Jan Stanisław Smalewski - Ojciec

Tak, jak wcześniej obiecał córce, zaraz po śniadaniu zszedł do piwnicy i przydźwigał z niej fragmenty konstrukcji postaci ojca. Nogi, ręce i tułów. Wszystko wykonane było z płótna, siana i papieru, z niewielkim dodatkiem gliny i gipsu, bez których nie można by było zrobić stóp, dłoni i spowodować, aby figura stała się stabilna.

 

Gdy jego córka – studentka Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku zapukała do mieszkania ojca, by odwiedzić go w wolne od nauki popołudnie, on miał wszystko przygotowane.

– Tato?.. To miała być ta niespodzianka, o której mi mówiłeś?

– zapytała córka. Najwyraźniej spodziewała się zupełnie czegoś innego.

Tak kochanie. Potrzebuję twojej fachowej pomocy, by zrekonstruować twojego dziadka, a mojego ojca.… – nie wiedziała, jak sprecyzować zamierzenie, któremu poświęcił czas jej ojciec.

– Cooo?... – Zadałeś sobie tyle trudu, by

– By odtworzyć figurę twojego dziadka – wyjaśnił.

Kasia ogarnęła wzrokiem wszystko, co przygotował jej ojciec i wzruszyła ramionami.

– Jesteś dziwakiem. Po co ci to? Co zrobisz z tym manekinem? Czyżbyś cierpiał na niedosyt własnych rzeźbiarskich dokonań? – jak mówisz – ten manekin, ale… na tyle mi ich zabrakło, by wszystko doprecyzować. Musisz mi pomóc. Popracujesz zwłaszcza przy rekonstrukcji twarzy, bo jestem z niej niezadowolony..

– Nic z tych rzeczy. Moje zdolności rzeźbiarskie były na tyle wystarczające, by zrobić

No i najwięcej kłopotu przysporzyły mi dłonie. Ich wykonanie, podobnie jak wykonanie głowy, musi być precyzyjne. Te dłonie muszą być dłońmi tylko mojego ojca. Ciężkimi, owłosionymi na wierzchu, masywnymi, bo wypracowanymi dłońmi o grubych i dosyć długich palcach. Dłońmi, jakie zapamiętałem dobrze, chociaż nigdy nie głaskały mojej głowy, nie przygarniały mnie do siebie, ale także nigdy ojciec ich na mnie nie podniósł

Mówiąc to, miał także w pamięci inny ich widok. Jakże okrutny i bolesny, gdy po raz ostatni mógł je dotknąć i złożyć na nich synowski pożegnalny pocałunek. Gdy złączone w sztucznym zaplocie palców przewiązanych różańcem spoczywały na jego torsie w dębowej trumnie. Zimne i sine, co było oznaką wewnętrznego wylewu, i takie różne od woskowatej białości pośmiertnej twarzy.

Jezu! Jaki ty Kazik jesteś ładny – niespodziewanie wówczas, żegnając się z nim, westchnęła matka.

Sztuczne dłonie ojca wykonane zostały na bazie starych rękawiczek, z papieru i gliny. Z gliny, nie z gipsu, bo glina jest cieplejsza, a on nie chciał, żeby zawsze, gdy będzie dotykał dłoni ojca, przypominały mu ten widok z ostatniego z nim pożegnania.

Gdy przypatrywał się córce, z jakim zaangażowaniem zabrała się do prac konstrukcyjnych, wydawało mu się, że widzi przed sobą przyszłą rzeźbiarkę; artystkę, która z niezwykłą pieczołowitością dba o każdy szczegół dzieła. Która, zapewne jak on, ma w pamięci postać prawdziwego dziadka i wszystkie czynności przyporządkowuje tej zapamiętanej postaci.

– Tatusiu. Czy te nogi się zginają?

Nie, kochanie. Jak widzisz, są sztywne. A zrobiłem je w zgięciu celowo tak, bo dziadek będzie siedział na tym taborecie – podsunął pod stary, ale zadbany stół, ciężki taboret z kamiennym blatem.

Będzie siedział przy tym stole tak, jak zawsze siadał w domu. Pamiętasz, jak dziadek po obiedzie opuszczał luźno dłonie na kolana, opierał się mocno stopami o podłogę i tak na sztywno zasypiał na stołku?– westchnęła córka.

– Pamiętam. To było niesamowite. Do dzisiaj się zastanawiam, jak można było tak usnąć na siedząco i nie przewrócić się, nie spaść ze stołka

 

– To była codzienna poobiednia jego sjesta. Pół godziny mu wystarczyło, by odpocząć –

wyjaśnił ojciec.

– Ale teraz nie posadzimy go w ten sposób?

– spytała jego Kasiula.

Tak. Właśnie tak będzie siedział. Ręce tak wykonałem, by po ich przyszyciu do ramion, dłonie można było swobodnie ułożyć mu na kolanach.

Rozumiem. Tylko nie będzie spał, bo ma otwarte oczy... – podzieliła się z nim nowym spostrzeżeniem.

Teraz, gdy już twój dziadek, a mój ojciec śpi snem wiecznym, u nas w swoim pokoju będzie tylko czuwał. Będzie przypominał nam tego, z którym ja…

– ojciec zrobił wyraźną przerwę, a następnie pokajał się – nie miałem nigdy wystarczająco czasu porozmawiać o jego życiu. I o swoim zresztą także – dodał.

Słysząc to, córka wymownie spojrzała na ojca. – Tato, ty masz wyrzuty sumienia. – córka aż podskoczyła ze zdziwienia. – Wynagrodzić? Jak chcesz to zrobić?

Ojciec w milczeniu otworzył szufladę pełną przyborów do szycia. Wyjął z niej motek dratwy i grubą igłę.

Gdybyś chciał to mnie wynagrodzić, żebym chociaż teraz mogła dowoli posiedzieć sobie na jego kolanach, nie zrobiłbyś mu sztywnych rąk – uczyniła mu wyrzut. – No, jak ja mu usiądę na kolanach? Jak? – pokazała na dłonie dziadka spoczywające na jego kolanach.

Uspokój się, kochanie. Nie o to mi chodziło. Ty już jesteś za duża, żeby siedzieć na kolanach dziadka. Ze mną też nie chcesz chodzić za rączkę… wzruszyła ramionami. – Jakby to wyglądało? – zapytała córka.

– No wiesz? –

– No właśnie. Ja też kiedyś stroniłem od czułości ojca. A teraz mi jej brakuje.

– Będziesz mu siadał na kolanach?

Nie. Ja też nie będę mu siadał na kolanach. Będę z nim sobie rozmawiał. córka spojrzała ojcu w oczy. – Żartujesz sobie ze mnie? –zapytała wymownie.

– Nie żartuj –

Nie, kochanie. Mówię to całkiem serio. Żeby nie czuć się samotnym, będę siadał naprzeciwko i patrząc mu w oczy, będę opowiadał mu o wszystkim. Opowiem mu o tym, czego wcześniej nie zdążyłem, a może nie umiałem, mu opowiedzieć – wyjaśnił.

Gdy Kasia przyszywała nogi, a potem ręce do korpusu, on wyjął z szafy przygotowane wcześniej stare ubranie ojca; ciemne, szerokie, powycierane już na kolanach spodnie, kolorową, aczkolwiek mocno już wypłowiałą koszulę i ręcznie robiony przez matkę, granatowy sweter.

– Mam też marynarkę mojego tatusia, ale... nie będziemy mu jej wkładać – zwrócił się do córki.

Chyba masz rację, tato, on marynarkę zakładał tylko od wielkiego święta, a tobie chodzi chyba o to, by był jak najbardziej naturalny. – zapytała Kasia.

– O, o właśnie, trafiłaś, kochanie, w sedno. O to mi chodzi. Dlatego zadbałem, aby znalazł się tu także ten stół. Wiesz? Jak kiedyś zawiozłem samochodem ciężarowym babci opał, zabrałem stół, przy którym siadaliśmy wraz z ojcem. Przy którym mój tatulek odpoczywał. Babcia chciała go porąbać i spalić. A przecież... on mi tyle przypomina.

– Rodzinny dom? Czy ty tato nie jesteś zbyt sentymentalny?

Tak uważasz? – dopowiedziała córka. – Tylko wiesz co? On będzie się tutaj czuł... samotny.

Nie będzie się czuł samotny, bo ma mnie. To ja byłem bez niego samotny – wyznał ojciec.

– Nie zarzucam ci tego. Bo to także cecha artystów, prawda? Szkoda, że nie zostałeś prawdziwym artystą...

– Mam nadzieję, że to uda się tobie. A ja?... No cóż, pisanie książek, to też sztuka.

– No i robienie takich figur jak dziadek także

– A mam kochanie. Mam. Dlatego, widzisz, zrekonstruujemy sobie mojego ojca, a twojego dziadka, by mu to teraz wynagrodzić.

– Cooo?