Cezary Trauma - Zapiski znalezione pod kapliczką (1)

27.12.2002 piątek
Pierwszy dzień pobytu w zespole szpitali w Mylnej Śląskiej: – piękno miejsca łagodzi przymus umocowania tu i teraz. To też dzień pierwszy po Świętach Bożego Narodzenia: – kontrast klimatu! I moja pierwsza doba w jakiejkolwiek lecznicy jako obiektu do uzdrowiania, bądź medycznego przypadku. To będzie też pierwsza noc, po lat dekadzie, kiedy ciało, które przezwyciężyło nieufność do innego człowieka, nie przytuli się do swej miłości.


Pięć Pawilonów /plus kapliczka i kostnica/ wrosło w stok lesistego wzgórza. Za oknami odwilż, czuć lekki oddech halnego, ale i ciepło zimowego słońca. Prześwituje przez drzewa ogołocone z liści. Zasiedliłem lokal z widokiem na południe,  w stronę gór, na wprost masywu Żywieckich Pagórów. To zaleta. Sugeruje, że to właściwie takie wczasy bez żony, z kompaniją nieco wymuszoną. Salę wysoką na 3,5 metra, którą budował austriacki zaborca zapewne na koszary, wypełnia pięć łóżek, jakieś szafy. Budynek można by nazwać Przedsionkiem od Diagnoz – adekwatnie do funkcji i lżej niż oficjalna nazwa: Oddział Chorób takich to i takich..
Chcę opisać doświadczenie. Realiami będą cierpienie  i samotność. Zobowiązują do prawdy. Cóż jest prawda? – pytał urzędnik cywilizowanego Imperium. Pytany milczał.
–Co jest tobie? – pyta taktownie na starcie międzyludzkich kontaktów pan Alojz, stały bywalec tego śląskiego Davos. 
–  Mam guz, nowotwór i chcę żeby  go szybko wycięli. Do tej pory nie wystąpiły  przerzuty –  zrelacjonowałem krótko i szczerze.  Alojz, chłop ponad sześćdziesięcioletni, spojrzał na mnie podejrzliwie, z niepokojem o mój spokój. Szybko  wzrok odwrócił do słońca za oknem.
–  Nie widziałem tu silnych, a widziałem tu wiele, każdy kto to usłyszy jest już inny. Jedni się załamują całkowicie, schodzi z nich powietrze, drudzy kryją  w sobie strach i po cichu się pocą.
–  Ja już wiem, Panie Alojzku, to nie mój przypadek – dystansowałem natręta.
– Na twoim łóżku leżał wojskowy pułkownik, emeryt, który pewnie w Moskwie był szkolony. Twardziel z natury i od tego co kacapy  w niego wpoili. I co ? Chcieli go operować, choć  przypadłość była dość rozległa. Ordynatorka bardzo namawiała. Był tak roztrzęsiony, że się nie zgodził. Żona go wręcz gwałciła, by się poddał, a on nie: byłem tu, słyszałem. Szybko został wypisany. Dziwiliśmy się, że Pani Ordynator  wręcz wyrzuciła pułkownika ze szpitala. Jesteś młodszy,  inaczej do tego podchodzisz, ale... –  Pan Alojz nie był przekonany do mojej determinacji i rzeczowości.
I nikt nie mówi tu, że to jest oczywiście rakiem płuc. Cóż... pewnie po lekturze statystyk długości życia jest to wyrok prawie skazujący na szybką śmierć. Inny wszak niż sądu powszechnego, czy opinii publicznej,  bardziej intymny i metafizyczny. Narzędzie ostateczności ukrywa się  pod błoną opłucnej pośród oskrzelików i lubi wędrówki po ciele skazanego,  uwielbia gdzie indziej zakładać swe gniazda, cieszy się naciekami na organy sąsiednie, podnieca je rozpalanie gorączki w chłonnych węzłach śródpiersia . Bawi się w chowanego z lekarzami wszelkiej maści i wystawia głowę nowego guzka tam, gdzie nie oczekują. Narzędzie jest skutkiem. Przyczyny nieznane, nadal...
Koło południa lekarski obchód.  Pani ordynator nakazała działanie. Poniedziałek: bronchoskopia; dzisiaj spirometria, morfologia, EKG, gazy, próby jakieś tam itp., takie różne śmieszne badania. Konieczne przed operacją Pan Alojz był zdziwiony. Tak niezwłocznie mnie  diagnozują! Tu leczy się wolno, by z Kasy Chorych był stały dopływ sterty grosza. Ja wiem: – trzeba szybko określić jest lepszy czy gorszy... Kiedy jest zagrożenie życia człowieka względnie młodego porządni lekarze nie patrzą na materialne uwarunkowania.

28.12.2002 – sobota
Jestem już po dwóch wycieczkach poza obszar szpitalnego zespołu. Rano udałem się do handlowego centrum gminy po kartę do telefonu. Dzięki temu nastąpiła sytuacja, która  obserwowana z zewnątrz, kładzie ze śmiechu na parkiet każdego zdrowego na humorze. Ja człowiek bywały , techniczny z wykształcenia, raz po raz, bezskutecznie,  wkładam do  telefonu tę zakupioną kartę. Automat odpowiada: karta nieczytelna. Było to widowisko, zaiste, z cyklu Jasia Fasoli. Wkładam: tak i tak, i nic, co jest k... grane i znowu, wycieram ją – i rewers i awers, i próba, i znów karta nieczytelna i znowu k...  ciśnie się na usta. Dla człowieka, w jego mniemaniu,  w stanie łaski uświęcającej toż odzywka niezbyt na miejscu. Na szczęście nikt mnie nie podglądał, bo automat jest usytuowany we wiatrołapie. Bez społecznej śmieszności mogłem podchodzić metodą prób i błędów do podstępów telekomunikacji. No... ale wziąłem okulary i wnikliwie obejrzałem ten kawałek plastiku. Dojrzałem na rogu lekką rysę.  Po tejże linii odkruszyłem rąbek karty i włożyłem ją w gardziel automatu. Wybrałem numer i połączenie uzyskałem bezzwłocznie. Usłyszałem głos żony nazywanej Piecykiem i mogliśmy rozpocząć wymianę słownych czułostek i komunikatów. Oczywiście moim atutem były okulary, a nie sportowa złość ignoranta w cywilizacyjnych szczegółach.
Druga wyprawa była bardziej ambitna. Po obiedzie, wyjałowionym z smaku soli i wszelkich przypraw, dotarłem do Mylnej Stołecznej trzy  km od Zespołu. Moim zadaniem było przed niedzielą  znaleźć  normalny kościół i rozeznać się w terenie. Usytuowana w elitarnym Pawilonie Chirurgów, Kaplica Bożego Miłosierdzia, kilkadziesiąt metrów wyżej od oddziału mojego zakwaterowania, jest dobra dla chorych, a ja przecież nie jestem obłożny. Obok kościoła, w obrębie domu rekolekcyjnego stała piękna  w swej naiwnej wyrazistości Szopka Bożego Narodzenia. Niczym postacie z Muzeum Figur Woskowych był eksponowany  Jan Paweł II i Matka Teresa z Kalkuty. Miały w sobie coś takiego, że chciało się podejść do nich bardzo blisko i... co nie wytłumaczalne, czule pogłaskać, choć logika wiary mówi, że z tym głaskaniem winno być odwrotnie.
Alojz mówił wczoraj o lęku, który zabija. Tak, przypomniałem sobie, że święty Augustyn ustawia lęk w życiu chrześcijanina równorzędnie z grzechami głównymi, czyli z apostazją, świętokradztwem, morderstwem, lubieżnością. Chrystus poucza: Nie lękajcie się o swoje życie zbytnio, o to co macie jeść i pić, ani o swoje ciało...  Z całej poezji Ewy Lipskiej zapamiętałem taką tylko frazę: lękać trzeba się odważnie. Ona od lat pojawiała się w moich przypomnieniach. Tzn. fraza, nie Lipska. A jeszcze jedno zdanie czy też tytuł w wypożyczalni buntu czynna jest stołówka.
W pawilonie obok miała być Msza Św. Zachodzę tam, a pielęgniarka mówi, że ksiądz odwołał sprawowanie liturgii. Na tym oddziale aktualnie nikt nie jest zdolny do zejścia piętro niżej do jadalni, która raz w tygodniu zmienia się w kaplicę.
Tu od poezji kręci się w głowie. Jakież subtelne i brutalne odcienie kaszlu,  wręcz rzężenia, charczenia nocne, tlenoterapie, guzy, guzki, gruczolaki, rozedmy, inhalatory różnej konstrukcji, biopsja igłowa aspiracyjna, obowiązek plucia do butelek ze skażonym spirytusem       i do suchych: wieczorem i rano – plucie naiwnie ufne jak pacierze dzieci. Jest tu wielu, których szanse przeżycia więcej niż 3–ch lat nie przekraczają 6%. Pan Alojz z pryczy obok opowiadał, że raz zdarzyło się , że w ciągu jednego tygodnia były tu cztery zejścia z tego oto świata. Nieźle jak na Przedsionek od diagnoz, gdzie miejsc jest ze trzydzieści lub i trzydzieści dwa. Mam dobre myśli.

29.12.2002 Niedziela
Nowy Rok muszę spędzić w domu. Dość tego. Jutro wziernikowanie i będę czekać na wyniki, tylko czekać i nieco gorączkować. Na żądanie pluć z płuc.  Współtowarzysze dziwią się, że chęć wjazdu stanowczo akcentuję wobec lekarzy i Pani Ordynator. Inni wymykają się bardziej po angielsku. Widocznie nie trenują cywilnej odwagi. Spadek po realnym socjalizmie, czy strach nabyty w czasie wilczej transformacji?
Rano spore osłabienie. Telefon do Piecyka z listą życzeń:–  lampka do czytania, Światła pustyni.. Zapomniałem, że chcę mieć  przy sobie zdjęcie  Licheńskiego Krzyża, do którego w roku 1942 strzelała Berta Bauer, polityczna wychowawczyni germańskiej młodzieży. Rychła śmierć nazistki była pretekstem do rozważań o perspektywach zbawienia. Chcę te refleksje, w szpitalnym odosobnieniu, ostatecznie weryfikować.
Rozpocząłem także lekturę Misterium mortis  Borosa – po raz bodajże czwarty. Odkrywam inspiracje Karla Ranhera. Blisko plagiatu…  a może do–interpretowanie myśli?
Jako zdrowy wspiąłem się do Pawilonu Chirurgów na Mszę. Cóż... jednak nie wybrałem się na zewnątrz, poza szpital. Może nasiąkam solidaryzmem wobec zniewolonych chorobą.  W kaplicy było nas kilkadziesiąt osób z całego szpitala. Wszystkim śmierć spłynęła do płuc, słychać ją było w oddechach tych ludzi. Nie, to nie była śmierć, to przyczółki  agonii. Młody ksiądz  kontrastował z ludźmi w szlafrokach, dresach,  w większości ludźmi starymi lub bardziej. Ale jego duchowość, widoczna wiara w Opatrzność Bożą,  jakość homilii  nie budziły moich zastrzeżeń. A przecież po Soborze Vaticanum II  krytycyzm wobec Kościoła jest obowiązkiem wiernych. Tak w pięknych latach osiemdziesiątych nauczała Więź  i Ogólny Tygodnik. Nie ma czego krytykować. No…może jakość obrazów.  Dzień Św. Rodziny. Doczekaliśmy jak Symeon,  jak Anna. Można odchodzić.
Wizyta Piecyka i przyjaciół. Bardzo miła /i lampka jest, i dyskrecja w czytaniu będzie/.   W holu piliśmy kawę z dobrym ciastem. Prawie jak w lokalu, lecz dyskusja chorobliwie nawracała do choroby. Poinformowałem na wstępie, że moja przypadłość nie przenosi się na innych. Poczułem ich ulgę. Zrobiłem mały wykład o raku płuc stosownie do wiedzy, którą przyswoiłem z Zarysu onkologii itp.  Źle, że z pozycji wiedzącego mówię o tym co ze mną, bo nie wiem.
.
30.12.2002 poniedziałek
Poranek. W drzwiach ksiądz z Najświętszym Sakramentem. Ja jeszcze zaciągam ekler u spodni, zapinam pasek. Skinąłem głową, że tak. On do mnie. Zapamiętał mnie z wczorajszej Mszy. Ja na kolana. Oszołomiony tempem Eucharystii. A kapłan już trzyma w ręku Hostię i nim się opamiętałem w skrócie liturgii, rozpoczyna to, co ja mam powiedzieć: Panie, nie jestem godzien... Walczę z niemotą, patrzę z przerażeniem, bo jestem też w teatrze aktorem/trzech klientów obserwuje z boku mnie i kapłana/, ale jak dosłyszałem, że niegodny skończyłem z młodym księdzem powiedz tylko słowo...
Ledwie wstałem z klęczek a już wołają na wyjazd do Pawilonu Chirurgów na bronchoskopię z lekarką stąd, z Przedsionka. Diagnozowanie drobiazg, zaglądanie do żołądka gorzej znosiłem. Zagadnąłem lekarkę o Sylwestrze, a ona mi na to, dość agresywnie, czy zdaję sobie sprawę, że     z moim sercem nie jest dobrze. Występują jakieś dodatkowe piki. Zignorowałem, bo wiem: to ich przewrażliwienie. Po znieczuleniu nie pozwolili mi zejść te kilkaset metrów w dół. Czułem się dobrze i byłem wściekły za traktowanie mnie jak mięczaka. Zacisnąłem zęby. W końcu karetka gdzieś się zawieruszyła  i sami telefonowali, żebym zszedł do rodzimego oddziału.

02.01.2003
Powrót z Sylwestra  – o  9–tej miałem się zameldować.  Jestem zdyscyplinowany. Poddam się rygorowi szpitala i wszystkiemu, co dla mojego dobra każą mi robić bez fałszywego wstydu.
.
Próba wierszowania na średnim kacu
Myślę, że jestem w Śląskim Davos,
A jest to tylko Mylne pod Białawą.
Na przegnitych dziś dechach tarasów
leżakowali gruźlicy i smakosze papierosów.
Po lewej widać masyw Krzycznego,
po prawej Magurkę i przysiółki Małych Pagórów.
Na wprost za mgłą jest Wielka Racza.

Teraz założono tu metę etapu umierania.
Przechowalnię tych, których szanse na życie długie i szczęśliwe
są właściwie żadne. Ze ścian odchodzi farba, ciepła woda
jest rarytasem, żeliwnym kaloryferom daleko do oszczędności.
Jestem tu krótko, mało jeszcze wiem.
Staram się stać obok, aby zobaczyć więcej.

Jest pięknie. W kapliczce na zboczu 
setki różańców wiszą jako wota  lub prośby.
Zimową wilgocią i śniegiem
przesiąkają obrazki Jezusa i Maryji.
Łzy w tym miejscu
same cisną się do oka.

Dziś nie rozumie się życia  poświęconemu całkowicie Bogu, bez działalności charytatywnej i służby ludziom – wyczytałem u jakiegoś współczesnego zakonnika. Tak, Bóg i religia są po to – wmówiono ogółowi – aby pocieszać. Bóg w pojęciu wiernych i tych, co z troską pochylają się nad Kościołem, nie ma być Absolutem, ale dobrym Samarytaninem z przypowieści.