Zofia Litwinowicz - Dni w purpurze

Spis treści

Strzały. Kula świsnęła obok ucha.
Nie wiedziałam, co się dzieje. Serce trzepotało mi w piersi jak przerażony ptak.
Wcisnęłam głowę między ramiona i wciąż kurczowo ściskając brunatną szkolną torbę, schowałam się szybko za najbliższym klonem. Przylgnęłam do chropowatej kory tak blisko, że dokładnie widziałam purpurowe  żyłki na brązowiejących liściach.


Na ulicy panowało zamieszanie. Krzyki. Słowa polskie, słowa niemieckie. Jakaś kobiecina z chustką na głowie pospiesznie zwijała swój uliczny dobytek, a zdezorientowany kataryniarz drżącymi nerwowo dłońmi zbierał wszystkie zarobione monety. Zamęt. Krótko obstrzyżone dziecko ze śladami łez na rumianych policzkach biegało między nogami dorosłych. Zaraz je stratują! – przemknęło mi przez głowę.
Oddziały polskich żołnierzy w dużym nieładzie maszerowały przez całą szerokość ulicy.
Wtem strzały – znów z tej samej posesji. Starszawy folksdojcz zapamiętale wymachiwał hitlerowską flagą. Garstka Niemców, krzyczących coś przeraźliwie głośno, wysypała się z „Deutches Haus" na rogu Gdańskiej i Mickiewicza.
Dziecko wciąż miotało się bezradnie. „Mamo!", wyczytałam z ruchu warg.
Nie zastanawiając się, wybiegłam na ulicę tak szybko, że aż pofrunęły moje długie warkocze. Zgubiłam wstążkę; jeden z warkoczy rozplótł się i gęste czarne włosy zakryły mi lewe ramię.
Dziecko ciągle krzyczało.
Wzięłam je na ręce. Było lekkie jak piórko i wciąż wykrzywiało usteczka w grymasie przestrachu. Rozejrzałam się za jakimś schronieniem. Hałas narastał, a żołnierze już w ogóle nie dbali o szyk. Zafalowała znienawidzona hitlerowska flaga.
Gdy otrzymałam pierwszy strzał, pomyślałam o Walerym.
Rok starszy, mieszkał w kamienicy naprzeciwko. Zawsze śmiał się, że jest to najpiękniejsza kamienica Święcickiego, a ja dodawałam, że żadnego innego balkonu, wychodzącego na Gdańską, nie zdobią tak zadbane macoszki i pelargonie.
Chodziliśmy razem do szkoły przy Świętojańskiej. Zawsze, gdy rankiem szliśmy na lekcje, podnosiliśmy głowy i patrzyliśmy w niebo. Taki mieliśmy zwyczaj. Jakbyśmy zwracali się do nieskończonego i nigdy nieprzemijającego. Nigdy nie byliśmy przesadnie świątobliwi czy ortodoksyjnie religijni, ale tę jedną chwilę, krótko po brzasku, byliśmy gotowi poświęcić dla Absolutu. Lubiliśmy spoglądać na obłoki (nieraz, niestety, opłaciłam to bliskim i bolesnym spotkaniem z latarnią). Potrafiliśmy cieszyć się jak dzieciaki z koloru nieba – czuliśmy się wtedy jak rodzeństwo wiatru i jaskółki. Może i to brzmi infantylnie, ale po prostu zostawialiśmy na Ziemi wszystkie prozaiczne, codzienne sprawy (łącznie z wszelkiego pokroju latarniami, słupami z ogłoszeniami i znakami drogowymi) i wzbijaliśmy w niebo.
Tamtego ranka niebo było czerwone, a słońce wzeszło krwawe. Jakby pożar ogarnął podniebne autostrady ptaków. Paliły się przestworza.
Kadry powoli zmieniały się.
Ojciec hallerczyk i jego konspiracyjne szepty.
Matka całująca krzyż, zgięta na klęczniku przed ikoną świętej Rodziny.
Mój pierwszy obraz, malowany na prawdziwym płótnie, przedstawiający naszą bydgoską Farę. Wielkie białe płótno, moja własna pustynia. Pierwsze niepewne linie, stosy ołówków. Barwy, upchane w tubkach i słoikach. Paleta prób; pociągnięcia grubego pędzla z końskiego włosia. Kolejny krok na Parnas. Oszałamiająca radość, gdy, zostawiwszy w nieładzie uwalany akrylami stół, biegłam z ukończonym dziełem na sąsiednią ulicę, do pana Betki, mojego jedynego prawdziwego mentora. Zwykle zastawałam go przy sztaludze, leniwie ćmiącego papierosa, lub w ogródku, gdzie siał pachnący groszek i gadał z malwami. Mawiał, że rośliny to nie bezmyślne zlepki tkanek i chlorofilu; że każdy z tych kwitnących tworów ma swe, na wskroś oryginalne, upodobania i przekonania.
Malwy schyliły się, poruszone wiatrem. Obraz zafalował i znikł. Pojawił się następny. Lato, złociste pszenicą i wakacje w Trokach. Gorzki posmak prosa. Wreszcie – mglista oprawa kilku ostatnich, niespokojnych dni. Szemrania dorosłych, narastający strach. Trzeszczący głos spikera radiowego: „1 września… Westerplatte…" Nieznani ludzie o nieprzyjemnej aparycji, którzy zjawili się w dzielnicy, zaczepiając przechodniów i rozpowiadając, że trzeba uciekać, opuścić miasto, że Polski wkrótce nie będzie. Siejąc kąkol – powiedziałaby zapewne matka. Mówili po  niemiecku, ale to nikogo nie dziwiło. W Bydgoszczy mieszkało wielu Niemców, wiedziałam to nawet ja, a starsze pokolenie Polaków (w tym moi rodzice) modliło się po polsku, a liczyło po niemiecku.
Kolejne kadry. Obrazy, mknące jak kalejdoskopie. I znowu Walery – z piegami na swoim orlim nosie, pędzlem za uchem i ustami o smaku pomarańczy. Kopia „Kochanków" Magritte’a, malowana przez nas temperami. Róża o karminowych wargach, która wręczył mi na świętego Walentego trzy przecznice za „Deutsche Buhne"… Czerwona róża… Czerwona… Czerwona…
Krew zalewała mi oczy. Zacisnęłam zęby, próbując przezwyciężyć ból. Moja najlepsza biała szkolna bluzka z haftowanym kołnierzem była nakrapiana czerwienią. Ktoś krzyczał, że do miasta wkracza Wehrmacht.
Odgarnęłam z czoła zlepione włosy i z niepokojem ścisnęłam rączkę dziecka. Była zimna i nieruchoma.
***
Nie przeszło mi wówczas przez głowę, że wydarzenia tych strasznych dni mogą zostać nazwane „bydgoską krwawą niedzielą", choć nawet niebo sugerowało mi to tamtego pamiętnego ranka.
Miałam wtedy szesnaście lat.
Moje rany okazały się niegroźne, ale nigdy nie zapomnę bezwładnej rączki dziecka, stratowanego na ulicy przez historię.

 

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież