Marek Jastrząb - Felieton z rydwanu (2)

Wstęp
Nadchodzi dzień, gdy kończą się igrzyska i opada wyborczy kurz. Ludzie z partyjnych list, oblizując się na myśl o dietach i służbowych  t u ł a c z k a c h  po Unii Europejskiej, przymierzają się do zasiadania, piastowania i pełnienia. Nowa władza drapie się na świeczniki, postumenty lub piedestały, mości się na fotelach, stołkach i taboretach, wsiada do limuzyn z osobistym woźnicą i przejmuje zdobyczne gabinety odbierając od podwładnych – czapkujące hołdy (w akompaniamencie wazeliniarskich piruetów).
Zaczyna się twarda HARÓWKA dla Ojczyzny. Katorżnicza orka polegająca na zamianie stryjka na kijek, czyli na zastąpieniu poprzednich nieudaczników, nieudacznikami WŁAŚCIWYMI. Od tej pory styl sprawowania władzy polega na zastępowaniu  błędów uczynionych przez poprzedników, błędami ludzi ze zwycięskiej opcji.


Jej pierwszy etap, to zapoznawanie się z zakresem przywilejów, wypłacanie sobie odszkodowań za zwycięstwo w wyborach i upragniona demolka dokumentów wydanych przez niedawnych rządzących; kierownicy przestają nimi być a funkcje sprawowane przez teścia dygnitarza z przegranej drużyny, przejmuje teść dygnitarza z ekipy zwycięskiej.
Rozpoczyna się reorganizacja wyposażenia SIEDZIB. W odstawkę idzie zdezaktualizowana palma wycierająca sufit, pospiesznie znikają skórzane kanapy w kolorze PO i zostają  zastąpione kanapami w rozmodlonych barwach PiS. Nieprawomyślny Kossak wędruje do utylizacji, a na ścianę wjeżdża Malczewski. Dywan w prążki przechodzi do historii, a na jego miejscu zjawia się figlarny kobierzec w podsłuchowe ciapki.
W Sejmie, w Senacie i po ministerialnych pieczarach, po kancelariach namaszczonych WŁADZĄ i pełniących funkcję spichlerza na kompleksy, wkrótce rozlegnie się płacz i zafrasowane zgrzytanie dziąseł, a z gabinetów i piaskownic, spod dziurkaczy, wiaderek i szufelek, wydobędzie się chóralny pisk struchlałej dziatwy: CO STANIE SIĘ Z POLSKĄ, GDY NAS ZABRAKNIE?
Niedorozwinięcie
Pod względem geograficznym rozeznaję się dobrze. Natomiast pod względem umiejscowienia w czasie, kłopotów mam sporo. Zwłaszcza z określeniem obecnej epoki. Niby orientuję się, że mamy XXI wiek, wiek bicia piany i krótkich kołder. Bezradnego rozkładania rąk, oracji i deklaracji. Postępujących ograniczeń i politycznych drgawek. Dobrego Rządu Przypuszczalnych Fachowców. Swawolnych profesjonalistów od dłubania w nosie. Że mamy wiek zażartych rozmów o niczym, że od przeszło stu lat mamy okres przejściowy. Lecz co wynika z tej mojej żałosnej wiedzy?
Gdy mnie zapytać o datę, to "posiadam wiedzę" o tym, że jest środa, mamy godzinę piątą wieczorem, że słońce wzeszło o którejś tam, a ciśnienie znowu jest niskie i opadów brak. Ale gdy mam odpowiedzieć, jaki jest teraz okres historyczny, z mety czuję się niemrawo i zaczynam dukać emocjonalne zdania z dużą ilością niecenzuralnych słów.
Sądząc po tym, co się z nami dzieje, w czym uczestniczymy, jestem we wczesnym średniowieczu. Albo w późnej starożytności. Ale nie w Grecji! Raczej w Zaściankowicach; starożytność, w której żyję, lokalizuje się nie tam, gdzie powstawała Demokracja.
Źle pojęta demokracja, to wychowanie w pazernym kulcie  szmalu, to edukacyjne bajdurzenia pod adresem młodzieży, to ziewające gadki traktujące o tym, jak zdobyć KASĘ i z kim opłaca się pójść w szemrane interesy. Demokracja w polskiej wersji spacyfikowała światłym ludziom resztki rozumu, pozwoliła dewastować logiczne zachowania, propagować makabrę, szerzyć sekciarstwo, rozwijać  podziały społeczne, lekceważyć prawo, ubogacać korupcję i wtórny analfabetyzm.
Mam w sobie coraz mniej ciekawości tego, co nastąpi później, bo wiem, że będzie tak samo: nowa ekipa rządzących zawładnie moim krajem i jak poprzednia - znowu nawali. Odczuwam więc przesyt machlojek, hałaśliwego tworzenia sztucznych afer i cichego ich odwoływania. Irytującej polityki polegającej na miotaniu wzajemnych oskarżeń i mitomańskiej zawiści wprowadzającej ferment. Mam dosyć katastroficznych informacji: jak na mój gust, za dużo w nich wojen, krwi i chirurgicznych bombardowań. Nie chcę żyć w ciągłej atmosferze niepewności swojego losu, w chorym klimacie urojonych pomówień i mętnych aluzji niepopartych sprawdzonymi faktami. Zwisa mi rywalizacja na pokaz i przerzucanie się odpowiedzialnością za prawne buble. Dosyć mam teorii spiskowych i niedotrzymywanych obietnic, cudownych recept i znikających marzeń. Nie tęsknię do odwoływania złych urzędników i zastępowania ich jeszcze gorszymi. Jestem znudzony nagminną powtarzalnością błędów popełnianych w moim imieniu.
Przeraża mnie grubo ciosana rzeczywistość. Dookoła widzę zło, absurdy, posługiwanie się agresywnym słownictwem i czynem lekceważącym realia (a słowa te i czyny rosną lawinowo, „piętrzą się i nawarstwiają", jak w piosence ze słuchowiska o Poszepszyńskich, zamazują kwestie domagające się natychmiastowego rozwiązania, rozwiązania tego jednak  próżno oczekiwać, ponieważ dziennikarze zajęci są dyskusjami o czterech literach poczciwej Maryni.
Dziennikarze absorbując mój czas odszczekiwaniem się pozostałym mimozom publicystyki, tracą z pola widzenia sprawy istotne. Wtóruje im Sejm, przyłącza się do nich Senat, Rząd i Prezydent. I ten chocholi taniec trwa od wielu lat, od momentu wkroczenia na drogę ustrojowych przemian). Bo oto znalazłem się w środku dziwnego kraju. Podobno jest wolny od okrągłostołowych lat i jako jego obywatele możemy BYĆ U SIEBIE I BRAĆ SPRAWY W SWOJE RĘCE.  Jakoby. Ale zadaję sobie pytanie: czy tak jest naprawdę, czy nie oszukujemy się nadal? Czy istotnie jesteśmy u siebie i co ten frazes dla nas oznacza?
Mamy swobodę, suwerenność, oraz inne demokratyczne rekwizyty; tak mówią dokumenty stworzone przez apologetów bezruchu i kontynuacji pozorów, tak głoszą fasadowe bzdury zmajstrowane przez ludzi, którym nigdy nie zależało na korzyściach dla Polski, ale na dobru swojej kieszonki.  Mamy namiastkę swobody, ale jeszcze nie jesteśmy wolni.
Co prawda pozbyliśmy się okupantów zewnętrznych, ale dalej wegetujemy pod okupacją sporządzoną  dobrowolnie.  Pod ciężarem niewolniczych nawyków. Tym razem jest to okupacja sprokurowana osobiście, na własne żądanie, gdyż  tym razem podbiliśmy sami siebie i sami siebie kolonizujemy.    
Przed transformacją byliśmy geopolitycznymi niewolnikami. Pracowaliśmy nie dla siebie, ale dla zaborcy. Zaborca łupił, grabił, nierzadko gwałcił, zabijał,  lub pędził na Sybir. Zaborca był u siebie, my u niego. Zaborcy pokazać, gdzie jego miejsce, okraść go, choć tak zemścić się na nim za naszą bezsilność, było naszą   odpowiedzią na bezprawie. To był patriotyczny obowiązek. Jak u Mickiewicza: gwałt niech się gwałtem odciska. Do tej pory, mimo, że wybiliśmy się na niepodległość, niewolnictwo żyje w nas, w naszej mentalności, w naszym wewnętrznym, codziennym samopoczuciu. Ludzie pozostający przez stulecia pod cudzym butem i knutem, odwykli od narodowego myślenia,  rozproszeni i pogubieni, mówią: PAŃSTWO, TO NIE MY. Od Powstania, do Powstania, od tragedii do tragedii, szliśmy do Niepodległości, a gdy wreszcie jest, jak gdyby nigdy nic, okradamy się nadal, jakbyśmy nadal byli pod zaborami i gaworzymy stale o tym, kto pierwszy „dał plamę", magister Grandziarz, czy profesor Zbuk. 
Po wielu latach emocjonalnej zgagi, nieudolnych czkawek i politycznych palpitacji, po przerwie na gospodarcze drgawki i upiorne próby renowacji ustrojowych zgliszcz, pojawiły się gorliwe zastępy samozwańczych uzdrowicieli: pokątne hufce neofitów ze zdelegalizowanej partii. Zabrały się za wyjaśnianie rzeczy oczywistych, i, nie bawiąc się w odcedzanie prawdy od fałszu, hurtem, do korzeni, do fundamentów, poniszczyły, rozwaliły, zohydziły, obśmiały wszystko, co przedtem było dla nich słuszne i niezbywalne, a teraz okazywało się zanadto czerwone. Nie bawiąc się w subtelność, mając w głębokim poważaniu nasze narodowe nadzieje i oczekiwania,  wprowadziły stan wojenny rozpieprzając ludzkie więzi i masowy ruch. Wróciła więc apatia, lęk, zniechęcenie. I znowu nikomu się nic nie chciało. Znowu byliśmy obojętnymi kibicami zaprzepaszczonych marzeń…
A zapowiadało się nieźle. Osowiałe społeczeństwo zerwało z apatią, roznosił je optymizm, entuzjazm, poczuło swoją moc i zawładnęła nim powszechna życzliwość. Zanosiło się na raj. Raj spełnionych oczekiwań. Nie na biedę, bezrobocie, wyzysk i strach przed utratą pracy. Każdy miał szczęście w plecaku i od niego zależała przyszłość. Każdy czuł się wolny, miał cel, perspektywy, nadzieję, był u siebie i wszystkim się zdawało, że tak będzie już zawsze. Że na zawsze zapanowała mądrość, równość, sprawiedliwość, że nie może być inaczej.
Charakterystyczną cechą obalonego systemu było kłamstwo. Już w cynicznej nazwie: Polska Rzeczpospolita Ludowa, zawarto trzy nieprawdy. Polska nie była tym krajem, o którego niepodległość walczyli nasi przodkowie. Jak inne, wcielone do sowieckiego systemu niesprawiedliwości społecznej, była podbitym państwem. Nie należała do republik, ponieważ ta forma  społecznego przymierza powstaje w wyniku wolnych wyborów, a wolne głosowanie stanowiło fikcję. Nie miała nic wspólnego z ludem, gdyż lud traktowano instrumentalnie.
W zależności od politycznych i ekonomicznych potrzeb, władza albo nadawała ziemię (reforma rolna), albo ją odbierała, organizując groteskowe latyfundia zwane Państwowymi Gospodarstwami Rolnymi, a chłop nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia. Do chwili rozpadu obozu przyjaciół miłujących pokój, nasz kraj nie był państwem demokratycznym, prawo zaś nie służyło ochronie interesów społeczeństwa, lecz politycznym interesom grupy sprawującej władzę.
Bez uprzedzenia i pardonu transformacyjny uzdrowiciel wdziera się w każdą szczelinę naszej rzeczywistości; atakuje i sadowi się w niej, rozdyma ją i sprawia, że zaczynamy się godzić z każdym absurdem wyprodukowanym przez niego. Z czasem przestaje nam zawadzać, bruździć, zaczynamy go na swój sposób lubić, dostrzegać, że „coś w sobie ma". Przyzwyczajeni do jego matactw, zaczynamy dziwić się,  jak nam udało się wyżyć bez jego krętactwa,  uważamy go za męża naszej opatrzności, twierdzimy, że jest opoką, podstawą naszej wywalczonej, pozłacanej wolności. Głosujemy na niego, wybieramy go, patrzymy, jak jego partia rośnie w butę i przepych.
Wyroki w sprawach cywilnych i karnych nadal są orzekane w tempie cokolwiek ślamazarnym. Nasze  przyzwolenie na bezprawne zidiocenie zaowocowało dawaniem bandytom kary w zawieszeniu, stwarzaniem im komfortowych warunków garowania, a uczciwym - dawaniem po łapach i życiem w rezydencji pod mostem, w kanale, na dworcu.
Coraz częstszym zjawiskiem jest przemoc. Ujawniają się i potęgują zjawiska brutalizacji życia. Drzewiej nic się nikomu nie opłacało. Wiadomo było z góry, że ryzyko przekracza zysk. Teraz opłaca się nawet plajta.
Niegdyś albo się było porządnym, albo łajzą. Dzisiaj porządnym można być na sejmowej sali, a wychodząc za jej próg, paserem; teraz można uchodzić za pobożnego  człowieka  podczas mszy, a gdy w kościele pusto, być szelmą łupiącym skarbonki.
Niegdyś łachudra nie miał spokojnego życia, bo społeczne pręgierze wyzwalały z niego  -  skrupuły. Pięć razy się zastanowił, zanim raz popadł w świadomą kolizję z prawem i naraził się na społeczną izolację. Dzisiaj nie musi chować się przed cechowaniem pleców i obcinaniem uszu, ponieważ bezpośrednio po łajdactwie idzie na proszony raut, przybijają mu piątkę, gawędzą z nim, a on, po wpłaceniu kaucji za grzech, pędzi na swój odczyt o etyce i jest niebywale zdumiony faktem, że nie wolno mu być kanalią; niczego się nie obawia, gdyż sądzi, że skoro nie ma winy i kary za nią, to i zbrodni także nie ma.
Doliniarz, którego przyłapano na zalotach do cudzej portmonetki i którego policja goniła przez pół miasta, nie idzie odsiadywać swojej niewinności, ale, śmiejąc się z sądu, krokiem dumnym i obrażonym, wraca po ukryty w krzakach, zwędzony portfel i domaga się od nas odszkodowania i przeprosin za szykany. 
Snajper walący z fuzji do przechodniów jest zaszokowany, gdy słyszy, że kropić do ludzi jest niegrzecznie, a Obywatel  Bandyta idzie do pudła na zdrowotny urlop, by odpocząć przed kolejnym zabójstwem. Za bycie prymusem w pierdlu, czyli - Wzorowym Kryminalistą, wychodzi na przepustkę i szlachtuje następną ofiarę.
Niepostrzeżenie zmierzamy do mentalnej nory. Z lubością tworzymy kolejne malownicze zsyłki, wygnania, nowe Syberie, upodlenia i katakumby. Pchamy się we własne sidła. Z upojeniem nurzamy w minionym kombatanctwie.  Nasz nędzny, nieudany i zapętlony los, jak na licytacji niewolników, razem z przebrzmiałą urodą, popsutym uzębieniem i krótszą nogą, wystawiamy na pokaz. Nachalnie wdzięczymy się do potencjalnych nabywców naszego nieszczęścia. Zadajemy im nieśmiałe pytanie: kto z was da więcej za nasze wrzody, kto kupi nas na dobre, czy złe, czy rozdzieramy szaty w sposób wystarczająco żałosny, czy nasz ból jest bardziej twarzowy z profilu, czy mniej en face, w jaki sposób mamy się ustawić, aby uzyskać od was większą cenę, co mamy zrobić, byście się bardziej przejęli?         
Po drodze do wolności, zgubiliśmy duszę. Przebywamy w nerwowej kotłowaninie sprzecznych pragnień, na rozdrożu, pomiędzy pracą, a zdobywaniem mamony na papu, pośród wyniszczającej pogoni za pieniędzmi, a troską o rodzinę. Żyjemy w światopoglądowym zapętleniu. Tupet, bezczelność, stalowe łokcie, sprężysty grzbiet i dyspozycyjne przekonania, są to cechy umożliwiające nam istnienie. Delikatność, subtelność, honor, są to pojęcia zabytkowe, odległe od skrzeczącej rzeczywistości, więc po wielu trudach związanych z likwidacją ustrojowej nędzy, powróciliśmy do punktu wyjścia i mamy teraz NI TO NI SIO, więc odpoczywamy od myślenia, od minimalnego zainteresowania się tym, co winno pasjonować nas naprawdę, od pytania, czym żyjemy, co nas gnębi.
Zakończenie
Uderzmy się we własne piersi: Do spółki z reformatorami z przeceny, zrobiliśmy sobie niedobrze. Powodem obecnego stanu rzeczy jest brak odpowiedzialności za cokolwiek. Wszechobecna pogarda dla Człowieka i przyzwolenie na nią. Winna jest nasza bezmyślna zgoda na wypaczenie pojęć takich, jak tolerancja, demokracja, prawo. Z wyśnionej Solidarności uszło powietrze: zostały z niej tylko gadżety: rozczulająca nazwa, goły mit i sznur z „Wesela".

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież