Aleksandra Głuszkowska - Saskia

Tylko się nie trwóż, Saskia. A możesz mi być jeszcze tak strasznie potrzebna,
że chyba tylko śmierci.
K. I. Gałczyński
·
Mama, Saskia? Mama była maleńka, wiesz, taka trochę prawdziwa, a trochę
zmyślona. Trochę z blachy, trochę z drutu, a jeszcze więcej z waty.


Kiedy byłam mała, Saskia, to wydawało mi się, że mamę można nakręcić, jak
zegarek. Ubzdurałam sobie wtedy, że ona ma na plecach taką specjalną klapkę, którą
można będzie otworzyć i obserwować cały ten zadziwiający i niepojęty mechanizm
trybików, kół i śrubek - to by było trochę jak rozkręcanie starego budzika, na pewno
wiesz, o co mi chodzi, Saskia. Nie patrz tak na mnie, mogłam mieć wtedy najwyżej pięć
lat. A ty nigdy nie zastanawiałaś się, jak i dlaczego to wszystko działa? Teraz już wiem,
że oglądanie trybików i śrubek absolutnie niczego nie wyjaśnia, ale wtedy...
Wiesz, kiedyś w nocy mama usnęła szybciej niż ja - wtedy podciągnęłam górę od
jej piżamy i znalazłam, w końcu znalazłam tę cholerną klapkę, Saskia, i nakręciłam
mamę, nakręciłam ją swoim małym pięcioletnim paluszkiem. Brzmi śmiesznie, prawda?
Ale nie było śmiesznie. Bo widzisz, Saskia, niektórych zegarów po prostu nie da się już
zatrzymać. Ich wskazówki wirują coraz szybciej i szybciej, aż cały mechanizm topi się,
zupełnie jak na obrazach Dalego.
No i mama, Saskia, mama po prostu przeciekła nam wszystkim przez palce. I już
jej nie ma.
Pierwszy
Siedział tam przedwczoraj, wczoraj; siedział tam dwa tygodnie, miesiąc, rok temu.
Alicja, patrząc na niego, miała nieodparte wrażenie, że jest przykuty do tej ławki przy
Wizytkach. A dzisiaj było tak na pewno - w taki mróz tyłek musiał mu najzwyczajniej w
świecie przymarznąć do zimnego drewna.
Ciemna kurtka, ciemne włosy, nawet usta miał ciemne w jakiś dziwny,
niepokojący sposób, odzywający się gdzieś w okolicach żołądka. A teraz na tle drzew, w
których nie zostało już nic z zieleni, wydawały się być jeszcze ciemniejsze niż zazwyczaj.
Wiedziała, że nie wytrzyma, że w końcu ciekawość weźmie górę.
Nie wytrzymała. Podeszła do niego swoim lekkim, tanecznym krokiem.
W czerwonych z zimna dłoniach trzymał notes i obgryziony ołówek, którym
zapisywał coś od czasu do czasu.
- Jak długo czekasz? - zapytała po prostu, to było zresztą pierwsze pytanie, jakie
przyszło jej do głowy.
- Och, ja i czas nie bardzo się lubimy - odparł, unosząc głowę i mrużąc oczy w
nieco koci sposób. - Zobacz.
Zaczął pisać w swoim notesie jakieś zdanie, Alicja nie była w stanie zobaczyć, co
dokładnie napisał, bo litery zaczęły znikać, jak gdyby ktoś wycierał je natychmiast
niewidzialną gumką - od lewej do prawej strony.
- Widzisz teraz? Nie wydaje ci się to być znaczące? - spytał, mrugając do niej
porozumiewawczo.
- Trochę się w tym wszystkim gubię.
- Nie dziwi mnie to. Wcale mnie to nie dziwi, Alicjo - wyszeptał, patrząc na nią
badawczo.
A kiedy potem całowali się na tym mrozie, to jego usta były pełne krwi i tak
gorące, że Alicja znowu poczuła dziwne mrowienie w okolicach żołądka - nie tyle z
podniecenia, co z niepokoju.
·
Tata lubi powtarzać, że wszystkie jesteśmy takie same. Znikamy zawsze jesienią,
zostają tylko stare fotografie na brudnych ścianach i kropla trucizny, którą każda z nas
nosi w sobie, jakbyśmy, Saskia, były tylko pojemnikami na ten jad, szklanymi
flakonikami, chodzącymi, mówiącymi fiolkami. Niesprawiedliwe, prawda? Kiedyś tego nie
znosiłam, mówiłam mu zawsze, żeby przestał, żeby przestał tak myśleć. Ale teraz jest mi
już trochę wszystko jedno. Przyzwyczaiłam się.
A im jestem starsza, tym bardziej przekonuję się, że on jednak ma rację. Bo
widzisz, Saskia, jeśli znowu będzie kiedyś ktoś, wiesz dobrze, Saskia, o co chodzi, to ja
też odejdę. Jesienią. A fotografie będą blaknąć na ścianach jeszcze brudniejszych niż
poprzednim razem. I w kółko ten sam melodramat.
Drugi
A więc jesteś, przyszłaś nareszcie. Wiedziałem, że przyjdziesz, że w końcu musisz
przyjść, panno, panno bezbożna, nimfo. Kiedy podchodzisz do mnie, zwiewnie i lekko,
cała w zieleni późnoczerwcowych drzew, to z zachwytu zamarza nawet słońce, wiesz?
Krakowskie jest teraz prawie puste, snują się po nim nieliczni nieciekawi
nieszczęśnicy, cali spoceni w swoich garniturach, w białych bluzeczkach, w ciemnych
spódniczkach - oglądasz się odruchowo przez ramię, jakbyś sprawdzała, czy na pewno
patrzą. Nie, nie patrzą, tylko ja mogę na ciebie patrzeć, Alicjo, jesteś cała w moim
spojrzeniu.
Alicjo. Jeszcze zanim poznałem twoje imię, wiedziałem, że brzmi ono właśnie tak.
Po prostu musisz mieć na imię Alicja, te trzy zgłoski pasują do ciebie idealnie, zamykają
twój rozmazany kształt wreszcie w jakimś konturze. Zresztą, wy wszystkie jesteście
Alicjami, a my musimy znikać w was bezszelestnie.
Och, wiem o tobie wszystko, Alicjo znikająca za lustrami, ginąca w szybach.
Wiem, gdzie mieszkasz, wiem, z kim się spotykasz. Wiem nawet, jaką kawę kupujesz w
sklepiku naprzeciwko twojego domu. Oglądam wieczorami zarys twojej smukłej sylwetki
na tle firanek i czuję, jak głośno bije mi wtedy serce.
Stój tutaj, pochylaj się nade mną całą wieczność, błagam, nie prostuj się już
nigdy. Powinienem powiedzieć ci teraz coś romantycznego, może to, że cały spadam
prosto w twoje oczy, że wszystko wokół szepcze mi twoje imię. Ale teraz potrafię tylko
siedzieć i milczeć. I jeszcze myśleć o twojej nagrzanej słońcem skórze, która pachnie
jakby brzoskwiniami, mój Boże, dlaczego wy wszystkie zawsze pachniecie brzoskwiniami,
więżąc nas w tym zapachu, w tym i żadnym innym.
Krzyczysz coś do mnie, a ja nie rozróżniam słów. Jesteś taka piękna, kiedy się
złościsz, Alicjo.
Myślę o tym, że chciałbym cię mieć tutaj nagą, gładzić idealną krzywiznę twoich
piersi, niepotrzebnie ukrytych teraz pod kwiecistym materiałem letniej sukienki. I to za
dużo, Alicjo, za dużo, bo kiedy stoisz obok mnie, kolejny krok kolejny raz za blisko, to to
wszystko staje się po prostu nie do zniesienia. Zaciskam pięści. Bo przecież nie wiesz, o
co w tym chodzi, prawda, dziewczynko? Gubisz się w tym wszystkim, widzę to, nie wiesz,
nie możesz wiedzieć, że właśnie wydałaś wyrok sama na siebie, że jesteś już na mnie
skazana.
Kiedy cię w końcu całuję, to w ustach czuję delikatny smak nagrzanych słońcem
brzoskwiń i zaczyna brakować mi oddechu. Chwilę później dusimy się już razem. Potem
już tylko umieramy.
·
To głupie, Saskia, ale wszystko jest dobrze, dopóki nie zaczniesz się zastanawiać.
Jeszcze mniejsza o samo zastanawianie się, ale próby zwerbalizowania tego, ujęcia w
sztywne ramy słów...
Byłoby prościej, gdyby ktoś powiedział o mnie, jak o Madze, że moim ptakiem
kos, moim kolorem żółty, a moim mostem Pont des Arts; gdyby ktoś był w stanie
wywróżyć mnie z dłoni Oliveiry. Ale niestety, tak się nie dzieje i jestem, Saskia, skazana
na siedzenie tu i gapienie się w pustą przestrzeń, bez sensu, bez sensu, bez sensu.
Przestrzeń bez sensu, pusta bez sensu i w tym wszystkim ja też bez sensu.
Bo co, Saskia? Bo moim kolorem zieleń, a moim ptakiem wróbel? Ale czy na
pewno? Saskia, to jest właśnie to pytanie: czy na pewno? A co to ma za znaczenie,
pytasz, patrząc na mnie z tym swoim kpiącym uśmieszkiem. Ale widzisz, jeśli nie ma
znaczenia, to nie jest lepiej, tylko gorzej, Saskia. Zawsze gorzej.
Tobie jest łatwiej, Saskia, jesteś zamknięta w sztywne ramy czasu i przestrzeni,
które nadają ci jakiś konkretny wymiar. A ja...
Czasem dochodzę do wniosku, że może nie warto nad tym wszystkim rozmyślać,
że może lepiej byłoby rzucić się w fale, zamiast wiecznie poruszać się na powierzchni,
dryfując bezładnie i dając się przenosić z jednego miejsca w drugie. I czasem, ale tylko
czasem, Saskia, wydaje mi się, że w tym wszystkim chodzi nie o to, żeby nie mieć
żadnych pęknięć, tylko żeby umieć je pozszywać, połączyć dwa brzegi cienką nitką i iść
dalej. Jak myślisz, Saskia? Co lepsze: pęknięcie czy szew? A możesz brak pęknięć? Hm?
Trzeci
- Nazywają mnie morderczynią mężczyzn - powiedziała, nachylając się do mnie
poprzez szerokość stolika. Była już lekko wstawiona, ale nadal uśmiechała się tym
uśmiechem, o którym z pewnością myślała, że jest godny Salome. Nie wiedziała, nie
mogła wiedzieć, że dla mnie i dla każdego z siedzących na tej sali mężczyzn ten uśmiech
budził tylko litość, nie pożądanie.
Przysiadła się do mnie jakieś pół godziny temu, a ja w pierwszej chwili
pomyślałem, że mi przeszkadza, że nie mogę czytać książki, którą przyniosłem tu ze
sobą, a której pewnie już nigdy nie przeczytam, jak zawsze, kiedy ktoś przerywa mi
lekturę na samym początku. Ale potem stwierdziłem, że w sumie wszystko jedno i że
może ta rozmowa pomoże jakoś przetoczyć się sennemu i smutnemu wieczorowi, a ja
minę ten punkt na szczycie wzgórza w miarę bezboleśnie i potem będę mógł już tylko
powoli opadać. Banał tej myśli zawstydził nawet mnie, ale co zrobić.
Zrobiłem dłonią zapraszający gest, nie mówiąc ani słowa.
- Alicja - rzuciła do mnie, siadając z wdziękiem, jakby jej imię miało jakiekolwiek
znaczenie. Szczerze - wolałbym go nie znać, byłoby jakoś łatwiej. Alicja. Nawet ładnie.
Ale nie, ona sama nie była specjalnie ładna, raczej trochę nijaka, w czarnej
sukience z dużym dekoltem, który wydał mi się dziwnie prowokujący.
- Miałam dwóch narzeczonych - rzuciła od niechcenia, a ja z trudem
powstrzymałem chęć sięgnięcia z powrotem po książkę. - Jeden zginął w wypadku, a
drugi popełnił samobójstwo.
Pewnie powinienem w tej chwili coś powiedzieć, bo patrzyła na mnie wyczekująco,
wyraźnie oczekując jakiejś reakcji z mojej strony.
- Może zamówimy wódkę - zapytałem więc, myśląc, że jedynym alkoholem, który
do niej tak naprawdę pasuje, jest właśnie wódka - zimna i pożywna, którą będzie mogła
wypić jednym haustem z ziębiącego szczupłe palce kieliszka, podczas gdy źrenice będą
jej mętnieć niepostrzeżenie coraz bardziej i bardziej.
Kiwnęła tylko głową, nie mówiąc nic, ale ja wiedziałem, że będę musiał wysłuchać
opowieści i godziłem się na to, bo to cena, jaką muszę zapłacić za to, by potem móc
objąć jej szczupłe, ciepłe ciało i wyjść razem z nią w czerwcowy wieczór, duszny i lepki,
żebyśmy w końcu mogli wylądować razem na mojej skrzypiącej kanapie. Z głośników
leciał jazz i pomyślałem, że to może nie takie złe, że taka historia nawet pasuje do jazzu i
wszystko zaczyna się jakoś układać.
Wróciłem do stolika z dwoma kieliszkami w dłoni i już wiedziałem, że to za mało -
do wysłuchania jej historii potrzebne byłoby chyba całe morze wódki i całe godziny jazzu,
tak była nudna i banalna.
- Podciął sobie żyły - powiedziała, bawiąc się pełnym kieliszkiem, a jej czerwone
paznokcie wyglądały jak krople krwi. - Wcześniej napisał do mnie list, mam go przy
sobie. Chcesz przeczytać?
- Wypijmy lepiej.
Wypiliśmy. Nic się nie zmieniło poza tym, że ona wyglądała jakby trochę ładniej,
ale tylko trochę.
- Zabił się dwa lata temu. Jego matka weszła do mieszkania, a on leżał w wannie
pełnej krwi, makabra. Groziła mi potem policją. Stara wariatka, nigdy jej nie lubiłam.
Wzruszyłem ramionami.
- Myślisz, że mógł się zabić przeze mnie? - zapytała, patrząc na mnie badawczo.
Z trudem opanowałem chęć, żeby podejść do niej, potrzasnąć nią i krzyknąć:
spójrz na siebie dziewczyno, kto mógłby się chcieć zabijać z twojego powodu? Zamiast
tego powiedziałem tylko:
- Może.
Może to zawsze odpowiedź najbliższa prawdy, słowo dokładnie pośrodku niczego.
- A ten, który zginął w wypadku?
- To było jeszcze wcześniej. Miał przyjść po mnie i mieliśmy iść do kina,
rozumiesz. No ale nigdy nie dojechał. Potrąciła go ciężarówka, kierowca był zupełnie
pijany - dodała rzeczowym tonem, pochylając się w moją stronę, a pod stolikiem
poczułem jej okrągłe kolano niebezpiecznie blisko mojego. Zachciało mi się śmiać.
Wypiliśmy znowu dwie wódki i jeszcze dwie, i jeszcze, a jej źrenice mętniały coraz
bardziej, ale na twarzy miała ten cholerny uśmiech plastikowej Salome z podmiejskiego
bazaru. Zaczęła szukać w torebce tego listu, żeby mi go pokazać, a ja myślałem o tym,
czy wychodząc zostawiłem kanapę już rozłożoną i czy na pewno mam w domu
prezerwatywy.
Nie spytałem, czy była na ich pogrzebach, ale wyobrażałem ją sobie w czarnej,
prowokującej sukience, pod obstrzałem wrogich spojrzeń pogrążonych w bólu rodzin, jak
stoi dumna i blada tuż przy samej trumnie, nie zważając na nic i na nikogo. Albo nie: jak
przychodzi, w ciężkiej, żałobnej sukni i kto wie, może nawet kapeluszu z woalką i rzuca
się w spazmach do otwartej trumny, całując zimne ciało czegoś, co kiedyś może nawet
kochała. A potem wraca do swojego pokoiku z wąskim tapczanikiem i sztucznymi
kwiatami w wazonie i godzinami patrzy na zdjęcia, które stoją porozstawiane wszędzie w
tandetnych ramkach. Tak, te tandetne, pozłacane ramki pasują do niej, pasują do jej
rozmazanego po czwartej wódce makijażu, pasują do krwistej czerwieni paznokci.
- Umarł od razu? - zapytałem, nagle przerywając ciszę, która zapadła nad naszym
stolikiem.
- Nie, leżał w szpitalu cały tydzień.
- Byłaś przy nim? - Właściwie nie musiałem pytać. I tak wiedziałem, że skłamie.
- Oczywiście.
Tak, skłamała, widziałem to. Zastanawiało mnie tylko, po co. Nie, to niemożliwe,
żeby siedziała przy umierającym facecie cały tydzień, niemożliwe, że mogłaby przyjść do
niego chociaż raz. Raczej przyszła do knajpy, dokładnie takiej, jak ta i przysiadła się do
jakiegoś gościa, może nawet podobnego do mnie, mówiąc mu, że jej narzeczony właśnie
umiera. I nie jest wykluczone, że to właśnie ten gość potem podciął sobie żyły.
Pomyślałem, że muszę skończyć już z piciem, bo potem będę całkiem do niczego,
kiedy ona spojrzała na mnie, a jej wzrok był zaskakująco trzeźwy i już wiedziałem, jak to
wszystko się skończy. Wyjdziemy stąd, obejmę jej talię ciepłą i szczupłą, a potem
pojedziemy do mnie i będziemy razem, a ja będę myślał tylko o tych jej dwóch
narzeczonych i o tym, czy ona była na ich pogrzebach i czy miała tę samą sukienkę, co
dzisiaj, czy może kapelusz z woalką. A potem pomyślę jeszcze o kobiecie, która przyszła
kiedyś do mnie i powiedziała, że chce ze mną zdradzić swojego narzeczonego, bo,
mówiła, chce się przekonać, jak to jest, a ja odmówiłem jej wtedy w przypływie
idiotycznej męskiej solidarności i żałuję do dzisiaj, bo ona była naprawdę piękna, rude
włosy i zielone oczy, a teraz nie wiem już o niej nic, znam tylko jej imię i nazwisko, które
już zdążyła na pewno zmienić i zastanawiam się cały czas, czy zrobiła to z kimś innym,
czy dała spokój.
- A co z tą matką?
- Jaką matką? - zapytała nieprzytomnie, ale ja wiedziałem, że doskonale wie, o co
pytam, tylko unika odpowiedzi.
Patrząc na jej rozmazany makijaż już wiedziałem, że po trzech dniach od chwili,
kiedy ona, Alicja, ode mnie wyjdzie, ja pewnie też umrę. Zginę od, nie wiem, ciosu noża
gdzieś pod żebra z powodu, który nic mnie nie obchodzi, a potem wykrwawię się
idiotycznie na pustym chodniku. I wtedy ona będzie może płakać na moim pogrzebie, a
może nie, kto wie, i jeszcze tego samego dnia przyjdzie do tej knajpy, w której teraz
siedzimy, i przysiądzie się do jakiegoś mężczyzny, mówiąc mu to samo, co dzisiaj mnie, z
tym, że narzeczonych będzie nie dwóch nie trzech.
Wstała, chwiejąc się lekko na nogach. A ja objąłem jej talię szczupłą i ciepłą.
Wyszliśmy.
·
Pamiętasz, Saskia, Pięknych dwudziestoletnich Hłaski i to: I’m Goofy the Dog?
Nie, ja nie jestem Goofy the Dog. Ale gdybym miała wybierać, to byłabym chyba Iwanem
Bezdomnym, Saskia. Bo ja też się gubię, tak jak on. I porywam się na rzeczy zbyt wielkie
dla mnie, ścigam koty w tramwajach i za dużo, za dużo tego. Napiszę na ścianie: I’m
Iwan Bezdomny. Co niczego nie zmieni, ani ja nie poczuję się lepiej, ale wiesz,
tołstojowska koszula i świeczka zabrana nie wiadomo po co.
Ja chyba nie pasuję, Saskia, czuję się jak wycięta z jednego obrazka, a
przeklejona do drugiego. Ktoś dał za dużo kleju, wycieka mi z jednej strony i marszczę
się brzydko. Nieładne to wszystko. A czasem, kiedy jestem bardzo zmęczona, Saskia, i
idę ulicą, nie wiem, przyjmijmy, że może Świętokrzyską w stronę metra, to chce mi się
śmiać, albo płakać. I śmieję się albo płaczę, ale nie tak zewnętrznie, rozumiesz, Saskia,
tylko samym mózgiem. Chyba da się płakać albo śmiać samym mózgiem, jak myślisz? Bo
w takich chwilach ja nie czuję, że mam ciało, ono działa jakoś tak automatycznie,
bezwładny golem, a ja znikam, kawałek po kawałku i mnie nie ma.
Mam wrażenie, że wtedy ludzie patrzą się na mnie dziwnie, Saskia, że mnie
obserwują. Przyglądają mi się przez króciutką chwilkę, a potem odwracają wzrok,
zażenowani. Nie wiem, co wtedy myślą. Musi być chyba widać to moje przeklejenie,
brzydkie zmarszczenia. Ale może ja tak samo patrzę na nich? Na przykład w metrze,
Saskia, to jest straszne, ale nikt się na siebie nie patrzy. Wszyscy odwracają wzrok,
wbijając go w podłogę, sufit, trzymaną w ręku książkę albo gazetę, w ekraniki
wyświetlające wiadomości wreszcie. A jeśli nie ma się książki, gazety, podłogi, sufitu albo
ekraniku, to pozostaje tylko przymknąć powieki i odgrodzić się jakoś od tego wszystkiego
cieniutką warstewką skóry, przez którą dyskretnie przesiąka światło, ale już nie obce,
wrogie twarze.
A potem kolejna stacja, musisz otworzyć oczy, bo okazuje się, że stoisz w
przejściu i przeszkadzasz tym, którzy chcą wsiąść albo wysiąść. Zresztą, zawsze stoisz w
przejściu i zawsze przeszkadzasz, Saskia, tak to właśnie działa.
Aż wreszcie ty sama wysiadasz. I okazuje się, że to ci inni przeszkadzają.
Przyglądasz im się przez krótką chwilę i odwracasz natychmiast wzrok, zażenowana
takim aktem bliskości. Potem pozostaje już tylko przekroczyć próg i wysiąść.
Czwarte
Pokój był pełen kamieni. Zauważył to od razu, dziesiątki, setki kamieni,
poukładanych na półkach, leżących na lśniącym blacie biurka, nawet na parapecie. Nie
znał się na tym, może to były jakieś geologiczne okazy, ale nie, raczej nie, część z nich
wyglądała na zwykłe otoczaki.
Alicja siedziała na krześle, patrząc w okno i Tomasz nie był pewien, czy w ogóle
zauważyła jego przyjście.
Zastukał cicho we framugę drzwi. Dziewczyna nawet nie odwróciła głowy.
- Dzień dobry, Alicjo - powiedział zatem, próbując zwrócić na siebie jej uwagę. -
Przyszedłem po notatki dla Michała.
Spojrzała na niego nieprzytomnie.
Michał mówił mu, że jego koleżanka jest, prawdę mówiąc, nieco dziwna, ale nie,
Tomasz nie spodziewał się tego. Nie spodziewał się zastać w pokoju pełnym kamieni
zamyślonej dziewczyny w czerni, w której było jej wyjątkowo nie do twarzy.
- Notatki? - zapytała głupio, nadal patrząc się na niego swoimi dużymi, niebieskimi
oczami o białkach błyszczących tak, ze wyglądały jak szklane paciorki. Po chwili,
widocznie przypomniawszy sobie, o co tak naprawdę chodzi, zerwała się z krzesła i
zaczęła przetrząsać szuflady.
- Proszę - powiedziała, wyciągając do niego rękę z plikiem kartek zapisanych
drobnym, równym pismem.
- Michał kazał ci przekazać, że przyniesie ci je we wtorek.
- Dobrze. I tak wszystko jedno. Poczekaj, ja też muszę wyjść, pójdziemy razem -
dodała, biorąc bezwiednie do ręki jeden z kamieni. Zreflektowała się, odłożyła go z
powrotem na półkę, sięgnęła po leżącą na łóżku torbę.
- Mamo, wychodzę.
- Znowu idziesz do niej, tak? - Z pokoju obok wyszła do korytarza przysadzista
kobieta o zmartwionej twarzy, ta sama, która otworzyła mu drzwi wejściowe - teraz
zignorowała kompletnie obecność Tomasza, wpatrując się zmęczonym wzrokiem w córkę.
- Mamo, rozmawiałyśmy już o tym i... Nie chce mi się o tym mówić - powiedziała
Alicja, idąc w kierunku drzwi. Tomasz jeszcze nigdy nie czuł się tak zażenowany, myślał
tylko o tym, jakby wyjść z tego mieszkania i nigdy potem już nie wracać.
- Alicja! Zaczekaj! Wracaj! Alicja! Słyszysz? - Echo głosu matki Alicji niosło się po
klatce schodowej jeszcze wówczas, kiedy Tomasz i Alicja wychodzili prosto w deszcz.
Po trzech dniach przyszedł znowu. Tym razem w imieniu Michała oddać notatki.
Matka Alicji otworzyła mu drzwi, dokładnie tak samo jak wtedy.
- Niestety, Alicji nie ma w domu - powiedziała - ale proszę, proszę wejść.
Wszedł, żałując tej decyzji już od pierwszego kroku. Mógł oddać tej kobiecie
notatki, wybąkać jakieś podziękowanie i wreszcie sobie pójść, zostawiając za sobą całe to
dziwne mieszkanie i pokój pełen kamieni.
Wszedł, matka Alicji poprowadziła go do pokoju, zaproponowała herbatę.
- Alicja powinna niedługo wrócić - powiedziała, przypatrując się uważnie gościowi.
- Martwię się o nią - dodała nieoczekiwanie.
Tomasz powinien dać jej wtedy do zrozumienia, że jest tylko starszym bratem
kolegi jej córki i że te zmartwienia nic go nie obchodzą. Ale jak zwykle w takich
sytuacjach nie zareagował w żaden sposób.
- Niech pan czasem do niej wpadnie, ona jest taka samotna - westchnęła jeszcze
matka Alicji i wyszła z pokoju.
Po chwili wróciła ze szklanką herbaty.
Alicja tego dnia już nie przyszła.
Siedział wśród setek, tysięcy kamieni, toczących się w dół i w dół, spadających
lawiną wprost na jego łóżko, na biurko, na szafę. Z każdą chwilą było ich coraz więcej i
Tomasz doszedł do wniosku, że musi je wszystkie zjeść, połknąć, może wtedy przestaną
wsypywać się do pokoju przez otwarte na oścież okna.
Pierwszy był ciężki i chropawy, smakował lekko metalicznie, przeszedł gładko
przez przełyk i spadł niemiłym ciężarem do żołądka. Drugi był gładki i niemal idealnie
okrągły, pachniał ziemią. Potem Tomasz zaczął pchać sobie kamienie do ust, byle
szybciej, byle szybciej, połknąć je wszystkie. Aż w końcu zaczął wymiotować kamiennym
deszczem i krzyczeć, krztusił się tym krzykiem i kamieniami.
Obudził się nagle i drżącą ręką sięgnął pod poduszkę, żeby sprawdzić, czy na
pewno nie ma pod nią kamieni.
Kiedy poszedł tam następnym razem, Alicja była u siebie. Siedziała przy biurku,
trzymając w ręku talię kart.
- Dzień dobry, Alicjo, mogę wejść? - spytał Tomasz, uśmiechając się do niej
niepewnie.
Spojrzała na niego nieco nieprzytomnie.
- Tak, proszę - powiedziała, wyciągając jednocześnie z talii jedną kartę. - Dama
pik. Zawsze dama pik - szepnęła, nie wiadomo, czy do Tomasza czy do siebie.
- Michał powiedział mi o twoim narzeczonym, bardzo mi przykro - bąknął Tomasz.
- Zmarł prawie dwa lata temu. Rak.
- Musiało ci być ciężko.
- Nadal jest - odparła. - Ale to nic w porównaniu z sytuacją jego matki. Oprócz
Rafała nie miała nikogo. Ale teraz ma mnie. Tylko mnie, rozumiesz?
- To dlatego cały czas nosisz żałobę? - zapytał ostrożnie.
Nie odpowiedziała.
Następnym razem przyszedł z bukietem konwalii w garści. Alicja przyjęła kwiaty z
zupełnie obojętną miną i Tomasz nie wiedział, czy ją uraził, czy może wręcz przeciwnie -
cieszy się z jego odwiedzin.
- Konwalie są ponoć trujące - powiedziała, wkładając bukiet do niewielkiego
wazonu.
Tomasz, nie mówiąc nic, usiadł na kanapie.
- Dlaczego nie masz tu jego zdjęć?
- Widzisz te kamienie? - spytała, biorąc do ręki jeden z nich. - Mama Rafała mówi,
że kamienie najlepiej przechowują wspomnienia. Oddałam jej wszystkie zdjęcia, one nie
są mi do niczego potrzebne, dopóki mam kamienie - dodała nieco histerycznym głosem.
- Zbieranie kamieni przynosi nieszczęście.
- Podobno - odparła obojętnie, podnosząc się z krzesła. - A teraz przepraszam,
muszę już iść.
Konwalie w wazonie pachniały słodko i dziwnie mdląco.
Następnym razem przyszedł o kwadrans za późno, Alicja zdążyła już wyjść,
Tomasz zastał tylko jej matkę, która wyglądała na jeszcze bardziej zmęczoną niż zwykle.
- Niestety, Alicji nie ma, ale niech pan wejdzie.
- Nie chciałbym robić kłopotu.
- Żaden kłopot, naprawdę, zapraszam.
Podreptała do kuchni wstawić wodę na herbatę. Tomasz poszedł za nią, usiadł
przy stole, zaplótł ręce. Czekał.
- Znowu poszła do niej - powiedziała matka Alicji ze złością w głosie. - To stara
wariatka, wiedźma.
- Alicja mówiła, że ta kobieta nie ma nikogo oprócz niej.
- Powiedziała panu o niej? - Matka Alicji była najwyraźniej zdziwiona. - Pan pewnie
myśli, że to miła, samotna starsza pani, którą spotkało ogromne nieszczęście. Ona jest
zła, rozumie pan?! - Wybuchła tak nagle, że Tomasz aż podskoczył na krześle. - Straciła
własne dziecko i zabiera mi moje! Każe jej palić zdjęcia, zbierać kamienie. Ja... Ja boję
się, że już dłużej tego nie wytrzymamy, ani ja, ani Alicja...
- Nie wiem, co mam powiedzieć - wybąkał Tomasz, wyraźnie speszony.
- Niech pan nic nie mówi, niech pan ratuje moje dziecko.
Echo jej słów odbijało się w głowie Tomasza jeszcze długo po tej rozmowie.
- Daruj sobie to wszystko, Tomek. - Michał był wyraźnie zmartwiony. - Chodzisz
tam kilka razy w tygodniu, widzę, że zaczyna cię to wykańczać.
- Nie wiem, o czym mówisz - odparł Tomasz, przesuwając starannie ostrzem
maszynki po podbródku. Z góry na dół i jeszcze raz - z góry na dół.
- Słuchaj, nie pomożesz jej w żaden sposób. Ona... jest dziwna i tyle. Nic na to nie
poradzisz. Odpuść, po prostu odpuść.
Tomasz nie odpowiedział, opłukał tylko starannie twarz w zimnej wodzie, wytarł
policzki ręcznikiem.
- Obiecaj chociaż, że się zastanowisz.
- Nie do twarzy ci w czerni, Alicjo - powiedział pięć godzin później Tomasz, siedząc
na kanapie w pokoju pełnym kamieni.
Dziewczyna w odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami.
- Nie sądzisz, że powinnaś w końcu zdjąć żałobę? - Podszedł do niej, kucnął przy
krześle, bezskutecznie próbując spojrzeć jej w oczy. - To najwyższy czas, bo ja... Alicjo...
Odwróciła się do niego gwałtownie, przyglądając się mu uważnie rozszerzonymi
nagle oczami. Tomasz ze zdziwieniem spostrzegł, że jej błękitne tęczówki upstrzone są
gdzieniegdzie złotawymi plamkami. Tak, czerń stanowczo nie pasuje do błękitnych
tęczówek upstrzonych gnieniegdzie złotawymi plamkami.
- Potrzymaj go przez chwilę - powiedziała powoli, z wyraźnym wysiłkiem w głosie.
Tomasz wziął do ręki chłodny kamień, przez chwilę ważył go w dłoni, a potem zacisnął na
nim pięść, mocno, jak najmocniej, żeby go zetrzeć na proch, zmiażdżyć, zniszczyć raz na
zawsze.
- Już, oddaj. - Alicja wyciągnęła do niego rękę, wzięła ciepły już kamień, odłożyła
go na biurko. - A teraz idź.
Wychodząc, Tomasz pomyślał, że faktycznie, Michał miał rację. Michał ma zawsze
rację, chociaż jest o te trzy lata młodszy. Z tą myślą wyszedł prosto w deszcz.
·
Nie jest trudno myśleć literaturą, Saskia, naprawdę. Klik, przestawiasz sobie
trybik w mózgu i klik, już zaczynasz budować zdania kunsztowne i gładkie, okrągłe jak
pysk ryby, które nieźle wyglądają na papierze, ale wypowiadane na głos kruszą się i
płowieją. I w ten sposób, Saskia, możesz opisać absolutnie wszystko - zawieszoną
wysoko na gałęzi drzewa fioletową rękawiczkę, dziewczynę na stacji metra, która zawsze
gra te same piosenki SDM, fałszując przy tym niemiłosiernie, albo cudnego pana w
cylindrze.
Jezu, Saskia, pamiętasz ten wieczór? Kamienice na Starym Rynku były jak wycięte
z papieru, pozbawione trzeciego wymiaru, płaskie jak zasuszone w książkach kwiaty.
Wyglądały, jakby za chwilę miał je zdmuchnąć wiatr, a wtedy poleciałyby gdzieś het,
daleko, za siedem mórz. Zmierzchało, a w tym półmroku z jednej z wąziutkich uliczek
wyszedł on. Był piękny jak sam szatan, pamiętasz, Saskia, jak gapiłyśmy się na niego
szeroko otwartymi oczami? Miał czarny cylinder i powiewającą na wietrze pelerynę. I
broda, Saskia, i te lśniące czystym srebrem długie włosy, no coś pięknego. Wyglądał jak
magik, szarlatan, a na sierpie księżyca brakowało tylko drabinki, po której mógłby się
wspiąć aż do nieba. Gdyby wtedy to zrobił, Saskia, wcale bym się nie zdziwiła, raczej
pokiwała głową w jakimś tak-to-tak.
Szkoda tylko, Saskia, że następnego dnia okazało się, że czarna peleryna miała
nadruk reklamowy, a pan piękny jak sam szatan kusił z szatańskim uśmieszkiem do
wstąpienia do jednej ze starorynkowych restauracji. I rozumiesz, tak jest zawsze - coś
wydaje się być dziwnie znaczące, naznaczone jakimś mistycyzmem, i kiedy tylko
patrzysz, nawet nie widząc, to po kręgosłupie biegnie ci dreszcz. Dopiero potem z
półmroku wyłania się reklamowy nadruk, przedzierając się przez twój zachwyt i łamiąc go
na pół.
Ale może, Saskia, ważne jest właśnie to kilkusekundowe oszołomienie. Bo ono,
Saskia, mimo wszystko jest takie piękne, chyba dlatego, że takie smutne. Takie smutne,
Saskia. Smutne, smutne, smutne.
Piąte
Wieczór był pijany, pijany był nawet bruk na ulicach, kocie łby na Starówce
zataczały się, wpadały jeden na drugiego, wybuchały krótkim, urywanym śmiechem,
bełkotały coś bezładnie, absolutnie bez sensu. Kamienice też były pijane i tak płaskie, że
można byłoby je poprzewracać za jednym dmuchnięciem, zgasić jak świeczki na torcie.
Tomasz i Alicja przysiedli na krawężniku i byli już tak pijani, że trzęsły im się
dłonie, w których ściskali kurczowo puszki z piwem - piwo z cichym chlupotem rozlewało
się na chodnik, na ręce, na sukienkę Alicji. To była godzina na pograniczu dnia i nocy,
rynek był pusty, chociaż gdzieś w głowie kołatała się Tomaszowi myśl, że zaraz pewnie
przyjdzie policja albo straż miejska i... W sumie wszystko jedno.
- Ala, Alicja - bełkotał tylko bez sensu, powtarzając w kółko to imię i walcząc z
opadającymi coraz bardziej i bardziej powiekami.
Alicja odstawiła puszkę, wstała chwiejnie, drżącymi rękami wygładziła sukienkę.
- Jestem tylko pieprzoną, krwawiącą macicą - powiedziała zaskakująco wyraźnie.
- Alicja! Nie jesteś! Ala! - Tomasz wyglądał tak, jakby go uderzyła prosto w twarz.
- Jestem, jestem pieprzoną, krwawiącą macicą - powtórzyła, tym razem bardziej
dobitnie, dokładnie artykułując wszystkie zgłoski.
- Nie jesteś! Słyszysz?! Nie jesteś - krzyknął.
Przewrócił ją na chodnik i zaczął okładać bezładnie pięściami, szarpać nią jak
szmacianą lalką.
- Nie jesteś! Nie jesteś! Nie jesteś!
Pijana głowa stukała o pijane kocie łby, stuk, stuk, stuk, monotonnie i uparcie.
- Ala, Alicja, ja przy tobie jak dziecko - szlochał niewyraźnie, krztusząc się łzami i
klęcząc przy jej zakrwawionej twarzy.
Nie odpowiedziała.
·
saskia co robić kiedy niebo za oknem jest dokładnie tego samego koloru co ściana
saskia powiedz mi proszę powiedz ty też nie wiesz prawda wiesz przecież dokładnie tyle
samo co i ja och saskia ale jak tu odpowiedzieć kiedy nie ma we mnie żadnych myśli
czuję się taka pusta pusta pusta i nie ma mnie czym wypełnić saskia może trochę watą
zrobisz to saskia wiedziałam że nie zrobisz
och saskia tak bardzo chciałabym teraz wykopać mała dziurkę w ziemi i schować
się w niej to byłaby bardzo mała dziurka zupełnie malutka zmieściłabym się tam ja koc i
może jeszcze książka tylko jedna o powiedz jaką książkę zabrałbyś ze sobą na bezludną
wyspę proszę odpowiedz ja nie wiem saskia i wiem że ty też nie wiesz
nie będzie tam miejsca dla ciebie saskia bo zżerasz mnie powoli powolusieńku i
zostaje mi coraz mniej mnie wiesz to mówię ci saskia piszę ci na ścianie swoją krwią
czerwoną i ciepłą ale nie wiem czy jasnoczerwoną czy ciemnoczerwoną bo która w końcu
jest z żył a która z tętnic nigdy tego nie pamiętam saskia a tyle razy była o tym mowa na
biologii
jezu saskia pamiętasz babkę od biologii tę psychiczną była jak wycięta z książek
dla takich bardzo niegrzecznych dzieci mówiła do nas słoneczka a za plecami wyginała
ciągle ten sam spinacz chociaż nie to nie mógł być ten sam spinacz bo jeden spinacz nie
wytrzymałby tyle czasu prawda
prawda saskia
Szóste
Widzę, jak znikasz, Alicjo. Nic na to nie poradzę, mogę tylko patrzeć, bo
wymykasz mi się kawałek po kawałeczku i już nic na to nie poradzę. I ja też znikam
razem z tobą, rozpływam się w echu twojego imienia. Alicja-cja-cja, szepczą mi krople
deszczu na szybie, spływające krzywymi strużkami w dół.
Powietrze ocieka dźwiękami, przyprawiając niemal o szaleństwo, ale ja musiałem
to zrobić, musiałem, rozumiesz? Rozumiesz, Alicjo? Dopiero kiedy ty zniknęłaś, mogę
zacząć znikać i ja. Właściwie mógłbym to wszystko przyspieszyć, melodramatycznie
znaleźć brzytwę, która z kolei znalazłaby sama moje gardło bez niczyjej pomocy. Ale
wolę siedzieć teraz w prawie pustym pokoju ze szklanką w dłoni, bo kostki lodu delikatnie
stukają o siebie nawzajem, cja, cja, cja.
Tej nocy śniłem, że śniłem o tobie, Alicjo. A może to ty śniłaś gdzieś tam o mnie i
w twoim śnie śniłem, że śniłem o tobie? Nie wiem, Alicjo o leniwych biodrach, Alicjo o
ciężkich powiekach. Słyszałem twój śmiech, który teraz obija się od pustych ścian,
pełnych twoich fotografii, bo przecież, Alicjo, to miasto ma w sobie nie tylko kroplę
trucizny, jak w piosence Waitsa, a całe wiadro. Mógłbym właściwie zdjąć te fotografie, ale
nic by to nie dało, bo w miejscu ramek zostałyby białe prostokąty ścian, których widok
byłby jeszcze bardziej nie do zniesienia, a które zabrudziłyby się zapewne za rok albo
dwa, wtedy, kiedy ja już zupełnie zniknę i będzie wszystko jedno.
Będę o tobie myślał nawet wtedy, kiedy będę leżał martwy w grobie, Alicjo. Boję
się tylko jednego - kto będzie mi wtedy powtarzał twoje imię. Bo na początku, dobrze,
szeptać mi będzie ziemia, rzucana na trumnę, ale co potem, co potem, Alicjo? Pocieszam
się tym, że może małe robaczki albo jakieś inne podziemne zwierzątka, o istnieniu
których nawet nie mam pojęcia, będą skrobać swoimi małymi, brudnymi łapkami w
drewno i jakoś to będzie. Jak myślisz?
Śnisz o mnie, Alicjo, a ja w twoim śnie śnię, że siedzę w prawie pustym pokoju ze
szklanką w dłoni. I w twoim śnie o mnie kostki lodu delikatnie uderzają o siebie
nawzajem, między tobą i mną nie ma już nic.
Alicja-cja-cja.
·
Najgorsze w tym wszystkim, Saskia, jest to, że nie umiem odróżnić, co jest po tej,
a co po tamtej stronie wzgórza. Nie umiem, nie potrafię. Może ty wytłumaczysz mi, o co
w tym wszystkim chodzi, Saskia, bo gubię się i nie potrafię znaleźć właściwej drogi wśród
znaczeń, potrójnych den i symboli. Symbole to coś, co mnie przeraża, Saskia, bo ja
nigdy, ale to nigdy nie jestem w stanie wpaść samodzielnie na te wszystkie izmy - mogę
jedynie powtarzać cudze myśli, jak papuga, jak tresowany kruk.
Bo mogę napisać: sól chrzęści mi pod zębami. I to zdanie może znaczyć wszystko
i nic. I tak jest, Saskia, ze wszystkim.
Siódme
Szła Krakowskim Przedmieściem, deszczowym i lepkim. Ten deszcz był wszędzie,
wilgoć pchała się pod parasole, moczyła skrzydła gołębiom, wciskała się w szpary okien.
Włosy Alicji poskręcały się w dziesiątki blond pierścionków, ale to nie było ładne, tylko
takie jakieś nie wiadomo jakie. Alicja znikła kompletnie w tym deszczu, sama
przemoczona jak gołąb, z głową wciśniętą po ptasiu w ramiona, w brzydkim płaszczu,
którego krój zniekształcał jej sylwetkę. Spojrzenia innych ludzi prześlizgiwały się po niej,
ot, jeszcze jeden nieciekawy element krajobrazu, nie odbijała się w wystawowych
szybach i przez chwilę przestraszyła się, że zniknęła, że jej nie ma.
On siedział na tej samej ławce co zwykle, Alicja pomyślała, że to bardzo dziwne
tak siedzieć i moknąć bez sensu w deszczu, ale widać jemu to nie przeszkadzało.
Podeszła do niego swoim ciężkim, niezgrabnym krokiem, stanęła naprzeciwko niego.
Chłopak podniósł głowę.
- Jestem Alicja - powiedziała do niego, akcentując starannie swoje imię, jakby
było ono znaczące.
- Słuchaj, nie obraź się, ale ja cię wcale nie znam i... - Chłopak był wyraźnie
zakłopotany.
- A-li-cja - powtórzyła mu jak dziecku, starannie wymawiając każdą sylabę.
- Muszę już iść. - Zerwał się z ławki i zaczął iść w kierunku Kolumny Zygmunta,
oglądając się przez ramię, jakby chciał się upewnić, czy ona na pewno go nie goni.
- Alicja! Mam na imię Alicja! - krzyczała zrozpaczona, dopóki jego sylwetka nie
zniknęła jej z oczu. Przechodnie oglądali się za nią, dyskretnie pukając się w mokre czoła.
·
Nie pytaj mnie o imię, Saskia, ono jest tajemnicze. Daj mi, proszę, pomówić z
tobą chwilę zagadkami, zagubić się w cytatach, nawiązaniach, odniesieniach, o których
lubię myśleć, że są moje, ale nie są moje tak bardzo jak tylko się da. W czarnym
garniturze krwawa prawa dłoń i już rozumiesz, o co chodzi, prawda, Saskia? Rozumiesz,
musisz rozumieć. Pojawiasz się w moich myślach, w moich snach, Saskia, jesteś na
moich ścianach, w mojej wannie, znajduję cię nawet w lodówce, gdzieś między masłem a
sałatą.
Ech, Saskia, uśmiechasz się do mnie tym swoim wszystkowiedzącym uśmiechem.
Nie możesz teraz zobaczyć się w lustrze, więc zapewne nie wiesz, że wyglądasz teraz jak
Kot z Cheshire i tak jak on zaczynasz znikać powoli, najpierw noga, potem krwawa prawa
dłoń i lewa, wcale nie krwawa. Ucho i nos. Usta. Po chwili juz Cię nie ma, Saskia i tylko
twój uśmiech szeroki i upiorny wisi w powietrzu dokładnie naprzeciwko mnie. Teraz masz
już, Saskia, nie siedem żyć jak każdy normalny człowiek, ale dziewięć - jak kot.
Zaczynam się ciebie bać, Saskia.
Dobrze powiem ci, Saskia, jak mam na imię. Saskia, Saskia, Saskija, ija, ija, ja.
Saskia, Saskia. Mam na imię Saskia.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież