Marek Jastrząb - Lot nad kukułczym gniazdem

Najpierw zobaczyłem film i wywarł na mnie ogromne wrażenie. Potem byłem w teatrze, na spektaklu z udziałem Wojciecha Pszoniaka w roli McMurphy'ego. A na ostatku przeczytałem książkę Kena Keseya.

Rzecz dzieje się na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego. Do wnętrza tego piekła, krokiem nonszalanckim, pogardliwym i zblazowanym przybywa nowy pacjent, McMurphy. To człowiek nieprzeżarty obłudą; odporny na hipokryzję. Nie daje się wepchnąć do psychoterapeutycznego towarzystwa wzajemnej adoracji; McMurphy, główny bohater książki jest sybarytą i szulerem. Z czym się zresztą nie kryje.

W pierwszych rozdziałach tego utworu jest nieprzepisowo rezolutny, krzykliwie radosny i egoistycznie cwaniakowaty. A zwłaszcza (co personel pielęgniarski doprowadza do wściekłości) – zdrowszy psychicznie  od tych, którzy go chcą  kurować. Dlatego od pierwszej chwili pobytu w tym miejscu drażni ludzi przyzwyczajonych do regularnej wegetacji. Ale nie tylko drażni, bo skupia na sobie uwagę, zaciekawia i burzy ich stereotypowe nawyki do życia pod kloszem. Intryguje swoją siłą niepokornego charakteru. Z początku daje się zwieść landrynkowej atmosferze zakładu. Jest śmiały, tryska beztroskim humorem, nieskrępowaną, złośliwą, wisielczą wesołością, swobodnym, koncyliacyjnym traktowaniem samego siebie. Obce mu są uczone wywody tutejszych pacjentów, krasomówcze tyrady mające wyjaśnić ich beznadziejne postępowanie, ich mętne wątpliwości i płaczliwe refleksje. Dla niego są to przywary, charakterologiczne usterki prowadzące prosto w drapieżne objęcia tutejszych konowałów.

Ze wszystkiego i każdego żartuje, nikogo nie oszczędza; ostrze jego drwiny tnie z taką samą bezwzględnością tych, co sprawiają wrażenie normalnych, jak i tych, co nimi są tylko z nazwy. Jest to facet, który z niejednego pudła chleb jadł. Trafia do psychiatrycznego klasztoru dla mentalnych umrzyków, duchowych sztywniaków zanurzonych w rozgoryczonej medytacji o swoich niefartach, wadach, kompleksach. Trafia i od razu dowodzi swoim zachowaniem, że jest inny, niż ci, z którymi go osadzono. Ale drwiny stosowane przez McMurpy`ego, to złudzenie, pozór, sztuczka, dymna zasłona i charakteryzacja; profilaktyczna ochrona przed atakami Siostry Ratched. A także przed monotonią tutejszych zabiegów polegających na łamaniu cudzych marzeń, na pacyfikowaniu pragnień odstających od tutejszych miar.

Za sobą ma mnóstwo wpadek, mrowie sądowych pomyłek i kryminalnych  obertasów z paragrafem w tle, surowo więc traktuje swoje życie. Pozbawiony jest złudzeń i wobec otaczającego świata nie ma naiwnych oczekiwań; ocenia go trzeźwo. Jego główną bronią  jest życiowa mądrość; wierzy jej bez zastrzeżeń: dysponuje własnym doświadczeniem, prywatną skalą wartości. Gdyby pokusić się o scharakteryzowanie go w kilku słowach, to trzeba by było powiedzieć, że jego główną cechą jest – nieustanne zdziwienie. Dziwi się, że pozostali pacjenci nie próbują protestować przeciw robieniu z nich durni. Że tak ochoczo starają się nie przeciwstawiać swoim prześladowcom. Dziwi go bzdurny regulamin tej psychiatrycznej latryny. A jeszcze bardziej się dziwi temu, że ci „niepokalani winowajcy", siedzą tu - dobrowolnie. I to siedzą tu od wielu lat, choć w każdej chwili mogliby przestać narzekać na swój los, uciec stąd i wybrać się na przechadzkę po prawdziwym życiu.

Mogliby, lecz nie chcą. Nie chcą? Raczej nie mają dokąd uciec. Boją się życia, zmagań z jego problemami, nawet nie usiłują ich rozpoznać, bo tu, mimo wszystko, są nie zagrożeni, uwolnieni od paraliżującego ciężaru rzeczywistości, od ponoszenia odpowiedzialności za siebie, za rodzinę i potencjalne dzieci. Zrazu prowadzi w pojedynkę swoją walkę o człowieczą godność i jest to walka samotna, nieomal groteskowa, skazana na niepowodzenie. Wydarzenia rozgrywają się w miejscu przeznaczonym naprawie ludzi społecznie uciążliwych. W miejscu przeprowadzania kapitalnego remontu obyczajowego rozbrykania i sprawiania, by zostali wyposażeni w kołtuńskie poglądy i uniżone kręgosłupy. Ponieważ tylko tacy są tolerowani przez społeczną maszynerię zwaną przez narratora tego dzieła - „systemem", „układem", „kombinatem".

Władzę w nim sprawuje koszmarna i samowładna monarchini, siostra Mildred Ratched. Jest starą, pruderyjną, wojskową pielęgniarką przystosowaną do rygorystycznego przestrzegania regulaminu. Jako wcielenie  koniunkturalizmu i wyrachowania, od wielu lat pełni funkcję „miłej osoby". Na każdym kroku podkreśla, że ma usposobienie łagodne, a wnętrze człowieka niekonfliktowego; kto jej nie zna, daje się nabrać na manifestowaną przez nią uprzejmość. W istocie jest osobą niszczącą w zarodku każdy przejaw indywidualizmu. Siostra Ratched, czarująca sekutnica o wdzięku irygatora, panowała w szpitalu od dawna, uwielbiała wpędzać ludzi w poczucie winy, w monstrualny wstyd. Była w tym perfidną rutyniarą, specjalistką od prowokowania awantur i sterowania nimi, fachowcem od wprowadzania zamętu, niepokoju, insynuacji, mówienia nie wprost. Pod jej kierownictwem pacjenci wzajemnie się kaleczyli, nawzajem frymarczyli swoją i cudzą psychiką; pod jej rządami tkwili w swoich wyrzutach sumienia.

Jej celem jest ograniczenie ludzkiej samodzielności, uzależnienie ludzi od jej woli, skazanie ich na bezradność, zaszczepienie w nich obezwładniającej niemocy i dokuczliwego poczucia winy, przeciwstawienie się ich zorganizowanemu, etycznemu barbarzyństwu polegającemu na silnej woli. Jej celem jest styranizowanie ich powszechną zgodą na marazm, stłamszenie ich przyzwoleniem na prostrację i społeczny autyzm tłumaczony strachem, obawą przed ryzykiem zwyczajnego istnienia. Domagała się od nich furiackiego manifestowania skruchy i jęczących zwierzeń. Dlatego organizowała psychoterapeutyczne sabaty z marionetkowym udziałem lekarza prowadzącego oddział (lekarz, „mały człowieczek w binoklach", szefował temu oddziałowi zaledwie symbolicznie, ponieważ na jego czele musiało figurować jakieś popychadło z naukowym tytułem, a ekspertem od kiereszowania chorymi pozostawała Naczelna Wywłoka).

Prowadzi oddział w sposób apodyktyczny i niepodzielny. Nielitościwa i bezwzględna, pewna swojej nieograniczonej potęgi, nakazuje pacjentom i podwładnym ścisłe przestrzeganie postanowień regulaminu. Ale trzęsie nie tylko chorymi i niższym personelem: skutecznie wpływa na decyzje lekarzy; od wszystkich wymaga dosłownego respektowania zwyczajów ustanowionych przez nią. Przepisy jednak były oderwane od konkretnych sytuacji. Przeważnie martwe i absurdalne: nie miały ułatwiać pacjentom życia, ale przeciwnie - komplikować. Trudności związane z regulaminem są dla Siostry Ratched elementem gry, emocjonalnymi igraszkami z lokatorami tej siedziby, wynikiem rywalizacji z innymi ludźmi i nieokiełznanej chęci triumfalnego postawienia na swoim.

Mieszkańców traktuje niejednakowo. Jedni stanowią wdzięczne obiekty do strofowania, wytykania palcem i pouczania, zaś innych nie dostrzega: w niczym jej nie zagrażają. Niewidoczni i nieobecni duchem, wegetują na uboczu istotnych zdarzeń, pokątnie należą do warzywnego świata żywotnych nieboszczyków. Regulamin, groteskowe nakazy, zakazy i absurdalne wymogi, są ceną ich marnej egzystencji, kosztem ich schronienia przed złowrogim, otaczającym światem. Świat zewnętrzny jest im nieprzyjazny; wolą tkwić w swoich urojeniach i kompleksach, zabobonach i trwożliwych zapatrywaniach, aniżeli stawić mu czoła. Wolą istnieć pod kloszem, poddać się dyrektywom określonym przez „kombinat", ulec im, nosić umowną etykietkę świra.

*

O ile film bardzo mi się podobał, to przedstawienie teatralne, mimo koncertowej gry aktorów i doskonałej reżyserii, już mniej. Ale po lekturze książki stwierdziłem, że ani film, ani teatr, nie umywają się do bogactwa pierwowzoru. Być może z powodu narratora tego dzieła, Metysa Bromdena, postaci ukazanej w filmie w sposób szczątkowy, a kluczowej w książce. Zwalisty Indianin, Wódz Bromden opowiada o „kombinacie" miejscu przeznaczonym dla ludzi wątłego usposobienia. Mówi o zakompleksionych, skonstruowanych z plasteliny przeciętniakach usiłujących dostroić się do tak zwanej większości. Twierdzi, że jest jednym z nich. Nauczony, że aby przetrwać w świecie skonstruowanym przez drani, należy udawać innego, niż się jest, staje się  dla pozostałych – nieszkodliwy; udaje głuchoniemego. Z premedytacją, skutecznie i od lat wyprowadza w pole mieszkańców i personel. Chroni się za portierą niewidzialności; widzi wszystko, wszystko rozumie, z nikim się jednak nie dzieli posiadaną wiedzą. Nie dzieli się nią do czasu, bo gdy na oddziale Wielkiej Siostry zjawia się McMurphy, Wódz zdradza się przed nim: zdziera dotychczasową maskę i odnajduje się w sobie. Ale tylko McMurphemu pokazuje, kim jest naprawdę. Pozostałych boi się nadal, dalej jest wobec nich powściągliwy i nieufny.

Rytm, język, układ zdań, stylistyczny rozmach i błyskotliwość, wszystko, co mnie zachęciło do przeczytania tego utworu, znalazłem w nim i stał się dla mnie ważny. Lecz to, co było w nim najistotniejsze, określiłbym jako „przesłanie". A przesłaniem jest brak zgody na moralne stereotypy. Sprzeciw wobec nieautentycznych postaw ludzkiego postępowania. To starcie ze złem przebranym w oportunistyczne szaty dobra. Odwieczny bunt: pojedynek dobra z poczuciem wszechobecności zła. Bezkrwawy bój. Walka człowieczej przyzwoitości z resztkami odwagi. Nieustanne zmaganie się z  etycznym systemem nakazów i zakazów. Z regułami poprawnego postępowania.

W bohaterach tej powieści drzemią jeszcze zasady wyuczone w trakcie tresury społecznej. Lecz nadal, choć w uśpieniu, żyją w nich prawidła konwencjonalnych zachowań i wciąż, choć w zakamarkach zaszczutej duszy postaci opisanych przez Keseya, kryją się w zapomnieniu, a ich resztki są tu konsekwentnie zastępowane - zachowawczymi, asekuranckimi normami przyjętymi na zewnątrz tego „domu odnowy psychicznej": nasiąkają stosowanymi w środowisku, w pracy, w rodzinnych inspektach.

Według autora, człowiek godzi się ze swoim losem, a jednocześnie sprzeciwia mu się;  gdy los zaczyna mu dokuczać, gotów jest podjąć z nim walkę. I niekiedy zmienia ją w zwycięstwo skierowane przeciw reakcjom na przerażającą rzeczywistość.

I w tej oto dekoracji rozgrywa się dramat. Nie mam zamiaru streszczać powieści. Pragnę tylko zachęcić do jej lektury. Kto chce, niech sam sobie poszuka dalszego ciągu. Choćby po to, by wiedzieć, czego można  oczekiwać od mistrzów pióra.