Mieczysław Łyp - Lipcowy arras

W Gwoździance górskie serpentyny
zwijają kolorowe ogrody
w jedwabiste bele cienistego atłasu

Kopry z miętą jak wschodni tancerze
na kruchej porcelanie
tańczą dziki zapach

Słoneczniki znad skarp Wisłoka
uciekają od wody w kartofliska
w pola
w jasną suchość dnia

W granitach lśnień czarnych trześni
gorzkość jutra
słodzi słoneczność lipcowych wzgórz

Cisza z wiśniowego sadu
ciotki Kasyldy z Radomska
przybiega za mną
do salonu Górskiej w Strzyżowie
smakuje pamułą
malowaną bielą dzieciństwa

Zielony wiatr
znów tańczy
na niebieskich mostach w Żarnowej

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora