Archiwum

Jerzy Zwierzykowski - Dotyk Anioła

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Jest rok 1953 może 1954. Miasteczko A… położone na skraju Równiny Kujawskiej, można powiedzieć niebogate, jak cała Polska w wielkim trudzie podnoszące się z pożogi wojennej.

Chłopiec siedmio może ośmioletni idzie w kierunku centrum miasta wzdłuż okazałego budynku stacyjnego. Jest odziany w krótkie spodenki, spod których wystają dwie gumy zakończone metalowymi zapinkami, podtrzymujące bawełniane, koloru kawy z mlekiem pończochy. Zapinki owe już dawno pogubiły gumową część wkładaną pod pończochę i zastępowały je kawałki gazetowego papieru, niezgrabnym zgrubieniem przechodząc przez metalowe uszko. Trochę zbyt duże pończochy nierówno spływają w buty nieokreślonego koloru ze śladami chłopięcej, kipiącej energią fantazji. Sprana, szara koszula z długimi rękawami zawiniętymi tuż nad nadgarstki, wciśnięta w spodnie, dopełniała stroju.

Zapowiadał się ciepły, słoneczny dzień. Malec rozglądał się, dookoła, bo wszystko było takie ciekawe, mimo, że widział to już tyle razy. Zielone tuje pyszniły się swymi kształtami, beztroskie, buszujące w pobliskim parku dzieciaki, pociągi wjeżdżające na stację i ją opuszczające…

Oczy miał raczej smutne. Włosy ze względów higienicznych obcięte tuż przy skórze z małą grzywką z przodu, w której czasami przynosił ze szkoły pasożyty zaliczane do owadów wtórnie bezskrzydłych.

W ręku trzymał banknot dwudziestozłotowy, z niebieskawym rysunkiem na żółtawym tle. Z rysunku z uśmiechem zapożyczonym od Mony Lisy, spoglądała w świetlaną, peerelowską przyszłość twarz dojrzałej kobiety, w narzuconej na gładko uczesane włosy, zawiązanej pod brodą chuście. Banknot wręczyła mu macocha z przykazaniem, by nie zgubił pieniędzy, dokonał zakupu czegoś tam i resztę policzoną do domu przyniósł.

Musiał przejść przez przejazd kolejowy, którego szlabany właśnie dróżnik opuszczał. Przejechał jeden pociąg, potem drugi i następnie eszelon, najbardziej ciekawy pod względem niecodzienności. Czego tam nie było!? Czołgi, samochody ciężarowe, armaty i wagony pełne wesołych żołnierzy. Siedzieli w otwartych, przesuwanych drzwiach z opuszczonymi na zewnątrz nogami, palili papierosy, przyjaźnie machali rękami do przechodniów… Eszelon przetaczano powoli, tak jakby ktoś pragnął, aby oczekujący na podniesienie barier, napatrzyli się do woli. Skoczna melodia z obudzonego wprawnymi palcami muzyka akordeonu, przeplatała się ze zgrzytem kół, uderzeniami zderzaków, szarpnięciami sapiącej, gwiżdżącej lokomotywy i sygnałem trąbki nastawniczego, wekslującego ten specjalny pociąg na odpowiedni tor.

W końcu manewry się zakończyły i można było przejść na drugą stronę torowiska. Nadjechał barwny tabor cygański. Piękne, wypasione konie ciągnęły kolorowe, mieszkalne wozy, mieszczące cały dobytek i liczną rodzinę. Długie, powłóczyste suknie w barwach tęczy, szczelnie zakrywały śniade ciała Cyganek. Można by rzec, że umajone kwieciem kujawskie pola i łąki zleciały do A…, by swym pięknem uraczyć oczy mieszkańców. Żelazne koła taborowych wozów majestatycznie turkotały po kocich łbach miejskiej ulicy, by po chwili zniknąć w oddali, pozostawiając za sobą tęsknotę za więcej i schnący w słońcu koński nawóz.

 

Sklep był tuż tuż, więc przypomniał sobie, po co go wysłano i wtedy zauważył, że niedomyta ręka trzymająca banknot, jest najzwyczajniej w świecie pusta. W pośpiechu sprawdził dziurawe kieszenie w spodenkach, ale przecież były dziurawe i dlatego nie schował tam pieniędzy. W najbliższym otoczeniu nigdzie zguby nie było. Niepokój rysował się na twarzy grymasem bezgranicznej niemocy. Oczy omal nie wyszły z orbit i rozbiegały się na wszystkie strony. Wyobraził sobie powrót do domu i reakcję macochy, jej wyzwiska, bicie gdzie popadnie i czym popadnie… stawał się sam dla siebie z każdą mijającą sekundą mniej wartościowy, głębiej wdeptany w ziemię od najbardziej nikczemnej istoty, jaką kiedykolwiek matka ziemia nosiła.

Uświadomił sobie bezpowrotną stratę banknotu. Panika i samobiczowanie przerodziło się w rozpacz, czarną rozpacz człowieka doświadczonego przez los w najbardziej okrutny sposób. Sam był na świecie jak przysłowiowy kołek w płocie i miał pewność, że nikt nie rozwiąże za niego zaistniałego problemu. Przytłoczony, wręcz zmiażdżony zdarzeniem, zapadł się w sobie, a tragizm sytuacji wyraził w jeden jedyny możliwy w tej chwili sposób.

Zrazu cichy płacz przeobraził się w szloch, oskarżający nieczuły los. Łzy spływały po policzkach, żłobiąc ślad w osiadłym miejskim kurzu. Całym, małym ciałem targał ból płynący z głębin przepełnionego goryczą serca.

Wzdrygnął się, gdy czyjaś ręka spoczęła na jego głowie. Podniósł zaszklone, bezsilnością zasnute oczy. Przy nim stała kobieta w wieku jego niedawno zmarłej matki.

– Dlaczego płaczesz? – Spytała.

Jej jedwabny, czuły, spokojny głos, rozrzewnił go jeszcze bardziej. Szloch targnął wątłym ciałem z podwójną siłą, wypełniając każdą komórkę spazmem o mocy potężnego trzęsienia ziemi. Delikatny jak muśnięcie skrzydeł motyla dotyk tej pani, dotyk niebiański, przypominający aksamit matczynej pieszczoty, zadziałał usunięciem wszelkich zabezpieczeń, potęgując żal do całego świata. Topił go we łzach i ciepłych dłoniach obejmujących jego skołataną głowę, dłoniach niosących ulgę, dających oparcie, udzielających bezpiecznego schronienia.

Minęła pierwsza…, kolejna minuta. Przestały płynąć łzy i tylko konwulsyjne drgawki nim potrząsały. Kucnęła obok. Pięknie pachnącą chusteczką osuszyła spuchnięte oczy, wytarła nieprzyzwoicie mokry nos. Wydobył w końcu głos ze ściśniętego jeszcze gardła i opowiedział o przyczynie swej rozpaczy.

Poszli razem do sklepu. Jak dobra wróżka spełniająca marzenia, dokonała zakupu w jego imieniu, oraz wręczyła resztę z dwudziestu złotych. Odmieniła zły los w jednej, krótkiej chwili. Podała pomocną dłoń, dłoń Anioła.

 

 

Dziś nie ma dziur w kieszeniach, a buty są określonego koloru, mimo, że fantazji i energii nadal mu nie brakuje. Łzy wyschły dawno, dawno temu, tylko oczy są trochę ciągle smutne. Eszelony i tabory cygańskie zniknęły z codzienności, usuwając się w zakamarki pamięci. Pozostało uczucie dotyku ciepłych rąk Anioła odmieniającego los. Dotyk ten zaszczepił w nim empatyczny stosunek do bliźniego.

 

 

 

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.

Ok