Jan Burakowski - Kup pan cegłę!

W połowie lat 50-tych XX wieku w PRL-u narastał problem chuligaństwa. Nie było dnia, by gazety i radio nie informowały o ekscesach i rozbojach – pobiciach przyzwoitych obywateli, odarciu przechodniów z palt lub pierścionków, bójkach między młodzieżowymi bandami (słowo „gang” nie było jeszcze w powszechnym użyciu). Samotne spacery wieczorem po marnie oświetlonych bocznych uliczkach miast były bardzo ryzykowne. Skąd się wziął ten problem i właśnie w tamtych czasach? Przyczyn było zapewne wiele, ale dwie podstawowe są oczywiste. – Pierwsza to dorastanie bardzo licznych roczników powojennego wyżu demograficznego, dla którego brak było dostatecznej oferty na kulturalne wyżycie się. Możliwości uprawiania sportu, uczestnictwa w imprezach rekreacyjnych i sportowych były w potwornie zniszczonym kraju „na dorobku” skromne. nawet posiadanie roweru lub piłki do gry „w nogę” lub siatkówkę, było luksusem dostępnym dla niewielu. Druga to niedostatek służb „mundurowych” – milicjantów było wtedy niewielu (wbrew temu co teraz czytamy), a ich wyposażenie w sprzęt umożliwiający szybkie i skuteczne działanie – żadne. Pistolet był właściwie jedynym narzędziem. Tak dziś powszechny sprzęt jak samochody, krótkofalówki, telefony komórkowe, noktowizory – to pieśń odległej przyszłości. Piesze patrole milicyjne, często jednoosobowe, były wobec grup chuliganów w nocy praktycznie bezbronne, same często były ofiarami napaści, nic dziwnego więc, że unikały mrocznych zaułków. Wpływ na szerzenie się chuligaństwa miały też niewątpliwie powszechna jeszcze bieda oraz masowy napływ do wyludnionych przez wojnę miast ludności wiejskiej – ubogiej i zapóźnionej cywilizacyjnie.
Chuligaństwo lat 50-tych nie było zjawiskiem jednorodnym. Określeniem tym szafowano w odniesieniu tak do „zwyczajnej” młodzieżowej łobuzerki, jak i wyraźnie już kryminalnego bandytyzmu. Łobuzerstwo to niejako „chuligaństwo dzienne”, bandytyzm to „chuligaństwo nocne” . Popołudniami i wczesnymi wieczorami na ulicach miast widoczne były luźne, mniej lub bardziej liczne, grupy wyrostków ( gros to uczniowie techników i szkół zawodowych) zachowujących się hałaśliwie, niekiedy prowokująco w stosunku do przechodniów, nawet milicjantów, zaczepiających dziewczęta, przeganiających ze „swego terenu” gangi z innych ulic. Chuligani ci często „polowali” na „bikiniarzy”. Bikiniarzami nazywano chłopców wyróżniających się swoistą elegancją na tle powszechnej, zgrzebnej szarości. Typowymi rekwizytami bikiniarza były długie włosy, kolorowa koszula i krawat w jaskrawe wzory (palmy, żyrafy, „picassy”), przykrótkie wąskie spodnie ukazujące „piratki” – jaskrawo kolorowe skarpetki (najlepiej żółte lub pomarańczowe) i marynareczki w nietypowych kolorach. Niechęć „zwyczajnych” chłopaków do bikiniarzy (zgodna z oficjalnym potępieniem przez władze tego przejawu „zachodniej zgnilizny”) miała wyraźne klasowo-obyczajowe podłoże. Aby było dziwniej, bikiniarzami były w większości dzieci „nomenklatury komunistycznej”, bo rekwizyty bikiniarskie były drogie i trudno dostępne. Tak więc bikiniarze byli niejako forpocztą nieco późniejszej młodzieżowej opozycji. Chuligani dzienni bywali dokuczliwi, ale nie byli zbyt groźni. Niestety część z nich, szczególnie wywodząca się z rodzin marginesu społecznego, przerastała w bandytyzm, którego porą działania były późne wieczory i noce. Kilkuosobowe grupy bandziorów czatowały na spóźnionych przechodniów na słabo oświetlonych uliczkach. Modną wówczas „dowcipną” forma rozboju było proponowanie przechodniom kupna cegły. „Kup pan(i) cegłę!” – słyszał delikwent i najlepiej było, jeśli kupował bez oporu, płacąc za nią zawartością portfela, pierścionkiem lub zwierzchnią odzieżą. Bo ci, którzy ostro protestowali przeciw takiej transakcji, wracali do domów bez futra lub portfela ale za to z siniakami i krwiakami. Nierzadkie były nawet przypadki zabójstw na tle rabunkowym.
Mnie także nie ominęły spotkania z chuliganami – tak typu dziennego, jak i nocnego. Z uwagi na wrodzone szczęście, wychodziłem z opresji bez szwanku, czemu sprzyjały okoliczności, niekiedy, z innych powodów, przykre. A oto, dla ilustracji dwa takie przypadki.
Moim bliskim przyjacielem na studiach był Zygmunt Waźbiński. Przeważnie spędzaliśmy czas w akademikach, w których on mieszkał, ale niekiedy odwiedzał mnie w Aninie. Szczególnie wiosną i latem, mile witany przez moją Mamę, która Zygmusia bardzo lubiła i ceniła. Nasze mieszkanie praktycznie uniemożliwiało przyjmowanie gości (jeden pokój i kuchenka z ukośnym sufitem na 6 osób), więc po krótkiej pogawędce między mamą a Zygmuntem (przy herbatce, rzadziej bardziej konkretnym posiłku) szliśmy do pobliskiego lasu na długi spacer lub naukę w „plenerze”. W czasie upałów zapuszczaliśmy się niekiedy aż do Miłosnej (około 5 kilometrów), gdzie można było ochłodzić się  w sporych gliniankach (stawy po wybraniu gliny dla cegielni). Pobyt w suchych i przejrzystych anińskich laskach lub nad wodą był bardzo przyjemny, ale, jak się okazało, nie zawsze bezpieczny.
Któregoś dnia, wygodnie rozparci, czytaliśmy w cieniu okazałego dębu przy leśnej ścieżce. W pewnej chwili przebiegł tuż obok nas 10 – 11 – letni chłopiec. Nie zwróciliśmy na niego uwagi, ale po chwili przebiegł z powrotem. I tak kilka razy. To zaczęło być denerwujące, tym bardziej, że spod stóp chłopca pryskały na nas ziarna piasku i sosnowe igły… Gdy więc biegł kolejny raz – który to już? – chwyciłem go za rękę i ostrzegłem: „Zostaw nas w spokoju, bo ci przyłożę!”. Chłopiec nic nie odpowiedział, ale odbiegł z dziwnym uśmieszkiem. Wróciliśmy do lektury – ale na krótko. Wkrótce zza drzew wychynęła kilkuosobowa grupa podrośniętych wyrostków, w towarzystwie znajomego nam chłopca i zatrzymała się przy nas. – „Czemu zaczepiacie i chcecie bić to dziecko?” – rzucił ostrym tonem przystojny osiłek, prowodyr grupy. Chciałem wstać, ale Zygmuś przytrzymał mnie i szepnął: ”Siedź spokojnie!”.
Uśmiechnął się przyjaźnie do osiłka i rzekł: „To nieporozumienie! Wasz kolega mija się z prawdą. Specjalnie tak biegał by pryskać na nas piaskiem”. Uśmiech i spokojny głos Zygmunta (mimo imponującej postury miał delikatny, wręcz „aksamitny” głos) i nasz widoczny brak obawy zastanowiły widocznie prowodyra i jego pretorianów. Nie wykluczone, że pewna rolę odegrała i sylwetka mojego kolegi (198 cm wzrostu i pięści jak bochny chleba). Było tak czy inaczej, w każdym razie to nieplanowane spotkanie , nie zapowiadające niczego dobrego, zakończyło się w nastroju, o dziwo, przyjaznym. Dowiedzieliśmy się, że przywódca młodzieżowej paczki nudzącej się i polującej w podanińskim lesie na okazje do rozróby, posiada maturę („nawet niezłą”), co więcej zastanawiał się, czy nie podjąć studiów. Ale rozmyślił się. – „Czy warto niszczyć oczy przy książkach, gdy zwykły robol z łopatą zarabia więcej niż jakiś tam magister a może i doktorek?”. Zygmuś przekonywał go, że warto, bo żywot okularnika ma swoje plusy a życie robola przy łopacie minusy – i to nie byle jakie. Niestety nigdy już z grupą obrońców chłopca nie spotkaliśmy się i nie wiem, czy zachęty Zygmunta przyniosły praktyczny efekt.
Gdy zostaliśmy sami, Zygmunt pouczył mnie, że w przypadku takim jak nasz, gdy znajdujemy się w pozycji leżącej lub siedzącej, nie należy wstawać, gdyż kodeks „honorowego chuligana” zakazuje bić leżącego. A przede wszystkim, w żadnym przypadku nie należy uciekać i okazywać w jakikolwiek inny sposób strachu. Strach ofiary aktywizuje agresję przeciwnika a pogoń za ofiarą to naturalny, instynktowny odruch każdego mięsożercy. Poza tym grupa ścigająca zawsze osiąga większą szybkość niż pojedynczy osobnik (chyba, że ten jest wybitnym sprinterem).
Nie pierwszy i nie ostatni raz podziwiałem doświadczenie i mądrość życiową Zygmunta a także jego umiejętności mediacyjne. Jego rady przydały mi się już niedługo.
Jak wspomniałem już wyżej, nasze mieszkanie na poddaszu w Aninie nie sprzyjało ani nauce ani rekreacji. Nic dziwnego więc, że większość wolnego czasu spędzałem w czytelni Biblioteki Uniwersyteckiej lub w akademikach. Pobyty w domach studenckich niewiele miały wspólnego z nauką (no, może czasami przed egzaminami). Przeważnie traciłem czas na pogawędki w miłym, mieszanym towarzystwie, czasem odbywały się „potańcówki”. Ja bardzo ceniłem możliwość gry w ping-ponga w świetlicy akademika (przy ul. Kickiego lub na Tamce). Ping-pong (tenis stołowy) to jedyny sport, który lubiłem i w którym odnosiłem pewne sukcesy. Niestety za tę przyjemność musiałem kiedyś zapłacić i to boleśnie. Dosłownie, bo pewnego jesiennego wieczoru skręciłem (czy raczej „nadwerężyłem”) nogę w kostce. Przy wsparciu któregoś z kolegów dowlokłem się do dworca kolejowego (autobusy do Anina wówczas jeszcze nie kursowały) i jakoś dojechałem do stacji kolejowej Wawer, skąd miałem najbliżej do domu. Do naszego drewniaka przy ulicy Parkowej (dziś: Rzeźbiarska) nie było daleko. Dla zdrowych nóg, bo dla mojej uszkodzonej kostki była to droga przez mękę, bez końca. Przystając co kilka metrów, przytrzymując się ogrodzeń, wlokłem się ulicą Poprzeczną V. Byłem już w końcu bardzo blisko domu, gdy nagle dostrzegłem, na skrzyżowaniu uliczek, w półmroku, zarysy kilku postaci. Nie wróżyło to niczego dobrego. Na piwoszy, omawiający problemy tego świata przed rozejściem się do domów, pora była zbyt późna. Poza tym „ludzie z mroku” zachowywali się podejrzanie cicho. Co robić? Nie miałem dobrego (bezpiecznego) wyjścia. Pomny więc przykazań Zygmusia, nie zatrzymałem się a wręcz przyspieszyłem (na ile pozwalała na to kostka) w kierunku złowrogich sylwetek. Oczywiście już z bólem serca żegnałem się z prawie nowa bluzą i podniszczoną teczką, w której poza zeszytem do notatek i jakąś książką miałem rakietkę do ping-ponga. Gdy mijałem podejrzaną grupę, jeden z jej członków zrobił krok w moim kierunku. Ale tylko jeden krok. Ktoś, widocznie ważniejszy, przytrzymał go za rękaw, mówiąc głośno, lekceważąco, ale jakby z odcieniem współczucia: „Zostaw go! To kaleka i okularnik”.
I tak straciłem okazję przyniesienia do domu drogocennej cegły.