Marina Dombrowska - Niewygodnie szepce Prawda w ostatnim rzędzie kina

„Uważaj młody człowieku na pułapki wyróżnień, jakie w wyobrażeniach swoich sam na siebie zastawiasz"– takie noszę w głowie z blizn przysłowie.
Można byłoby się kropką postawioną nachapać, zadowolić. Ową mądrość, albo zaledwie refleksję, tylko siebie nasycić. Jednak coś wewnątrz prosi o publiczne odsłonięcie. Nie z powodu emocjonalno–poznawczego masochizmu (wyrzutów sumienia), ale ze względu na litość, jaka mnie ścina wobec siebie samej, na myśl, że w przyszłości, w podobnych sytuacjach–pokusy emocjonalnego entuzjazm–drogowskaz pachnący– do sideł bolesnych mnie znów poprowadzi. A przed którymi nie zdążę znów w czas się uchronić. I ucho swoje znów zalepię na – mądre pytanie: "Czy aby na pewno sił ci starczy i wytrwałości"?

 

I zanim rana rozczarowan[i]a zdąży w niepamięć zastygnąć, palec wystawiam, by ropny szlak na mapce wydarzeń poprowadzić, nakreślić raz jeszcze.

Szczególnie się sprawy mają z naszą >mądrością<.
Mają się jak: z pełną widownią w kinie. Szczególnie i wtedy właśnie, gdy kinowy ekran gości nasz debiutancki film, reportażyk. Żonglerkę sobą.
Siedzą w fotelach: jak inne fotele ( z przodu i z tyłu i z boku lewego, i prawego boku także) ludziska. A głosy ich, po ścieżkach przyjemności dochodzą do uszu–do głowy, do myśli, do przekonań i do uuu–pewnień Naszych.
Te głosy – pierwsze recenzje. Słychać to i słychać tamto. Ale najmilej, gdy właśnie chodzi o To. Bo właśnie to To– pawie –i puszące się, to są miody dla naszych uszu.
To są pierwsze nasze lśniące kolczyki, perełki, literki do składanych o nas definicji: o naszej mądrości.
Te fotele najbliższe to są ciepłe oddechy. Te najbardziej znane słowa. To są te rozpoznawalne tony głosu i barwy głosu. Te najbliższe fotele, to są ludzie, których sylwetki rozpoznajmy po długości rąk i szerokości bioder, nawet w słabym świetle.
I można tak do końca seansu, w cieple się nasiedzieć, natulić. I można tak, aż do domu samego, dać się odprowadzić gronu najbliższych, fotelowiczo–widzów: cieplusińsko– milusińskich.
Ale oby... Ale oby przy szatni [w piwnicy naszych >mądrości<], między jedną parą pleców przed własnym nosem, a drugim nosem przed własnymi plecami, doszły słuchy, i głosy, i tony, z foteli tamtych, co też nam wygodne były–tym bardziej, że, że dalekie, słabo słyszalne.
– Główna refleksja, jaką mam, to: brak wysiłku ze strony autora. Wydaje jej się, że praca to rozważania pseudofilozoficzne, dalekie od zadanego sobie trudu i ślęczenia. Całe to pokolenie takie jest – minimum wysiłku, zero pokory, własne, wyssane z palca poglądy, zero szacunku dla starszych i bardziej pracowitych.
I można się obrazić i na cały świat wydąć usta w wielkim obrażeniu. I prychnąć jeszcze można na to lekceważąco i dumnie.
Ale. Jeśli wypełnione ludźmi, pobliskie fotele kinowe, na premierze –własnej mądrości– były tylko marą? A płynące z ich ust ciepłe słowa: pochlebstw, potakiwań i zachwytu należały jedynie do naszych o sobie wyobrażeń i pysznych imaginacji? Cóż, jeśliby się prawdziwymi okazały tylko te słowa w szatni? Wypowiedzianymi naprawdę i realnie?
Wiem, że gdy w wyludnionym pomieszczeniu szatniarz gasił ostatnie światła, Ten Ktoś prawdziwie podał mi kurtkę i odchodząc dodał: "Nie jestem pamiętliwa, (mimo, że dalej się mądrujesz). Trudno, życzę Ci powodzenia chcę, żebyś mnie dobrze pamiętała, i ja Ciebie też. Nie rań mnie więcej proszę.
I wiem, że taką będziemy mieli mądrość, na jaką otworzymy w sobie furtę, albo, na jaką siebie zamkniemy.
Są takie miejsca w życiu, gdzie jak w kinie– najbliżej nas przysiądzie
Kłamliwe ciepłe Słówko, a Prawdziwe i mądre–Szpiczaste, zasiądzie daleko od nas–, by możliwie najmniej boleśnie ugodzić nas Prawdy szpicem w tył głowy– dla poprawy –Krążenia Prawdy w nas, dla nas i o nas.