Rafał Jaworski - Ucieczka wiernych

Adam Jeż „życie pod prąd", trwale klejone elementami antykomunizmu, wyssał z mlekiem matki, „repatriantki" spod Stanisławowa (obecnie Ivano–Frankowsk). Ale ona nigdy nie mówiła o czasach wojny i terrorze powojnia,  niechętnie o swej młodości, kolorycie kresów. Jedynym wspomnieniem, jakie z rzadka przywoływała, było jej zwycięstwo, dwudziestoletniej dziewczyny niższej rasy, w partii szachów rozegranej z butnym, przystojnym oficerem Wermachtu. Raz wymknęło się jej wspomnienie, że w chwili wejścia Sowietów, rodziny żydowskiej elity wieszały flagi o barwie jednolicie czerwonej. Niewątpliwie gdyby usłyszała, że prezydent wolnej Ukrainy, po laudacjach na lubelskim KUL–u, honoruje Banderę szczytnymi przydomkami, zniosłaby to z pokorą świętej. Czasem kreśliła obraz łagodnego psa, który do tego stopnia lubił mundury, że do żywej krwi pogryzł listonosza i trzeba go było uśpić, aby sprawę zatuszować.


Coś nieuchwytnie ideowego, nasiąkniętego martyrologią narodu, unosiło się w powietrzu mieściny, w której Jeżowie wychowali swe dzieci. Została zdegradowana za „komuny"do urzędowego poziomu „Osiedla", ale w konsekwencji aktu odebrania przez carat  praw miejskich około roku 1870–tego. Ta represja była reakcją na patriotyczne zapędy mieszkańców, sprzyjaniu powstaniu styczniowemu. Wrażliwe dziecko, które z własnej inicjatywy nie chciało rozróżniać marek samochodów, jako filisterskiej normy nie do akceptacji, nasiąkało niechęcią do zastanego ustroju i jego mocodawców. Może miały w tym udział resztki prasy II RP zastane na strychu wypełnionym zapachem składowanego przez wiele dekad siana zbieranego z łąk znad przełomu Białej Przemszy. W nich Adam czytywał o okrucieństwach międzynarodowej soldateski wobec księży w hiszpańskiej wojnie domowej. Szczególnie utkwiła mu pod powiekami rycina obrazująca jak postępowcy spod znaku „proletariusze wszystkich krajów…" świdrem penetrują oko, potem reakcyjny mózg żywego kapłana. Na drugiej stronie brzegu obłudy leżakowały oficjalne strony podręczników historii z lat czterdziestych, pięćdziesiątych, sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Tam wszystko było na odwrót: – „walterowcy" byli świętymi dla ludowej ex nomine, władzy.  Na strychu była również prasa sprzed I–szej światowej hekatomby i tam Adam odczytywał ciśnienie autocenzury na piszących pod zaborem „III Bizancjum", choć dziwił się pewnej swobodzie wypowiedzi, gdy odczytywał Prusa w podobnym tonie, jak po latach, Korwina Mikke w „Tygodniku Kulturalnym" ZSL–u w stanie niewiele post–wojennym.
Nota bene Adaś też przegrywał ze swą matką partie szachów i bardzo się denerwował kiedy dawała mu wygrywać w sposób zbyt przejrzysty. Jednocześnie matka była antytalentem matematycznym, tzn. miała wielki podziw dla ludzi, którzy potrafili rozwiązać równanie z czteroma niewiadomymi i całki nie stanowiły dla nich zapory poznawczej. Dziwne zestawienie: taktyczna precyzja gracza i kłopoty macierzy z macierzami liczb.
Adam jako licealny młodzieniec zainteresowania miał dość przeciwstawne, z jednej strony fascynowała go technologia materiałów wybuchowych, z drugiej pasjami czytywał „Genesis z Ducha" i inne mistycyzujące kawałki romantyzmu typu „Biesiady" Towiańskiego z dnia 17 stycznia 1841 r. Lata dojrzewania Jeża pokrywały się z pierwszymi latami rządów "francuskiego" górnika z Sosnowca i entuzjazm mas tłumił echo śmierci stoczniowców Gdańska. Zapewne te zainteresowania i preferencje wyborów, w krainie islamu dałyby młodemu Jeżowi asumpt do honorowego męczeństwa i raju pełnego hurys.
Jednak już przed maturą trzeba było kreować dalszą drogę zmagań z materią tego świata. Cóż… jest szczypta rozumu: – trzeba się kształcić! Ale jak studiować to tylko w Krakowie! Magia tego miasta przesłaniała wszystkie racjonalne i materialne ograniczenia Adama licealisty. Gród Kraka, oprócz doznań estetycznych, robił na młodzieńcu wrażenie bezpośredniego wkraczania w historię. Tu Kościuszko ogłosił Uniwersał, w krypcie Leonarda leży Książę od finis Polonae i zapewne gniją Jego akselbanty, dalej cysterskie opactwo Mogiły z freskami Samostrzelnika i kopiec Marszałka.  I tak młody Jeż stał się studentem Akademii Górniczej.  Z górnictwem miał nie po drodze. Wybrał ceramikę, czyli degradował swe marzenia o samorealizacji „wybuchowej" do technologii finezyjnego szkła lub wykwintnych dzbanuszków z polichromią malowaną ręcznie, a może i spiekania marglu na zwykły cement do budowy bloków dla rodzin dwa plus trzy. Ten wybór był wyborem podsuwanym konsekwentnie przez rodziców, którzy w zawodzie inżyniera widzieli stabilną przyszłość syna. Widzieli też szanse na awans materialny, bo w domu się nie przelewało, a wręcz było ubogo. Matka ponadto „motywowała się" apolitycznością technicznego zawodu jakby w peerelu było coś poza ideologicznego. Tak to Kraków stał się dla Adama realny. Jeż miał uzdolnienia dość uniwersalne, prawie każde studia, prócz aktorskich, śpiewaczych i partyjnych, były w jego zasięgu. Zakotwiczył się w Akademiku obok uczelni i „gwardyjskiego" wtedy klubu Wisła, w sześcioosobowym pokoju z trzema piętrowymi łóżkami. Klimat Krakowa, jego architektura i kościoły, rekompensowały ciasnotę w miejscu zakwaterowania i ścisłość przedmiotu studiów. Często z przyjacielem, „Góralem" z Suchej Beskidzkiej, wychodzili z akademika około północy i szli parę kilometrów na herbatę na Dworzec Główny obserwując noce życie miasta. Nasiąkali więc przekonaniem, że dno bytu może sięgnąć każdego. Dla młodzieńców z prowincji ten typ „dna" był dość pociągający, nieomal o konotacjach metafizycznych. Ponadto Jeż częściej przesiadywał w czytelni biblioteki Jagiellońskiej zgłębiając „Enneady" Plotyna i doktryny hinduizmu niż w czytelni górniczej akademii, aby rozgryzać problemy powierzchniowej absorpcji gazów.
Naturze nastawionej na metafizykę nie było lekko.  Platon i jego Fajdros, Dostojewski i Witkacy, brawurowo wystawiani w „Starym", wystarczali w sposób ograniczony.  Także, niepojęte dzisiaj, przemykania się do ściśle damskiego akademika na całonocne „impry" nie dawały mocnego impulsu do wysycenia emocji bycia rzeczywiście. Pustka, niedosyt, nieumiejętność zbliżenia się do czegoś sensownego, znalezienia właściwego środowiska to była młodość Adama. Resztkę zakorzenienia stanowiła wiara w Boga Trójjedynego, choć po lekturach postępowców z „Tygodnika Powszechnego", niezdrowo podnieconych przez post–soborowe trendy, stracił część serca dla praktyk kościoła katolickiego jako nie na czasie. Chodziło o nurt maryjny, który pozawalał wierze na przetrwanie w „aurze" ateizacji, ale nie mieścił się w opcji hura–reformatorów.
Wtedy to władze PRL–u zlikwidowały Związek Studentów Polskich i połączyły go mocą swej administracji ze Związkiem Młodzieży Socjalistycznej i Wiejskiej. Tworowi nadały nazwę Socjalistyczny. Wzbudziło to sprzeciw wolnościowo nastawionej młodzieży. Na Uniwerku tworzono podziemną strukturę. Miało być elegancko i tolerancyjnie, a tu akt zamordyzmu w rękawiczkach aż białych od troski o ideowy wzrost nowego pokolenia.. Krakowscy koledzy Adama, znając jego poglądy, skontaktowali go z grupą buntowników z Jagiellonki. Nie znał i nie starał się poznać ich nazwisk i kontaktów: – jakiś Wiktor, Kuba, „Mocny"... fajni faceci, fajerwerki intelektu, niezależności. Właśnie Wiktor, najwyraźniej lider buntowników, na jednym z zebrań przedstawił wyważoną ulotkę protestu nawołującą do bojkotu nowego związku. Jeżowi podobało się, że grupą  rządzi „Wiktor". Dla niego to imię było zaczynem wiktorii. Na trzeźwo jednak wywołanie odzewu społecznego, nawet wśród „studenckiej masy", ukazywało się jako zadanie utopijne. Ulotka ulotką, treść wyważona, ale jasna. Nie zapisujemy się do nowego związku. Problemem była ilość bibuły. Studentki z uniwerku mozolnie stukały na maszynach do pisania, ale co to wydajność! A odezwa z papieru tzw. przebitkowego, który był niewyobrażalnie cieńszy od dzisiejszych, nawet jednowarstwowych papierów toaletowych, słabo nadawała się do naklejania. 
Jeż zorganizował grupkę „żaków" Górniczej Akademii do pracy w godzinach nadliczbowych niepłatnych, za którą można było wtedy dostać wyrok za próbę obalenia ustroju siłą. Rozklejali odezwę, podrzucali w salach do ćwiczeń i laboratoriach, gdzie czas oczekiwania na chemiczne reakcje sprzyjał rozważaniom, w aulach wykładowych, wsuwali dziekanom pod drzwi, trochę agitowali przeciw nowemu, które trąciło starym modelem. Koledzy z  Suchej mieli dojście do prawdziwego powielacza i po mocno alkoholizowanej  libacji z drukarzem przywieźli całą masę ulotek. Nota bene „drukarz" nie wiedział co właściwie powiela i wrzeszczał: – „Gutenberg, Gutenberg…" gasząc czkawkę kolejnym kielichem wódki z czerwona kartką.  Jeż z niedbałą dumą przekazał znaczną część powielaczowej produkcji konspiratorom z UJ. Ich było więcej, byli lepiej zorganizowani. Lepiej wykorzystają materiał – rozumował „strategicznie"
Akcja przyniosła mizerny skutek. Bardziej niż mizerny. Odsetek studentów, którzy nie przystąpili do socjalistycznego związku był bardziej niż znikomy. Gdyby bezpieka poszła za intuicją, że kto się do nowego związku nie zapisał to czynny uczestnik protestu, nie musiałaby prowadzić mozolnych dochodzeń kto jest dystrybutorem ulotek. Taka była skala odzewu. Skromny ułamek promila. Ale Adam twierdził, że właśnie ich kilku uratowało honor Akademii.  Nie mogli ich zwać AGiechamami. A takie określenie funkcjonowało jako skrótowa opinia klasy inżynierskiej młodzieży.
Za dwa lata Adama i kolegów ponownie skontaktowano z opozycją z UJ.
Na jedno z konspiracyjnych zebrań zaprowadził ich uprzednio znany Wiktor. Prowadził je student o wyglądzie niejednoznacznym, z jednaj strony intelektualista prima sort, a z drugiej w jego oczach taiła się złość i zacietrzewienie, nic dystansu do świata charakterystycznego dla klerka. Kontrowersje czy wychodzić już na ulice, czy tworzyć samokształceniowe koła i czekać na lepszy moment doprowadziły do rozpadu zebranych na dwie frakcje. Radykalną reprezentował psychologiczny mieszaniec, do którego mówiono Bronek, a wyczekującą uzasadniał Wiktor, którego wspaniała retoryka doprowadziła, że nie AGiechamy wyszli wraz z nim z zebrania z uczuciem zawodu i wewnętrznego rozszczepienia. Wiktor walił argumentami ze szkoły Sokratesa, kółek filomackich i podprawiał to retoryką z wieców typu leninowskiej tresury „pożytecznych idiotów".
Adam niechętnie skończył studia. Jednak wiedział, że odmiana jest mu życiodajnie potrzebna, choć nie bez wahań co do jej ukierunkowania. Nauki techniczne wprawdzie niewiele go już interesowały, ale i życie studenckie stawało się jałowe i trzeba je było zamienić na czerstwy chleb początkującego inżyniera. Kończył studia z nadzieją na normalne życie. Będzie pracował, będzie solidny, z namaszczeniem traktował obowiązki, żadnych mrzonek. Może rodzina, ale nie bez fundamentu miłości. Pół–przyjaciele i kumpelki, nawet Ci i Te, z którymi łączyła Jeża jakaś nuta rozpaczy wobec dylematów zaistnienia,  rozjechali się po kraju budować (albo i niszczyć) polski przemysł. Jeż miał na ostatnim roku studiów stypendium fundowane i wyjechał aż na równinę Mazowsza, aby produkować rakotwórczy eternit. Na studiach powodziło mu się nie najgorzej, także w sferze materialnej. Jak połączyło się ochłapy stypendium, z dotacjami poświęcających się rodziców i własną pracą w studenckiej spółdzielni, to w porównaniu z pensją stażysty w socjalistycznym zakładzie była to góra inflacyjnego pieniądza. Na Mazowszu Jeż nie zagrzał długo miejsca podrzędnego inspektora ds. technologicznych w dziale inwestycji, który inwestycji nie prowadził, bo trzeba ją było brutalnie przerwać ze względu na brak „twardych" dewiz. Już w drugim dniu pracy główny technolog zakładu, jednocześnie trzeci sekretarz POP PZPR, z którym Jeż, z racji znajomości z praktyk i „wspólnoty" ukończenia jednej uczelni, był na „ty",  powiedział w obecności innych pań i panów inżynier:
– Adam, skończyłeś studia, to fajnie, pewien etap, teraz kolej zapisać się do Partii.
– Ależ ja przyjechałem tu pracować, nie politykować.
– No… nie musisz, ale wiedz, że przy wszystkich awansach i podwyżkach będziesz pomijany. Przyjacielsko ostrzegam.
– Tak, ale żeby być przyjętym do Waszej Partii trzeba mieć rekomendacje dwóch członków, którzy znają kandydata, co najmniej dwa lata. Tu takich nie ma.
– Słuchaj Adam, ja tobie podpiszę i masz innych kolegów ze studiów. Chętnie tobie pomogą.
– Więc to tak. Pic na wodę – kontrował jeżący się Jeż – ale jak mam podpisać deklarację wstąpienia do Partii, która ma w statucie deklarację, że Boga nie ma, a ja w Niego wierzę       i z Kościołem nie jestem w sumie na bakier.
Trzeci sekretarz spojrzał na Jeża ze zdrowym zdziwieniem i z leniwym naciskiem odparł:
–  Zwykły członek może „chodzić do Kościoła", nawet ja normalnie ochrzciłem dwójkę swych dzieci, o co tobie biega?
– O ten podpis, że Boga nie ma.
– Trudno, ostrzegałem cię, wiesz co robisz…
Jeż znał swą wartość, angażował się w pracę i nie lubił być „pomijany". A był. Kiedy spojrzał na pasek swej pierwszej a potem piątej inżynierskiej wypłaty dalej na poziomie stażu zrobiło się minorowo i wstyd. I ciekawe spojrzenia ciepłych dziewcząt z tytułem magister
w stronę jego cech płciowych, kuszenie zawęźleniem życia w sympatycznej otoczce komfortu na miarę ówczesnego czasu, były zbyt małym impulsem dla ugody. Do dziewcząt czuł sympatię, ale był na tyle odpowiedzialny, aby nie wzbudzać w nich nadziei na ułożenie sobie życia mimo momentów zapomnienia, które były pełne wzajemnej satysfakcji razu pierwszego, bez oprawy kolejnego seansu zmysłów.

Po ponad dwudziestu latach od czasu swego stażu Adam Jeż jednym okiem zerkał na  jakiś program publicystyczny, drugim studiował nowy numer „Sprzeciwu", pisma kontrowersyjnego dla fanów politycznej poprawności w sposobie zaangażowania się w ewokowanie prawdy, a jednocześnie stukał w klawiaturę laptopa raport do centrali firmy, w której był zatrudniony jako komiwojażer, choć z angielska zwało się to bardziej dumnie. Przemysł, w którym był fachowcem zrównano ze śląską ziemią jako przestarzały i nieefektywny rzeczywiście, a w jego wieku do zarobku pozostawała „jeno poniewierka, typowe tułactwo" i pukanie do drzwi. Na własny drobny handel typu warzywniak czy osiedlowy sklepik, choć miał wystarczające środki, nie pozwalały mu bariery psychiczne, przed którymi grawitacja była tak mocna, że nawet dźwignia potencjalnej niezależności była zbyt cherlawa. Był piątek Jeż mógł się na kilkadziesiąt godzin zanurzyć w sfery mu bliskie.
Program, który „leciał" w TV zwał się „Kamraci" czy jakoś podobnie. I nagle zobaczył na ekranie twarz postarzałego Wiktora z UJ. Ale to była twarz zdekonspirowanego,  osławionego „Lewiatana", którego rola w rozpracowaniu studenckiej opozycji była ogromna. Dla Jeża, człowieka często za pan brat z cynizmem, to był szok. Wiktor, pozornie opozycjonista, donosił na całą grupę, współwinny był nawet śmierci na schodowej klatce studenta z Wysokiego Beskidu. Przewodnik Jeża i innych AGchamów zasłużył na określenia: „gwiazda esbecji", „kliniczny przypadek zła". Wtedy, w latach siedemdziesiątych, wiecznie głodny i zaniedbany, efekciarski w dysputach, Wiktor był dla Jeża i kolegów niekwestionowanym autorytetem i cały ten czar młodzieńczego zrywu, który wspominał
z pewnym rozrzewnieniem, nagle prysł. Gorycz naiwności piecze w ustach. Dali się oszukać; lepsi i odważniejsi też zostali oszukani. Pociecha żadna. Był piątek. Koniec tygodnia pracy. „Jeśli coś dzieje się ciekawego jest zawsze piątek. Jak w Jerozolimie dwa tysiące lat temu" – pomyślał i skonstatował, że bluźnierczo.
Adam Jeż nie dał się pocieszyć. Automatyczne auto–pocieszenie było mu zresztą obce. A właściwie dał. Z barku wyciągnął resztkę Metaxy. Potem ubrał kurtkę i zakupił 0.7 l (wg norm unijnych) swojskiej turówki. „Tur to była mocna bestia – pomyślał – pachnie nieźle i tańsza od żubrówki, niech będzie na dzisiaj – tur nad tury spirytus uduchowiony". W końcu jestem prawie bezrobotnym inżynierem, który pełni jakieś tam zastępcze funkcje zarobkowe. Adam wyciągnął kieliszki zza szklanej witryny barku. Napełnił. Żona spojrzała na niego ze zdziwieniem – „Co tobie – wyrwało się z jej naiwnych ust pełnych ufności. Tracisz pracę? Jakiś uraz, deprecha? Bo przecież nie ma rocznicy, żadnej miesięcznicy naszego ślubu, czy urodzin samodzielnych przecież już dzieci?
Jeż pił szybko, ale z rozwagą… skutecznie… jakoś tam żonie tłumaczył, tulił, tumanił, tulił.
W sobotni poranek niezmiernie lubił jajka na miękko… dwa… –  kleiste żółtko nasyca receptory smaku akceptacją materialnego świata. Ciche towarzystwo kobiety wyciszonej długim snem daje poczucie zakorzenienia i bezpieczeństwa.
Po południu obejrzał narciarskie skoki, których oglądanie nabrało przez lata cech odruchu. Następnie zanurzył się w odmęty nałogu: – Pisma Ojców Kościoła, Apoftegmaty Ojców Pustyni. Czytał… czytał… nie odnosząc tekstów do siebie, dla samej przyjemności bytowania z czymś ponad czasem, z Logosem który wnika w ludzkie słowo, z heroizmem kontra bestialstwu… "lecz miłości bym nie miał" –  spał, a jego dusza we śnie wzbiła się, jak to twierdził Amoniusz Sakkas, nauczyciel Plotyna, mistrza lektur jego młodości – w wyższe nieba, spał bowiem bez majaków i opozycja soma–sema nie była dla niego groźna.

Upłynęło kilkanaście miesięcy. Był znów piątek, choć nie zapowiadał nic „ciekawego" – jak dwa tysiące lat temu w Jerozolimie. Niby post, a takie wyśmienite potrawy – Adam dzielił się z żoną zachwytem swego podniebienia i zachwytem współobecnością jej osoby. Impulsem był karp panierowany, którego spożywali nie tylko w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia, ale kiedykolwiek był dostępny w targowych chłodniach, czy mijanych w drodze hodowlanych stawach. I nagle kątem oka ujrzał w tv twarz prokuratora z P., gdzie chodził do Liceum, a właściwie gdzie nie pozwolono mu skończyć zwykłego „średniaka", bo „przejawiał postawy antyspołeczne, antyproletariackie". Prokurator prowadził jakiś śledztwo przeciwko SB–kom represjonującym opozycjonistów. Adam przypomniał sobie, że tenże prawnik, wtedy młodzieniec – „Igor" w ksywie, poprzez swego ojca, „ideowego" komunistę, doniósł –  Komitetowi Powiatowemu, że Liceum toleruje poglądy anty–socjalistyczne. Te, które prezentował Jeż. Tzn. zapewne wiedza o świdrach, którymi operowała w oczach katolickich kapłanów ludowa władza Hiszpanii, owocowała „wilczym biletem", jakim
w trzeciej klasie, przedprożu maturalnej, była wtedy „trója" z zachowania.
Wtedy matka Jeża pojechała z pełną determinacją, że musi, przecież musi ratować przyszłość syna, w serce „Czerwonego Zagłębia" i tam znalazła dyrektorkę Liceum, która po szczerej prezentacji antyustrojowych „błędów" syna, nie wahała się przyjąć go w zastęp swoich wychowanków. Cóż… była więźniarką Auschwitz.
Jeż zainkasował w życiu wiele kopniaków w dół. Do tego się przywyka. Ale że „Igor", do którego z perspektywy czasu, nic nie miał – prowadzi śledztwo w takiej sprawie było kopniakiem wprost w prawy policzek. Pomyślał jednak: – dlaczego nie, wewnętrzna przemiana, dobra sprawa, łaska, fachowość na usługach każdej władzy? Otworzył, na chybił trafił, „Milczące psy" i zaczął czytać: „Widzę stąd, ze szczytu, wszystko jakbym był Kelleyem wpatrzonym w magiczne zwierciadła i z nich czerpiącym całą prawdę. Nie jest to łatwo robić, ale każdy może…"
Literatura może być i bywa: – ucieczką wiernych, tchnieniem wybranych. Bywa humbugiem i prowokacją. Tym bardziej nie należy się do niej modlić. Natomiast rzeczywistość jest zdradogenna w stopniu dość intensywnym i to zdanie trudno poważnie podważyć.


 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora