Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478
  • +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska - Panichida (3)

    Tajemnica, mroczna tajemnica! Kto wie, ten wie, a kto nie wie nigdy wiedział nie będzie – cytowała
    PANI EGUCKA słowa matematyka Kluskowskiego, z Seminarium Nauczycielskiego Ojca.
    PANI EGUCKA WIEDZIAŁA – miała muzykalne ucho Gertrudy – Żanny, toteż rozumiała ten język –
    jego pieśń rozkołysaną stepowym, syberyjskim czy morskim wiatrem Odessy...
    Toteż może dlatego, że panichida miała być pamięci dziewiczej KNIAGINI JELENU poświęcona,
    wpłynęła z jej pamięci muzyczna fraza Jesieninowej poezji:



    ZIELONAJA PRICZOSKA
    DZIEWICZESKAJA GRUST
    O TONKAJA BIEROZKA...

    Może dlatego, że równie muzycznie, równie poetycznie, prawie jakby jednym tchem wypowiadając słowa modlitewne – tchnieniem swego ducha jak na fali eteru, którego istnienia fizykom nigdy nie udało się dowieść, ale o którego delikatnej materii wypełniającej świat... przenikającej wiedzieli starożytni – cóż: nie tylko szkiełko i oko jej kolegi, profesora Szafa – wysyłanej w KOSMOS CHRYSTOLOGICZNY modlił się... niech już tak zostanie... PANI EGUCKA uważała że ten wyraz jest właściwy i na właściwym miejscu: POP

    Jak echo przebrzmiałych ludzkich dni na tym świecie minionych bezpowrotnie, na CŁACH teraz badanych, panichidą w tej cerkwi wspomaganych przez żywych, wtórował mu rozdzwonionym basem starych szafkowych stojących gargamelowskich zegarów, pod kopułą cerkwi – bo na balkonie – ten zespół chóralny, z takich chórzystów złożony, co to chyba w swych klatkach piersiowych kontrabasy i basetle przechowywali i teraz tę ich muzykę ze swych trzewi dobywali, stosowne poetyckie katyzmy kanonu, w przypisanych im TONACH śpiewając, teraz właśnie TON 6 – minorowy z ośmiu tonacji głosowych wybrany – zharmonizowane TONY – taka to wschodniego DUCHA magia.

    A POP – Ojciec Wasyl – coraz to nowe modły zanosił i zanosił, niczym HASŁA jakowe, bo ich ODZEWEM było owego chóru odśpiewywanie:

    GOSPODI POMIŁUJ... POMIŁUJ...
    Znowu dało się Słuczem Ojca Wasyla recitativo:
    JESZCZE MOLIMSIA O UPOKOJENIE DUSZ USOPSZICH RABÓW BOZICH – KNIAGINI JELENU I O PROSTITISIA JEJ WSIAKOMU PREGRESZENIJU, WOLNOMU ZE I NIEWOLNOMU –

    gdy w ten zharmonizowany przez POPA świat wtargnął trzask rozwieranych drzwi świątyni, a potem zapanowała głucha cisza, bo miękkość wschodnich dywanów wyciszyła chrzęst podeszew lśniących jak piekielna smoła niesłychanie długich i wąskich trzewików.
    Teraz, w tej ciszy, jak zjawa z innego świata sunął wysmukły długi CIEŃ, cały od stóp do głów otoczony kirem, w czarnym kapeluszu borsalino, wciśniętym aż po oczy, na głowie, okalającym zapadnięte policzki i głębokie oczodoły i tą niezwykłą bladość twarzy! upiora lub...?
    – Taka sama bladość twarzy charakteryzuje wariatów – pomyślała PANI EGUCKA. Ojciec Wasyl nawet się od panichniką przy, którym się modlił za KNIAGINU JELENU, nie odwrócił, tylko jeszcze mocniejszym głosem ponowił przerwane recitativo:
    – Jeszcze módlmy się o spokój duszy zmarłej służebnicy Bożej KNIAGINI JELEŃ Y, aby zostały jej odpuszczone wszystkie grzechy wolne i mimowolne – rzucił energicznie po polsku.
    Chór westchnął lękliwie:
    – PANIE, ZMIŁUJ SIĘ.
    – O miłosierdzie Boże, Królestwo Niebieskie i grzechów jej odpuszczenie u Chrystusa, nieśmiertelnego Króla i Boga naszego prośmy...
    – PANIE, ZMIŁUJ SIĘ...
    ...a Ojciec Wasyl modlił się i modlił... Boże duchów i wszelkiego stworzenia który pokonałeś śmierć i obezwładniłeś szatana i dałeś życie całemu światu, Ty sam Panie daj odpoczynek duszy zmarłej służebnicy Twojej Kniagini Jelenu, w miejscu światłości, w miejscu szczęśliwości, w miejscu pokoju, gdzie od stąpi od niej boleść, smutek i wzdychanie, przebacz jako Dobry i miłujący ludzi, przebacz ponieważ nie ma człowieka, który nie żył i nie grzeszył.
    Ty Panie jeden jesteś bez grzechu i sprawiedliwość Twoja trwa na wieki, a słowo Twoje zawsze jest PRAWDĄ.
    CIEŃ w kapeluszu borsalino ani nie podszedł do panichnika, aby do płonących świec dołączyć swoją ani się nie pokłonił do ziemi i swą długą cienką ręką nie dotkną podłogi cerkwi, tylko się rozsiadł w pierwszym rzędzie krzeseł – tuż przed PANIĄ EGUCKĄ i dopiero wówczas zdjął powolnym ruchem kapelusz borsalino i położył go na pustym krześle obok, ukazując wyłysiałą do połowy głowy czaszkę, udekorowaną niczym harcapem, warkoczykiem splecionym z resztek wyrosłych mu na tyle głowy włosów.
    Jeszcze chór nie zdążył wyśpiewać do końca kolejny już raz ów ODZEW:
    GOSPODI POMIŁUJ...
    gdy PANI EGUCKA ujrzała jak naraz jakaś niewidzialna ręką metodycznie ale z wściekłością tłamsiła i ugniatała kapelusz borsalino.
    Wytworne nakrycie głowy zmieniło się na jej oczach najpierw w pomiętą szmatę, a później owa niewidzialna ręka skręciła tę szmatę w gruby sznur... Zgroza napełniła serce i umysł PANI EGUCKIEJ przerażenia zamknęła oczy. Gdy je rozwartą nie było już na krześle przed nią SZALONEGO KNIAZIA, ani kapelusza borsalino, a właściwie sznura skręconego niewidzialną ręką.
    Dało się tylko słyszeć grubym dywanem tłumione uciekające śpiesznie kroki a potem straszny huk obitych od wewnątrz blachą podwoi, teraz zatrzaśniętych za uciekającym.
    Cerkiew wypełniła zatrważająca ciszą a POP – Ojciec Wasyl – otworzywszy CARSKIE WROTA ikonostasu, ukazał się w nich ponownie z kadzielnicą w dłoni i jeszcze dłużej, cierpliwiej i staranniej zaczął okadzać każdy zakątek cerkwi.

    To nie była enigmatyczna Stasina STRASZNA ZEMSTA NIEBOSZCZYKA.
    To była UNAOCZNIONA PANI EGUCKIEJ straszna zemsta NIEBOSZCZYCY.
    Już nie: ciotki Heleny, tylko strasznej, strasznej KNIAGINI JELENU, która teraz, TU, na panichidzie, trzeciego dnia po swej śmierci odprawianej, gdy jej zmartwychwstanie niczym Chrystusowe,
    dopuszczone się stało, moc swoich carskich przodków ukazała w jakąś głębię otchłanną tych nowych przestrzeni w których się teraz nurzała Szalonego Kniazia wciągała... choć tam niby te swoje ziemskie dobra mu pozostawiła: po co? dlaczego?
    Tajemnica jej nieistnienia.

    – Zaraz! Zaraz! – zdenerwowała się PANI EGUCKA. – A to po co PANI EGUCKIEJ tę dziwną? A może STRASZNĄ? A może NIEBEZPIECZNĄ? BROSZĘ dziewiętnastowieczną ofiarowała?
    I naraz wydało się PANI EGUCKIEJ, że jej TRZECIE OKO mówi:
    – Przynęta! Przynęta na SZALONEGO KNIAZIA to! Przynęta – ta tajemnica dziewiętnastowiecznej broszy KNIAGINI – NIEKNIAGINI Jelenu... tajemnicza brosza – przynętą? Jaką? Po co? dlaczego? KNIAGINI JELENU głupia nie byłą a na własne życzenie pomarła – otruta taka...
    Testament KNIAGINI? Przejrzeć na wylot tajemnicę XIX – wiecznej BROSZY? No tak!!! przejrzy NA WYLOT tajemnicę BROSZY, wtedy przejrzy SZALONEGO KNIAZIA! Ciotka Helenka dała jej broszę, aby go PRZEJRZAŁA! Po co?
    Być może po to, by ją przed nim ratować! Ciotka Helenka pragnęła ją uratować!
    – Spokojnie – powiedziała do siebie PANI EGUCKA wciąż siedząc za filarem w cerkwi, choć panichida już się skończyła i słychać było teraz ciche rozmowy Ojca Wasyla z mającymi duchowe problemy wiernymi w kulisach ikonostasu. – Spokojnie – powiedziała raz jeszcze PANI EGUCKA wytwornie się prostując – tak jak to robił GESKł, to znaczy przyjmując pozycję zahipnotyzowanego przez zaklinacza węży – węża boa i składając wytwornie obie dłonie na owiniętych tymi długimi brajtszwancami kolanach, bo naraz zrobiło się jej zimno, tak jak minionej nocy. Przypomnijmy sobie dokładnie jak ta BROSZKA wyglądała... przecież oglądała ją dokładnie. Ależ! Przecież idąc na panichidę wrzuciła ją do tej aksamitnej – pięknej, ale niepraktycznej torebki, aby ciotce Helence lam w zaświatach było przyjemnie znów ją ujrzeć.
    Tak myślała jeszcze wczoraj, ale już dziś nie była taka pewna, czy ta broszka była jej miła.
    Znów pogmerała w woreczku i z zaciągniętej na zameczek błyskawiczny przegródki wydobyła to cudeńko.
    Zawsze pragnęła studiować historię sztuki, a jednak z różnych praktycznych przyczyn studiowała chemię; jednak ta historia sztuki wciskała się do jej biblioteki całymi tomiskami, toteż PANI EGUCKA jako takie pojęcie o dziewiętnastowiecznej biżuterii miała. Trzymając cacko dyskretnie ułożone na dłoni, kontemplowała...
    BROSZA. XIX – wieczna – srebrna brosza... no tak, wówczas nawet diamenty oprawiało się w srebro, podobno lepiej w takiej oprawie błyszczały – tak opowiadał jej pewien muzealnik, który otworzył własny sklep z antykami... nie, nie miał XIX wiecznej biżuterii, to była rzadkość! Teraz proszę! Srebrna XIX – wieczna brosza, przypominająca motyle skrzydła, pochodząca – jak twierdziła ciotka – z dworu Mikołaja I, prawdopodobnie prezent jaki przyszły car podarował swej żonie Charlottcie Hohenzollern z okazji ślubu, o czym świadczą inicjały C.H. oraz data 1817 rok.
    – Mówmy dalej – jak PRAWDZIWY historyk sztuki, nie jakiś chemik – roześmiała się nareszcie PANI EGUCKA. – Tak, jakby w muzeum oprowadzała zwiedzających, więc:

    Proszę Państwa. Brosza reprezentuje nurt sztuki zdobniczej, zwanej ESTETYZUJĄCA, która przenikała życie codzienne i kształtowała otoczenie człowieka.
    Ozdobiona filigranem, czyli ażurową dekoracją z cieniutkich złotych drucików, nawiązywała do słowiańskiej kultury gotyckiej.
    Ornamentyka, głównie motyw wici roślinnych, przywodzi na myśl nurt późniejszy, mianowicie secesję, która jednak nie była znana ówczesnym artystom.
    Brosza nie jest sygnowała, co może świadczyć o tym, że została wykonana przez miejscowego artystę – rzemieślnika na chwałę cara...
    Ależ! Proszę Państwa! Kończę... bo się śpieszę... BO COŚ ODKRYŁAM! "W SERCU" broszki znajduje się więdnący kwiat, który jest alegorią OBUMIERANIA!!! Znalazłam TROP!

    W SERCU BROSZKI ZNAJDUJE SIĘ WIĘDNĄCY KWIAT, który jest alegorią OBUMIERANIA – PANI EGUCKA dyskretnie wsunęła broszę do aksamitnego woreczka i zasunęła zameczek schowka. Już zamierzała wstać i wyjść ze świątyni, kiedy zza kulis ikonostasu wyszedł Ojciec Wasyl żegnając jakąś parafiankę, po umówionej domowej wizycie. Widząc wciąż jeszcze siedzącą PANIĄ EGUCKĄ podszedł do niej i witając się z nią powiedział:
    – To był dla pani shocking – ten kapelusz? Prawda?
    PANI EGUCKA zerwała się z krzesła:
    – Skąd Ojciec to wie?! Ojciec był przecież zajęty modlitwą.
    – Widziałem: kątem oka, a poza tym – choć w zupełnie odmiennych okolicznościach, w cerkwi mojego kolegi – proboszcza coś podobnego się zdarzyło, dlatego zawsze tak starannie okadzam moją świątynię, ale cóż... licho nie śpi.
    – Jakież to były okoliczności – zdumiała się PANI EGUCKA.
    – Jest taka zasada w kościele wschodnim, że duchowny nie może wchodzić w świeckim nakryciu głowy do świątyni. Tymczasem mojemu koledze przytrafiło się dziwne zdarzenie, z tym związane: zmarł proboszcz – leciwy 90 – letni starzec, jego ciało złożone na katafalku w otwartej trumnie, w pełni szat liturgicznych, bo duchowni dostępują tego zaszczytu, że chowani są w szatach liturgicznych, leżało przygotowane do egzekwii.
    Mój kolega – nowy proboszcz, bardzo zaaferowany, wszedł aby sprawdzić czy wszystko jest należycie przygotowane w... KAPELUSZU!
    Przyłapawszy sam siebie na tej niezręczności, szybko zdjął ów kapelusz z głowy i położył na bocznej ławce.
    Obszedł świątynię sprawdzając stan przygotowania do pogrzebu, pokłonił się zmarłemu i szykował się do wyjścia ze świątyni – ciągnął dalej swą opowieść Ojciec Wasyl. – Jakież było jego zdumienie, kiedy chciał zabrać swój kapelusz! – nosił wyraźnie ślady, że ktoś na nim usiadł!
    – Dobrze, że ja przyszłam w toczku – kształtem przypomina trochę cylindryczne nakrycie głowy Ojca – zażartowała, dziękując za pociechę – nie pociechę PANI EGUCKA – cóż, DUCHY Stasi, to mały PIKUŚ, przy tych tu, w cerkwi – ich działania są nad wyraz wychowujące i stanowcze: dokładnie precyzują czego sobie nie ŻYCZĄ, a nawet w przypadku SZALONEGO KNIAZIA: KOGO! Ponieważ SZALONY KNIAŹ chyba się już w cerkwi nie pokaże – pomyślała PANI EGUCKA – postanowiła zamówić następną panichidę za ciotkę Helenę – tę po dniach dziewięciu. Tak zrobiwszy, pożegnała się grzecznie z Ojcem Wasylem, którego polubiła, bo był, tak jak kiedyś w O WIE jej ojciec ICZ herbu Mogiła a nawet TRZY – LUDZKI.
    Kiedy wyszła na ulicę, znów powróciła myślą do broszki, posiadającej w swoim SERCU więdnący kwiatek – alegorię obumierania...
    Trzeba będzie poszperać w książkach... trzeba rozszyfrować – TAJEMNICĘ XIX – wiecznej BROSZY KNIAGINI JELENU – postanowiła.
    W mieszkaniu nie zastała nikogo – Szlachecki wyszedł do agencji, zapłacić rachunki za media, tylko ze ścian – z aprobatą – spoglądały na PANIĄ EGUCKĄ konterfekty ICZÓW herbu Mogiła a nawet TRZY i SZLACHECKICH herbu Kotwicz.
    PANI EGUCKA z ulgą zrzuciła z nogi przyciasny botek i odstępując od wszelkich szanownych zasad, rzuciła karakułowe futerko na dywan.
    Długo i starannie myła dłonie w błękitno – białej łazience, wplątana w srebrne strumyki lodowatej wody...
    Zaparzyła herbatę – tę z Błękitnym SŁONIEM i otoczona talerzykami pełnymi koliwa i makowcy – jeszcze jeden dowód pamięci o Ciotce? Kniagini nie kniahini Jelenu? Za sprawą lektury, znalazła się na MONMARTRZE w 1900 roku.
    DUCH tam nie jadł KOLIWA – głodnego DUCHA wywlekano z piersi, by jego energia mogła TRWAĆ WIECZNIE na płótnach.

    IMPRESJONIŚCI! IŚCI! Oglądała wielokrotnie te tajemnicze płótna, z zaklętą w nich duszą artystów z MONTMART! BOHEMA! Skąd czerpali te pokłady energii aby odrzucając wszystko, co nie służyło ich PANI – SZTUCE, trwać – wbrew cierpieniom wpisanym w ich codzienność – w jej katorżniczym rydwanie.
    Trzydzieści dni w Sankt Petersburgu... no, to był rok 1990 – ty, więc jeszcze w Leningradzie... trzydzieści odwiedzin... ba! całe popołudnie w ERMITAŻU, bo tam zawisły te PŁÓTNA. Chciała je wchłonąć, by posiąść choć trochę ich ENERGII. Wymykały się pogardliwie, demonstrując swoją ZEWNĘTRZNOŚĆ skrywając wszelkie podteksty, które wydrapywali z ich wnętrz historycy sztuki, rozdrapywali w duszach ich twórców psychoanalitycy i wielcy pisarze, MONOLIT, którego spojrzenie – niczym spojrzenie SFINKSA zamykało się w sobie – dla tych, co chcieli poklepać po ramieniu NIERZECZYWISTOŚĆ, choć...? może nie dla tych którym ARKADYJSKIE ŚWIATŁA NA POBOCZACH ICH DROGI wskazują jak dotrzeć do TAJEMNICY ISTNIENIA. ONI mieli odwagę przekroczyć piekło, by wynieść pracę swych dni na dziedziny niebieskie – tam się nie dociera TAK SOBIE! To właśnie PANI EGUCKA zrozumiała, stając każdego popołudnia przed ich DZIEŁAMI.

    Niech pewien pisarz się nie przechwala, że ma własne Muzeum w swej duszy... że co? Że oglądał jakiś obraz i się nim zachwycił?
    Nigdy go przecież nie posiądzie! To niemożliwe! Musiałby najpierw przekroczyć tak jak ONI – PIEKŁO! ICH piekło! Bo przecież każdy musi przekroczyć WŁASNE piekło, by wydostać się na tę drogę, gdzie na poboczach płoną ARKADYJSKIE ŚWIATŁA.



     

    Również tego autora