym człowieczeństwie i życiu – nasz mózg. ESPRIT – to jest TO! Jak można gołym okiem – niepotrzebne tu nawet TRZECIE – nie dostrzec, że ten ISTNY sięgnął po nasz mózg – pragnie go unicestwić.

- Czas na siarkę – zerwała się. Zapłaciła za herbatę tajemniczej i jak zwykle chmurnej właścicielce SANATO i ruszyła w kierunku Łazienek.
Kiedy wracała, snuł się już za nią ów charakterystyczny siarkowodorowy opar, który dowodził, że moce EZOTERYCZNE ZDROJOWISKA przeniknęły teraz do jej krwioobiegu. PANI EGUCKA obwąchała swoją dłoń – wręcz upojnie pachniała siarkowodorem.
- Tereska zrobiła mi najczarniejszą kąpiel, jaką kiedykolwiek widziało ZDROJOWISKO – cieszyła się PANI EGUCKA – pachnę jak prawdziwa czarownica… nie, jak zaklinacz SŁOWA! Jeśli może być zaklinacz węży, to dlaczego nie: SŁOWA – zastanawiała się – Niesamowite! Czyżby słowa – tekst kurdesza, wyzwoliły LAWINĘ?
Jakże niebezpiecznie jest prowadzić słowne eksperymenty. E… chyba przesadzam… choć SĄ na świecie rzeczy, o którym nie śniło się filozofom.

Cdn.



 

Również tego autora

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org