Józef Jacek Rojek - Singlów ci u nas dostatek.

Pozwoliłem sobie nieco sparafrazować i skrócić  słynną odpowiedź Władysława Jagiełły na przyniesione dwa krzyżackie miecze przed bitwą pod Grunwaldem: "Mieczów ci u nas dostatek, ale i te przyjmę jako wróżbę zwycięstwa, które mi sam Bóg przez wasze ręce zsyła", jako że piszę te słowa w dniach „grunwaldzkich" o opowiadaniach olsztyńskiego krajana z wyboru, a mianowicie Jerzego Szczudlika  cogito  ergo… zoom. Bowiem aż się prosił powyższy tytuł recenzji, po przeczytaniu tego fajnego tomu, o którym sam autor powiada: „że utworom zawartym w tym tomie pragnąłem nadać formę monodramów", a ja dodaję z całą stanowczością, że są to absolutnie opowiadania-monodramy   singli czystej wody!
Dlaczego? Już odpowiadam.
Jerzy Szczudlik powiada niebacznie w jednym z opowiadań, iż „po szoku wywołanym zignorowaniem przez żonę oddałem się refleksji nad swoim istnieniem lub precyzyjniej jego brakiem. Może nie istniejąc dla świata, istnieję dla siebie? Może uświadomiłem sobie własną wolność [podkreślenia – JJR] i skrzętnie z niej skorzystałem, przenosząc się na placówkę nieistnienia?" (s.29). Stąd  niejako dochodzimy do wniosku, że dobrze być współczesnym singlem.  A jak wiadomo z Wikipedii: singel  znaczy z angielskiego jako pojedynczy; zaś pospolicie sprywatyzowało się ono jako „samotnie  żyjący osobnik ludzki  dwojga płci", co można uznać za dawną formę  indywidualista – tkę jako takiego lub  taką, ale nie do końca  ma  to  znaczyć poprawnie... Ot, co się porobiło z naszym językiem, ale o tym, po tym.
Dalej. Wiadomo, że monodramy zwyczajnie występują w pierwszej osobie, zatem Jerzy Szczudlik pisze je podobnie: z indywidualistycznego sposobu widzenia spraw dookolnych – dziejących się wokół singla – co przesądza o formie. Oczywiście autor opowiadań  pisze je, rzekłbym, z pewną dezynwolturą, igra słowem, sytuacjami, a przede wszystkim nie bez humoru czy zacięcia satyrycznego, ironicznego, co przydaje monodramom  istotną cechę pisarską „na plus". Ot, na przykład weźmy taką oto sytuację, jak: „Czyste i wyprasowane  koszule miały wisieć w wyodrębnionej  części szafy, na plastikowych czarnych wieszakach, na których powieszenie  jej bluzki okazało się  największą  zbrodnią przeciwko ludzkości. Skąd miałem wiedzieć, że skoro my możemy spać w jednym łóżku, jej bluzka  nie ma prawa wisieć z moją koszulą na jednym wieszaku. O mało nie stanąłem  za ten karygodny wyczyn przed Trybunałem  Sprawiedliwości w Hadze, ale sprawę umorzono…" Dlaczego, nie zgadniecie, jeżeli nie  sięgniecie na stronę 65. tegoż opowiadania pod tytułem „Piękne sztuki", bo naprawdę warto.
I tak bez końca, bez względu czy singel jest osobnikiem  męskim czy żeńskim; skoro na przykład żeński singel pisze o zauroczeniu się płcią przeciwną: „Cóż bowiem można zarzucić wysokiemu mężczyźnie, o sylwetce w przedziale pomiędzy nienaganną a dobrą, o szlachetnej twarzy, okolonej dość długimi, mocno siwymi włosami. Jeśli dodamy do tego otaczający tę postać blask sławy, talentu i autorytetu, to, jak mawiała moja koleżanka, można mu zarzucić jedynie worek kartofli na plecy" (s.41).  Prawda, że udane porównanie, co? Lub inna sytuacja, przewrotna, czyli tym razem widzenie osobnika męskiego z monodramu „Rozlewisko szczęścia", nawiązującego do słynnego, niedawnego serialu telewizyjnego, iż  „wyrzucony z pracy mężczyzna skupia przeważnie swoją uwagę na cyfrach, takich jak sześciopak piwa, Cyfra+, twój szczęśliwy numerek, sześćdziesiąt sześć i pieprzenie trzy po trzy, natomiast kobieta coraz częściej wybiera litery, z których mozolnie próbuje przekładać niestrawne feministyczne hasła na smakowitą papkę, zwaną literatura kobiecą" (s.127). Co było do udowodnienia, iż opowiadaniami  Jerzego Szczudlika pod tytułem: cogito ergo… zoom, można się  delektować, można się na nie dąsać, można oprawić w ramkę wybrane fragmenty, bądź – wyrzucić  do śmietnika, ale warto po nie sięgnąć dla przyjemności: operowaniem słowem przez autora, umiejętnego ich podania w opisie, humoru sytuacyjnego czy dla lirycznej satyry jako takiej. No i może byłoby ów tytuł prześmiewczo  przetłumaczyć jako: Myślę, więc…wrzeszczę, co zbytnio nie pasuje do elegancko i prześmiewczo  „zamieszczonych w nich współczesnych motywów  obyczajowych", bowiem angielskie zoom „wrzeszczy" nam po polsku, a bardziej kulturalnie: podnosi głos, bądź – wiwatuje, hałasuje, woła etc, albo z punktu widzenia technicznego można tłumaczyć na: „zbliżać" (ogniskową), „oddalać" lub „pełny ekran"…  
Więc jak? Otóż to!
A przecież od dziesięcioleci językoznawcy, krytycy, rasowi i mniej rasowi publicyści zmagają się z Miłoszowym hasłem i terminem „zniewolony umysł", prawda? No, a co mamy zatem uczynić z „albinizmem", pytam, skoro zalewa i zniewala nasz język i słownictwo na amen?! Oto trzy przykłady; jakich  mnóstwo:
Czy  przyzwoity polski „łysol" musi ulec nienaturalnie ogolonemu „skinowi"?
„Powtórka" ulega na siłę „repling'owi", zaś powyższy „singel" dwojga płci wyniósł się pod niebiosa nad naszym „indywidualistą(ką)", prawda?
Zatem myślę i  wrzeszczę – no, lepiej będzie – krzyczę: językoznawcy, krytycy, literaci płci obojga, nie pozwalajcie zniewolić się  anglizmom, wszak: „Polacy nie gęsi też swój język mają"!  Ale, jak doniósł mi onegdaj za życia ś.p.  Jacek Kajtoch z Krakowa: „Mikołaja Reya wyrugowano z lektury szkolnej!" Ponoć za niepoprawne, staroświeckie i  innowiercze pochodzenie rodowe, mimo znakomitego hasła o polszczyźnie…
Zatem: „Cogito ergo… zoom"!
Chociaż tytuł jest naprawdę adekwatny do opowiadań Jerzego Szczudlika: niebanalnego pisarza, autora kilku tomów limeryków, wielu sztuk teatralnych granych w olsztyńskim  Teatrze im. Jaracza w tzw. teatrze stolikowym,  byłego, z zawodu, pracownika bankowości polskiej i luksemburskiej, a w wolnych chwilach – autora tekstów piosnek, no i mieszkańca w letniskowej wsi Łupsztychu pod Olsztynem. A ponieważ byt został niejako  zabezpieczony, autor tych opowiadań mógł całkiem serio przemycić: „Spojrzenie na swoje życie z innej, bardziej rozległej perspektywy zmusiło mnie do podejścia walki z samym sobą" (s.14), czyli doświadczyć się w literaturze – jak wyznaje w opowiadaniu „Awersje"; stąd niniejsza, skrótowa recenzja tych ironicznych monodramów, bo resztę – z czystym sumieniem anonsuję wnikliwym czytelnikom. 
Aby zakończyć też ironicznie, że singli ci u nas dostatek; jak angielszczyzny!

Jerzy Szczudlik: cogito ergo… zoom,  Olsztyn, 2011 Pracowania Wydawnicza ElSet, ss.175