Jan Stanisław Smalewski - Maryla

W przeciwieństwie do Roberta Adam lubił tańczyć. I nie lubił wojskowego Klubu na Górce. Dla niego było tam za ciasno, orkiestra grała za dużo ludowych kawałków, a parkiet... Nie dość, że nie miał wyraźnego oddzielenia od sali konsumpcyjnej, to jeszcze na dodatek był sfatygowany. Wytarty i nierówny. Panie, które próbowały tańczyć w szpileczkach, narażone były na złamanie obcasa i potknięcia.

Maryla – jeśli dobrze pamięta – tylko raz dała nabrać się na tańce w tym klubie. Tak mówiła. Poznał ją w „Zdrojowej".

Gdy przed pięcioma laty spotkali się z Robertem w Lądku Zdroju, jego przyjaciel usiłował go odwieść od pisania cyklu reportaży z wycieczek dla kuracjuszy organizowanych przez miejscowe biuro podróży. To był bardzo interesujący temat, wiele osób tylko w ten sposób mogło przy okazji pobytu w uzdrowisku przekroczyć granicę z Czechosłowacją i zrobić tam zakupy, a także zobaczyć Pragę. A nawet wyjechać do Austrii i zwiedzić Wiedeń.

– Pisał będziesz w domu, nie bądź świętszy od papieża – tłumaczył Robert. – Trzeba być porąbanym, żeby w lipcu, gdy wszyscy odpoczywają, zamiast „przerzucać towar" – miał na myśli kuracjuszki – tkwić z nosem w papierach – argumentował.

Adam zgodził się, że spotkają się w „Zdrojowej" i popatrzą, jak ludzie się bawią, może i „im się coś trafi".

Robert jak zwykle był przezorny. Po zakończeniu obiadu w wojskowej stołówce, ogłosił zbiórkę pań chętnych do wyjścia na popołudniowy fajf i ustalił jednoosobowe jury. To nie żart, Adamowi opowiadała potem o tym Maryla; zgłosiło się pięć pań. Panie potulnie przedefilowały przed nim, w pasażu przed stołówką. Robert wybrał dwie, były to Teresa i Maryla.

W sezonie letnim zawsze w uzdrowisku dominowały kobiety. I rację mieli panowie poznani podczas przygodnego przyjątka w klubie, gdy mówili, iż w wakacje najwięcej jest w uzdrowisku nauczycielek. Odpoczywały jednak i nabierały zdrowia także panie z innych damskich zawodów, zwalniających rytm pracy w sezonie letnim: biuralistki, bibliotekarki, …fryzjerki.

Maryla była fryzjerką. Ale podobno wcześniej, zanim opanowała ten zawód, tańczyła w jakimś zespole.

Przyszli w trójkę; trochę spóźnieni, gdy Adam już zdążył się oswoić z atmosferą sali dancingowej. Odbił także propozycję dwóch natrętnych pań, które podchodząc do stolika, zapytały wprost: Nie chciałbyś zejść z nami do „Piekiełka"? Czeka tam na nas pan, który... stawia. Gdy grzecznie odmówił, próbowały mu jeszcze wyperswadować, że nie wie, ile traci. Wprawdzie zaintrygowały go i panie wyglądające na zbieraczki przygód, i tajemniczy, rzekomy sponsor, u którego i on mógłby – w ich ocenie rzecz jasna – się załapać, ale nie szukał okazji, był już przecież umówiony.

„Piekiełko" to młodzieżowa, zadymiona kawiarenka w podziemiu, a raczej na obniżonym parterze tego samego budynku. Należy dodać, że w tym okazałym gmachu usytuowanym w centrum uzdrowiska znajdował się cały kompleks miejscowych instytucji kultury, w tym kino.

Dla Adama, ze względu na przyzwolenie palenia tytoniu w lokalu, „Piekiełko" było raczej spelunką. Tam też odbywały się dancingi; wybierali się na nie głównie palacze tytoniu. – Można sobie wyobrazić ten papierosowy smog dymu pod koniec imprezy!...

Jurorski werdykt Roberta był trafiony; przyprowadził naprawdę ładne „perełki" (tym mianem określano sanatoryjne piękności). Tylko te ich… maniery. Teresa chciała zrobić konkurs panom, żeby ustalić, kto z kim ma się bawić, a Maryla... próbowała postawić własne warunki.

Robert jednak szybko zaprowadził dyscyplinę… wojskową.

– Konkurs już był, a teraz albo pijemy, albo tańczymy, innych rozwiązań nie ma! – wyjaśnił.

– Albo jedno i drugie – zgodziła się Teresa.

Po pierwszym tańcu, do jakiego Robert ją wybrał, przyjaciel Adama puszczając oko, szepnął do mu ucha: Teresa jest zaklepana.

I wszystko stało się jasne.

A Maryla? Gdy tylko stanęli naprzeciwko siebie na parkiecie, z butą oświadczyła: Jedno nadepnięcie na stopę i zostaje pan sam na parkiecie, rozumiemy się?

– Widać, że żona wojskowego – pomyślał Adam, chociaż... poczuł się dziwnie. Takie ultimatum?

– Ależ, dlaczego miałbym panią deptać po stopach, Marylko? Pani pozwoli. – Chwycił ją pod mankiet i zdecydowanym krokiem poprowadził w kierunku baru. W pierwszym momencie chyba wystraszyła się, że chce ją odstawić do stolika bez tańca, bo zaczęła się tłumaczyć.

– Wie pan, ja tańczyłam kiedyś w zespole pieśni i tańca i... bardzo nie lubię, jak mężczyzna depcze kobiecie po palcach. Wprost tego nie znoszę.

– Rozumiem, rozumiem, ja też nie lubię w tańcu być popychanym ani deptanym. Tu na szczęście jest dużo miejsca – Adam potoczył wzrokiem po sali.

Polubił potem ten lokal za rozległy, oddzielony od części konsumpcyjnej, parkiet. I za bardzo dobrą orkiestrę, która grała głównie melodie z jego epoki, to znaczy przypominające mu lata młodości. Pościelówy, jak określał je Robert.

– Ja poproszę setkę smirnoffa i mały tonic – zwrócił się do bufetowej. – A tobie, kochanie? – zapytał krótko.

– Dla mnie... pięćdziesiątkę – zadecydowała partnerka, co nie przeszkadzało jej zaraz dodać, że kochanie, to może do niej mówić tylko jej mąż. Za co go przeprasza.

Zapłacił, wychylił pod rząd dwie pięćdziesiątki, poczekał chwilkę na damę, która nie spodziewała się, że będzie to ekspres, i szarmancko walnął przed nią w pas.

– Pani pozwoli?

Nie śmiejcie się. Być może, po takim zastrzeżeniu, jakie otrzymał na samym początku, byłby i ze zdenerwowania z raz kobietę na odcisk nadepnął. Musiał sobie dodać odwagi. A poza tym... co by pomyślał jego przyjaciel, gdyby nagle go baba zostawiła samego na parkiecie?!

A tak? Sam nie wiedział, w jaki sposób udało mu się zmobilizować do tego stopnia, iż już po drugim kawałku jego partnerka niemal piała z zachwytu.

– Ależ, panie Adamie, co ja widzę…? Wcale nie potrzebował pan alkoholu. Pan jest świetnym tancerzem, rzadko który mężczyzna dzisiaj tak dobrze tańczy.... Czy pan również tańczył w jakimś zespole?... Pan chyba spędza tutaj na parkiecie wszystkie popołudnia i wieczory... – I tak dalej, i tak dalej. Dość powiedzieć, że po tygodniu... oboje żałowali, że nie dane było im spotkać się wcześniej. I że te wspólne tańce mogły trwać tylko przez ostatni tydzień jej pobytu, tyle bowiem pozostało do końca kuracji.

Zachwycona tym sposobem spędzania czasu Maryla, nie omieszkała pochwalić się telefonicznie mężowi, że znalazła w uzdrowisku tak dobrego tancerza. Ba, zostali nawet zwycięzcami konkursu i ogłoszono ich na koniec turnusu, turnusowymi mistrzami tańca „Zdrojowej". Popchnęło to ją do tego – by wbrew jego opinii, że lepiej pozostawić to w słodkiej tajemnicy – przedstawić go swojemu mężusiowi.

Wręcz nie mogła się doczekać, kiedy się obaj panowie poznają.

– Przecież niczego złego nie robiliśmy. Muszę mu pokazać kogoś, dzięki komu tak miło spędziłam czas wolny od zabiegów – argumentowała.

W ostatnim dniu pobytu, po śniadaniu pożegnali się dość czule. – Istniała możliwość, że Adam rozminie się z jej mężem, który z Warszawy wyjechał po nią samochodem. Nie było jeszcze telefonów komórkowych, nie wiedziała więc dokładnie, kiedy mąż dojedzie.

Stał z walizką przed drzwiami, gdy Maryla wpadła jak po ogień.

– Jest! Chodź ze mną! Przyjechał mój Łukasz. Musisz go zobaczyć. Poznacie się, to może kiedyś nas odwiedzisz...

Niemal ciągnęła go na siłę, bo jakoś do końca – mimo że przecież tylko tańczyli ze sobą, narażając się z tego powodu na szykany jego przyjaciela Roberta, który snuł przypuszczenia, że pisanie zaniża poziom potencji i wpływa na oziębłość seksualną – Adam nie był przekonany, czy powinien tego pana poznać.

Ale stało się. Uśmiechy, podanie dłoni i... Dostał w pysk tak szybko i wprawnie, że nie zdążył się uchylić. I byliby się pobili, gdyby nie krzyk zrozpaczonej Maryli.

– Łukasz, kochanie! Co ty?! Za co? Adam tylko...

– On już wie za co – wyjaśnił krótko dopiero co poznany przez Adama pan, mąż Maryli.

– Mówiłem ci, kurwa, mówiłem! – tłumaczył mu potem Robert. – Jak już musiałbym dostać w pysk od męża jakiejś dupy, to na pewno wiedziałbym za co, nigdy za friko. Codziennie mogłeś ją walić, a ty... tańczyłeś tylko... Za to dostałeś.