Edmund Pietryk - Kieszonkowa Apokalipsa

Wiosna w teatrze jest czasem apokaliptycznym, bo to czas rozmów sezonowych, od których zależy być albo nie być aktora. Pan Adam był tak zwanym aktorem użytecznym w średnim wieku, a więc nie był niezbędny w teatrze, chociaż role drugoplanowe rozgrywał przyzwoicie. Nie był pewien swojego losu. Jak wielu innych, zresztą. Tym bardziej, że w następnym roku uszczuplono budżet teatru. Dyrektor był człowiekiem młodym i do tego wściekle ambitnym. Chciał, żeby o jego teatrze mówiło się dużo i głośno, jako o czołowej scenie w kraju.

 

Z gabinetu wyszła zapłakana aktorka, co Adam uznał za zły znak dal siebie. Wszedł do dyrektorskiego gabinetu i nie mógł opanować drżenia rąk. Dyrektor wskazał wymownym gestem krzesło. Zapadła długa cisza, dyrektor wpatrywał się w wysuniętą szufladę.

- Rozmowa będzie trudna – zaczął dyrektor. – Jest pan tak długo w tym teatrze. Zakorzenił się pan w tym mieście.

- Tak, ten teatr to moje prawdziwe życie. Trudno mi sobie wyobrazić inne – skwapliwe zapewnił Adam.

- Z tym, że ja mam odmienną wizję teatru – mówił dyrektor zimnym, beznamiętnym tonem. Czasy się zmieniają, pojawiają się nowe wyzwania. A ponadto teatr to nie jest instytucja charytatywna.

- Już to parę razy słyszałem – wtrącił pan Adam.

- Tym lepiej. Łatwiej będzie się nam porozumieć – na te słowa dyrektora pan Adam nie próbował opanować drżenia rąk. – Ten sezon w moim teatrze ma być sezonem wyjątkowym, a więc do zespołu musimy wpuścić dużo świeżej krwi. Tak, transfuzja wymaga ofiar.

- Jak mam to rozumieć?

- Po prostu nie ma dla pana w tym sezonie roli, a płacić za samo istnienie nie mogę. Wiadomo, jakie nas dotknęły cięcia w budżecie.

- A co to oznacza dla mnie?

- Musimy się rozstać. Zapewniam pana, że to i dla mnie jest bolesna decyzja.

- Staram się zrozumieć.

- Dobre i to. Jest pan na tyle sprawnym aktorem, że bez trudu znajdzie pan miejsce w równorzędnym mieście.

- Tyle, że braknie sił na przeprowadzkę.

- Od lat aktor był zawodem wędrownym, a w dzisiejszych realiach ekonomicznych to określenie jest szczególnie aktualne.

- A więc mam pakować walizki?

- Tak – sucho potwierdził.

- Cóż mi pozostaje, jak powiedzieć: żegnam.

- Żegnam i życzę szerokiej drogi.

Adam stwierdził, że wyszedł z tej apokaliptycznej sytuacji z pewną godnością. Z tej małej, kieszonkowej apokalipsy. Tak małej jak ta małość, którą uświadomiono mu przed chwilą.

Szedł do bufetu teatralnego jak lunatyk. Rozejrzał się i zobaczył podobnych jak on nieszczęśników.

- I co Adaś? Też cię dyro poczęstował czarna polewką? – z kwaśnym uśmiechem powiedział aktor, charakterystyczny Wojciech.

- Czarną jak smoła – odparł Adam i dał znak bufetowej pani Jance, która trzymała wódkę dla zaufanych aktorów.

Adam jednym haustem wypił sto gram wódki i pokazał, że chce powtórzyć. Drugi kieliszek wypijał powoli, jakby smakował jakąś ambrozję.

- I co nam teraz zostaje? Jakaś głęboka prowincja – Gniezno, Koszalin, albo zmiana zawodu. Podobno w supermarkecie potrzebują ochraniarzy – mówił z wisielczym humorem pan Wojciech. Ty, Adaś, grywałeś kiedyś szpiegów, takie doświadczenie przyda się w fachu ochraniarza.

- Pierdolisz trzy po trzy – burknął Adam.

- Trzy czwarte zespołu poleciało. Nie jesteś sam ze swoim nieszczęściem.

- Marna pociecha.

Przy stoliku w kącie popłakiwały trzy aktorki przed chwilą zwolnione z pracy.

- Kto teraz weźmie baby po pięćdziesiątce? Przecież to jest śmierć cywilna – mówiła przez łzy najstarsza z nich. Niech szlag trafi tego gnojka! Niech się usmaży w piekle!

- I co teraz zrobić? Szukać posady sprzątaczki albo portierki, bo na sprzedawczynie jesteśmy za stare – zawtórowała jej pani Wanda.

- A kiedyś byłam działaczką Solidarności i walczyłam o lepszy ustrój. Teraz będę błagać o ochłap jakiejś pracy w pośredniakach. I taki gnojek ci powie, że teatr to nie jest instytucja charytatywna! Wszyscy w tym bufecie jesteśmy na aucie, na śmietniku. Teatr nas wypluł. Przeżuł i wypluł.

Pan Adam nie mógł już tego słuchać, wódka zaszumiała mu w głowie. Wybiegł z bufetu na deszczową ulicę. Dobra scenografia dla takiego dreszczowca. Tak wygląda człowiek zbędny, który musi opuścić swoje zagrzane w teatrze miejsce dla młodych – żarłocznie głodnych sukcesów i sławy. Co teraz powiem żonie? Pakujemy się? Pojedziemy do jakiejś dziury na gażę, która nie zapewni minimum egzystencji. I co ona odpowie? Wychodziła za mąż za obiecującego artystę, który okazał się miernotą. Brzydzę się siebie i ciebie za to, że się tak boleśnie pomyliłam. I najgorzej, że ona będzie miała rację.

Przechodząc przez ulicę w niedozwolonym miejscu, zobaczył tylko maskę samochodu. Poczuł silne uderzenie, przeszywający ból. W ostatniej sekundzie zaświtała mu myśl – prawdziwy aktor powinien umierać na scenie, a nie na ulicy jak pies. Prawdziwa przegrana zdaje się nie mieć końca...

 

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora