Janusz Orlikowski - Mój Ardipithecus ramidus

Czasami tak się zdarza, że znajdowaliśmy się gdzieś i po czasie, we wspomnieniach, gdy już wszystkie albo prawie wszystkie reminiscencje związane z tym miejscem są przez nas „odkryte" pojawia się przekonanie, że byliśmy tam, ale to jakby przedsionek tego o czym autentycznie myślimy, gdzie chcielibyśmy być.


Taką prognozą są dla mnie moje ostatnie, z okresu czterech minionych lat, podróże do Tunezji i Turcji, dwutygodniowe pobyty które przypominam jak oazy wobec europejskich (bo przecież Turcja to jakby już część Azji lub Afryki) pustynnych padołów cywilizacji. Padoły podłe, naznaczone wszech-dominującym pieniądzem, którego dominacji nie trzeba nam przypominać. Zapatrzeni w Ameryki Północnej wizję społeczeństwa, idąc gęsiego, tworzymy obraz lepszego jutra. Ale nie o tym tutaj.
Będąc w przedsionku spojrzenia na Południe, w geograficznym ujęciu, patrząc w stronę równika z perspektywy środkowo - europejczyka: bardziej z lewej (Turcja) a na wprost (Tunezja) miałem nieodparte wrażenie, że bliski jestem Raju. Ale nie dlatego, że hotel serwował… plaża, przejrzyste morze, ciepło, no i przede wszystkim piękne krajobrazy. W tym wczasowym dobrobycie coś popychało mnie dalej, w głąb - ku równikowi. Jeśli znajdowałem siebie, a tak było i mój cień na plaży był o wiele krótszy niż ten, który mógłbym znaleźć na Północy, to równocześnie coś mówiło, że można by go się całkowicie pozbyć. Cień, ciągnący się odwłok, bagaż historiograficznych i historiozoficznych doświadczeń; oczyścić swoje spojrzenie, pozbyć się cienia. Ciągnęło mnie jeszcze dalej na Południe. Celowo używam tu dużych liter w konstatacji tych ujęć geograficznych. One być może przypomną Czytelnikowi gradacje jakich dokonał Janusz Margański w książce Geografia pragnień. Tym niemniej moja sytuacja jest zupełnie inna niż Witolda Gombrowicza, ale sposób myślenia autora wydaje mi się tu do przytoczenia odpowiedni. 
Pamiętam słowa z tej znakomitej skąd inąd monografii, które mówiły o tym, że twórca Ferdydurke zafascynowany był młodymi ludźmi z południowej Francji, którzy nie obarczeni otaczającą ich rzeczywistością, pełni naturalnej swobody pojawiali się na plaży. Charakteryzował ich bezkompromisowy oddech wolności i naturalnej swobody, który imponował Gombrowiczowi. Rzecz poza grą, do której „przyzwyczajony" był on w swym naturalnym, by tak powiedzieć, środowisku. Ta sytuacja, ten powiew niczym nie skażonej wolności był według Margańskiego autentycznym powodem dalszych życiowych i literackich „przygód" twórcy Transatlantyku.
A zatem Południe. W wierszu napisanym po mojej ostatniej jak do tej pory „wizycie" w jego dla mnie przedsionku, (notabene nie przewiduję choćby ze względów materialnych, że dalej, bliżej równika się wybiorę), w przypływie, by tak powiedzieć, literackich odczuć napisałem wiersz Bliżej źródła Południa. Pierwsze dwie strofy:

nie wszyscy chcą być przecież w raju
maja tu tyle spraw do załatwienia
że obezwładnia ich jego namiastka
w słońcu Turcji i Grecji

tu nieopodal doliny Konga
gdzie człowiek powiedział jestem
czułem ten kontynentalny powiew
morze równało brzegi

Ardipitheus ramidus jest uważany za najstarszego przodka człowieka. Ardipitek był istotą dwunożną pod wieloma względami przypominającą małpę człekokształtną. Jego szczątki, liczące co najmniej 4,4 mln lat znaleziono w Etiopii w 1992 roku. Odżywiał się pokarmem mieszanym ze zdecydowaną przewagą roślinnego. Etiopia leży na południowy zachód od napisanej w wierszu doliny Konga. Strzał wyobraźni może więc nie był nazbyt celny, ale sytuował się w środkowej Afryce, kolebce rodzaju ludzkiego. Tym niemniej badacze prehistorii, a więc czasów od pojawienia się człowieka na Ziemi do powstania pisma, archeolodzy wciąż dzieją się pełni wątpliwości. Pojawia się Republika Południowej Afryki jako owa kolebka. W 2003 roku odnaleziono na indonezyjskiej wyspie Flores kości nieznanego dotąd gatunku człowieka kopalnego, Homo floresiensis.
Jakże więc poszukiwania archeologii bliskie są w znaczeniu epistemologicznym tropom poezji. Ona podobnie działa poszukując prawdziwych rozwiązań. Tak jak archeologia natrafia przypadkowo na racjonalne „kości", tyle że poprzez intuicje, przeczucia i wyobraźnię.
Nandertalczyka uważa się za podgatunek człowieka rozumnego, przy czym obok niego, jakby osobno pojawia się Kromaniończyk żyjący 45 tysięcy lat temu (Człowiek z Cro – Magnon), który jest według badań archeologów autonomicznie identyczny z człowiekiem współczesnym.
Jako człowiek współczesny błądzę, tak jak błądzić mi się wydaje archeologia. Wiem tylko, że początki mojej obecności w północnej części świata jeśli nie naznaczone są obecnością Boga, to dzieją się prawdopodobnie gdzieś w Afryce, czy może Azji (wyspa Flores).
Północna część świata. Od niej powędrowałem na Południe, by może zauważyć, że już niedaleko mi do miejsc gdzie słońce nie powoduje cienia. Stąd stojąc na plaży Tunezji i Turcji zauważyłem, że mój cień jest mniejszy, krótszy niż na plażach północnej Europy. Dlatego pewnie słowa:

tu nieopodal doliny Konga
gdzie człowiek powiedział jestem

i dalej:

czułem ten kontynentalny powiew
morze równało brzegi

Tak, przy wietrze od kontynentu afrykańskiego morze w zatoce w miejscowości Turunc w Turcji i tak cudownie spokojne ze względu na swe zatokowe między górami położenie było jeszcze bardziej delikatne, nabierało charakteru niewielkiego jeziora tylko dotykając brzegów. Nie biło się z lądem o władzę, nie chciało wkroczyć na terytorium. Każdy znał swoje miejsce. Południe więc w sposób naturalny broni się przed Północą.
Tam „gdzie człowiek powiedział jestem"; mam więc prawo podejrzewać, że  przynosi  obraz nie zdeprawowany, nie obarczony władzą, a więc i nienawiścią do drugiego człowieka.
W Afryce mamy ponad tysiąc języków, którymi posługują się określone grupy ludzkie, plemiona. Tylko dla celów handlowych dzieją się, by tak powiedzieć, języki wehikularne, używane w czasie podróży i kontaktów handlowych (np. suahili w Afryce Wschodniej), hausa – Zachodniej. Poza tym w Azji hindi na dużych obszarach Indii, język malajski w Azji południowo – wschodniej. Ta różnorodność językowa łączy się z wierzeniami, które również nie są jednolite. Na pierwotne wierzenia ludów afrykańskich składa się szereg religii politeistycznych właściwych dla danego ludu lub grupy ludów. Religie te nie pozostają w związkach, nie można tu mówić o wspólnej mitologii. By tak powiedzieć, każda grupa ma swoje wierzenia.
Głębokie różnice językowe i mitologiczne stwarzają w moim mniemaniu obraz harmonijnego współistnienia ich obywateli wewnątrz owych plemion. Dlaczego tak wnioskuję? O wiele łatwiej mi jest się porozumieć ze swoją żoną, jednostką niż miałbym to czynić z grupą, danym społeczeństwem czy nie daj Boże  ich zespołem, a dalej ich konfiguracją w postaci następnego  Potwora.
Dalecy, Południowcy, od cywilizacji natury europejskiej stwarzają obraz kultury naznaczony harmonią istnienia z naturą ich otaczającą. Oczywiście, jak na cywilizację przystało część z tych religii wymarła jeszcze w starożytności, np. religia starożytnego Egiptu, czy podobne przedchrześcijańskie i przed-islamskie wierzenia Kabylów. Naród berberyjski zamieszkujący głównie w północno-wschodniej Algierii i przygranicznych terenach Tunezji. Tym niemniej zauważona różnorodność językowa i religijna pozwala myśleć o tym, że nie ogólnoświatowy język angielski i nie ogólnoświatowa religia chrześcijańska są źródłem naszej obecności we współczesnym świecie. Człowiek współczesny (Homo sapiens sapiens) to nie jest u źródeł człowiek american – expres, czy europen – powtórzyć, ale jego korzenie dzieją się jednak gdzie indziej.
Miło mi przyznać, że „prototyp" człowieka współczesnego, Kromaniończyk (Homo sapiens fossilis) żyjący 43 tysiące lat temu, autonomicznie identyczny z człowiekiem współczesnym reprezentuje kultury archeologiczne również z terenów Małopolski i Śląska. Te drugie, tereny mi najbliższe.
Z Afryki człowiek przywędrował więc do Europy. Dlaczego? Mój symboliczny tu Ardipithecus ramides doznawał szczęścia krainy słońca, życia bez cienia i „pomyślał" nieopacznie: czy jest coś poza tym? Poszukiwał odniesienia do swej obecności? Czy może równocześnie wypalające słońce bez cienia nie dawało odpowiednich warunków życia, stąd jego penetracje północnej Afryki, południowej Azji,  obszarów basenu Morza Śródziemnego? To drugie, nasuwa się od razu odpowiedź. Ale dlaczego poszedł dalej na Północ skoro tam, w słońcu Egiptu, Tunezji, Turcji… i po drugiej stronie morza Hiszpanii, Włoch, Grecji warunki były odpowiednie, a cień niewielki? Dlaczego pojawił się dalej na Północy? Oczekiwał jeszcze lepszego, chociaż cień słońca był coraz dłuższy? 
Zmienności pogodowe, jej w stosunku do Południa znikoma ilość słońca, tej naturalnej energii która z pewnością nie była w smak Ardipitekowi.  Co zatem się stało?
W czterech wersach kończących wiersz Bliżej źródła Południa piszę:

słońce słońce powtarzam
ma tę magiczną moc
chociaż nie wszyscy
chcą być przecież w raju

Przychodzą mi do głowy dwa rozwiązania: wyparcie przez silniejszych lub – „ciekawość". To pierwsze wydaje mi się w sytuowanym czasie niewłaściwe. To jeszcze nie ta pora w historii rozwoju ludzkości, by mówić o wojnach plemiennych, zagarnianiu obszarów w imię poczucia coraz to większej władzy. Jesteśmy przecież w epoce paleolitu, gdzie o tym Ardipithecus ramidus nie miał  z pewnością zielonego pojęcia. Poza tym  to on był najwyżej zorganizowany, był władzą.
A zatem „ciekawość", a może „chciwość"?  Ot nasz symboliczny Ardipitek   „pomyślał sobie", że zbada otaczające go przestrzenie, pójdzie na Północ, zobaczy jak tam wygląda świat, być może jeszcze lepiej jak na Południu. I poszedł. Tam niemniej spotkał się z trudniejszymi warunkami życiowymi. Słońce już nie świeciło jak wcześniej. Ale był „ciekawy". Chciał w tych nowych warunkach również być. To „odczytał" jako zadanie, sens. On temu sprosta. Sprosta swej na Północy obecności. Tym nie sprzyjającym warunkom geograficznym, które nakładają na niego inny sposób podejścia, inny sposób myślenia; inne qui pro quo?
Przypomina to w pewwarunkach mu nie sprzyjających. Ciekawość Ewy jest synonimem jego decyzji, chęci religia rozprzestrzeniała się na terenie Bliskiego Wschodu, ówczesnej Palestynie długo po tym jak on pełen dobrej woli powędrował.  Być może wtedy, gdyby by by się wycofał, wrócił na Południe? Ale to już inna historia, której obecności nigdy, podejrzewam, się nie dowiemy. Tak jak nigdy pewnie nie stanę na równiku, tam gdzie słońce nie daje cienia. A gdyby nawet: tak czy inaczej, przedstawiciel Homo około miliona lat temu pojawił się na teren Europy.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora