Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478
  • +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ariana Nagórska - NISZA KOZIOROŻCA

    Biografia a twórczość

    Tytuł  tego felietonu brzmi drętwo, jak temat standardowego szkolnego wypracowania. Jednak banalny wniosek, że twórczość artysty wiąże się z jego biografią, może już nie mieć żadnych walorów dydaktycznych (np. bardzo niewzorowa biografia, a genialne osiągnięcia). Wprawdzie można jałowo dywagować o konieczności rozgraniczania dzieła i życia artysty lub dumać, czy lepsza jest kolejność poznawania od dzieła do biografii, czy też na odwrót, niemniej jednak nie dam sobie wmówić braku powiązań między życiem a dziełem. Taki brak związku propaguje się wyłącznie w celu odciągnięcia ludności (zwłaszcza nieletniej) od nieprawomyślnych dedukcji. Pamiętam jak w podstawówce, trafiwszy w podręczniku na reprodukcję obrazu Van Gogha pt. Gwiaździsta noc, od razu postanowiłam poznać biografię tego malarza. – A nie będzie czasem nudna? – powątpiewał kolega. Odpowiedziałam, że nudna to byłaby biografia naszego belfra od plastyki, ale na pewno nie kogoś, kto zdołał namalować taki obraz. – Co tam wymagać od belfra. Nie zaszaleje, to i g…zrobi! – podsumował kolega ze znawstwem. Nie mam co ukrywać, że wyszukiwanie (bez wątpienia istniejących!) wybitnych twórców o budujących życiorysach – to akurat nie moja pasja. Wolę genialnych desperatów, degeneratów, szaleńców i straceńców.


    Punktem wyjścia do owych rozważań stała się śmierć 27-letniej angielskiej wokalistki Amy Winehouse (23 lipca 2011 r.). Uczciłam jej pamięć po swojemu (nieważne jak) i nie na własnych klimatach chcę się skupić, ale na reakcjach społecznych, które mniej lub bardziej trafnie analizowano w mediach. Nawiasem mówiąc, za sytuację w jakimś stopniu analogiczną (choć w znacznie mniejszej skali) uważam pośmiertny wzrost popularności (szkoda, że chwilowy) naszych tak zwanych „poetów przeklętych". Znawcy różnych dziedzin twórczości, niezależnie od czasu i miejsca oraz rangi omawia- nego artysty, na ogół gremialnie narzekają, że odbiorcy przede wszystkim poszukują sensacji i z reguły bardziej interesują się na przykład nałogami, ekscesami i dramatami z prywatnego życia artysty niż jego talentem i osiągnięciami. Natury ludzkiej w tej kwestii NIGDY nie da się zmienić. W ciekawości (nawet jeśli bywa pierwszym stopniem do piekła) nie widzę nic godnego potępienia: zainteresowanie wiodące od biografii do twórczości nie jest w niczym gorsze od tego, które wiedzie od twórczości do biografii.
    Co wrażliwsi i inteligentniejsi odbiorcy sztuki wyczuwają intuicyjnie, że ekstremalne doświad- czenia artysty mogą spowodować nadzwyczajny (choć z reguły krótki i tragicznie zakończony) rozkwit talentu. O takich odbiorcach nie da się powiedzieć tak, jak o strasznych mieszczanach powiedział Tuwim, że „patrząc, widzą wszystko oddzielnie", dlatego w omawianych wyżej sytuacjach zaskoczenie, złość, przerażenie, ale też podziw i fascynację przeżywają RÓWNOCZEŚNIE. Tak skumulowane emocje fanów nieraz wiodą ich na manowce, czego nie mogą pojąć osoby (często właśnie z kręgu znawców) niezbyt zdolne do emocjonalnego reagowania na cokolwiek. Takie tragikomiczne nieporozumienie relacjonował w jednej z radiowych audycji jakiś nader zrównoważony muzykolog. Dowiedziawszy się, podobno z dyskusji w Internecie, że zmarła Amy Winehouse stanowi dziś wzór dla wielu osób, ucieszył się, że przynajmniej jest szansa, że chociaż część z tych osób będzie dobrze śpiewać. Jakiż więc był jego szok i osłupienie, gdy z dyskusji wywnioskował, że owa chęć wzorowania się w ogóle nie dotyczy śpiewu ani jakichkolwiek innych przedsięwzięć muzycznych, tylko samego stylu życia zmarłej. Wprawdzie też nie uważam, by postawa tych fanów była godna uznania, jednak zupełnie nie potrafię w tej kwestii wydziwiać, ani nawet się dziwić. Wirówka i beznadzieja tak zwanego życia codziennego skłania niektórych do wejścia na zupełnie inne orbity, najczęściej poprzez całkowite utożsamienie się z kimś sławnym i nieprzeciętnym. Nikt raczej nie łudzi się, że swemu idolowi dorówna w dziedzinie artystycznej, w pozaartystycznych natomiast może być całkiem łatwo.
    Tematem dyżurnym rozważań o wybrańcach bogów, którzy umierają młodo, jest zawsze dywagowanie, ile by dokonali, gdyby żyli dłużej. Ku wściekłości takich dyskutantów zawsze odpowiadam: – Dokonaliby tyle co wy, czyli NIC. Oczywiście jest to świadoma prowokacja, jednak pogląd taki ma swoje uzasadnienie. Obserwacja uczy, że im większy i bardziej żywiołowy rozwój talentu, tym szyb- sze jego wypalenie. Nieliczne wyjątki godnych podziwu mistrzów-seniorów potwierdzają tylko tę regułę. Autodestrukcja to oczywiście ekstremalny przypadek i zawsze występować nie musi, jednak wartościowa twórczość musi być EKSPLOATACJĄ ciała i ducha artysty. Tymczasem wokół widzimy tysiące „twórców", których „twórczość" żadnej eksploatacji sił nie wymaga (piszących, śpiewających, grających, malujących niejako „od ręki", między włączeniem pralki a obraniem ziemniaków, z przerwą na lekturę Grocholi i serial M jak miłość, między naprawą samochodu a fuchą przy remontach). Jest to nadaktywność twórczopodobna o niezamierzonych cechach kabaretu lub teatru absurdu. Oto scenariusz: Po wysprzątaniu mieszkania zziajana gosposia siada przy stoliku, na którym ostentacyjnie bieleje kartka. Zaczyna pisać tak zwany wiersz. Wychodzi jej jednak tylko tak zwany aforyzm, bo w trakcie musi wstać i zamieszać zupę. Po zamieszaniu pisze nadal, odbierając jednocześ- nie telefony i esemesy z pytaniami o zdrowie. O zdrowiu można godzinami, tym bardziej, że rozmówcy nie ograniczają się tylko do pytań. Każdy zdaje obszerną relację z własnego stanu zdrowia, diagnoz, przebiegu leczenia i rokowań. Proces pisania tak zwanego wiersza cały czas postępuje. Nagle autorka przypomina sobie, że nie wie, jaka jest pogoda. Włącza radio i telewizor (bo często podają różne komunikaty). Gdy prognozy płyną w eter, natychmiast o nich zapomina i tknięta weną tworzy dalej, zastanawiając się „w międzyczasie", jak się ubrać na spacer (bo przecież nadal nie wie, jaka jest pogoda). Narzekając ciągle, że nie ma czasu na pisanie, wydzielinę na kartce zalicza jednak do kategorii wierszy, no co wskazuje poobiednie poszukiwanie sponsorów tomiku. Wielogodzinny, kamienny sen też chyba świadczy o dobrze spełnionym obowiązku twórczym. Jeśli jednak znajdzie się słuchacz, rankiem zostaje uraczony opowieścią o tym, jak to wrażliwa na każdy szelest artystka dosłownie nie zmrużyła oka. Pozostaje desperatce sięgnąć po prochy (na nadciśnienie, cholesterol i wzdęcia). Gdy organizm został już przygotowany do krańcowych wyzwań, wreszcie można przystąpić do tworzenia…obiadu.
    Los twórców niedzielnych, poobiednich, międzyserialowych, bezstresowych, nieodlotowych, praktycznych i ekologicznych wcale nie jest godny pozazdroszczenia. Mają oni problemy, o jakich straceńczym geniuszom nawet się nie śniło! Co na przykład ma robić taki rozkoszny twórca, gdy w lecie jest brzydka pogoda? Gdyby nie padało, pisałby w słonka blasku na nadmorskim piasku lub na skwerku w plenerku. Siedziałby w ogródeczku z kubeczkiem jogurciku i miałby przed wieczorkiem tekściki do tomiku. A tu tymczasem jęczy do słuchawki: – Boże, co za niezdrowa pogoda, aż oddychać trudno! – Toteż ćwiczę zatrzymanie oddechu przynajmniej do soboty. Potem się zobaczy – odpowiadam. Za chwilę dzwoni kolejna desperatka: – Zobacz jaki horror za oknem, tylko zwariować! Co można robić w taką pluchę? – Ja na przykład badam amplitudę zaparć i wypróżnień – informuję wzniośle. Rozmówczyni (nie skojarzywszy, że to przenośnia) wbrew mym oczekiwaniom podejmuje temat. Zupełnie zapominając o deszczu, z entuzjazmem relacjonuje perturbacje swego jelita grubego. Radzę jej, by w satyrycznym wierszu obśmiała z grubej rury to jelito grube, zapomniałam jednak, że twórca śliczny-liryczny nigdy nie żartuje ze swej eterycznej weny. Dama tak bardzo pożąda  rozmówcy, że choć dokonał gwałtu na jej wrażliwości, konsekwentnie kontynuuje jelitowy wątek. W trakcie swego wykładu wciąż myli Laxigen (silny lek przeczyszczający, który właśnie zażyła) z Laremidem (lek przeciw biegunce, który zażyć powinna), przewidująco kończę więc rozmowę, by mogła zdążyć w ustronne miejsce przed pierwszym grzmotem. Wkrótce mam spodziewaną informację, że ta pogoda rozłożyła ją zupełnie dosłownie w sekundę po naszej rozmowie. Twórca dobrze ułożony nigdy nie tworzy wtedy, gdy jest położony lub rozłożony, dlatego z winy tegorocznej aury straty w kulturze niewysokiej także mogą być znaczne. Jednak wnikliwą analizę wpływów pogody na biografie i twórczość artystów pozostawiam wierzącym w takie wpływy mym ulubieńcom – ekologom. Wyrażam też błogą nadzieję, że dzięki niezdrowej aurze przestaną wreszcie zdrowo świrować.




     

    Również tego autora