Jacek Andrzej Chorzewski - The entertainment

– Serdecznie witam widzów zgromadzonych w studio, jak i tych, którzy oglądają nas przed telewizorami! – mężczyzna przed czterdziestką stał na środku dużej hali pełnej kamer, reflektorów, mikrofonów, wzmacniaczy, koderów, kabli, ludzi i hałasu. W jego włosach dominowała siwizna, ale z oczu biły temperament i charyzma. Wybielane zęby lśniły spod lekko przyróżowionych ust, które doskonale komponowały się z dłońmi natartymi kremami i pudrem.

Droga koszula z wysokim kołnierzem, dobrana pod kolor garnituru, eksponowała, ale bez przesady, jedwabny krawat. Garnitur skrojony na miarę układał się znakomicie, pomijając jedną zmarszczkę z tyłu, na wysokości łopatek. Z tego powodu redaktor dostał odgórny zakaz odwracania się plecami do publiczności, a zwłaszcza do kamer.
– Mam niekwestionowaną i niebywałą przyjemność przedstawić państwu Krzysztofa Maciejkę! – prowadzący rozłożył ręce na boki i pokłonił się w kierunku wejścia na plan. Tam też skierowały się praktycznie wszystkie głowy, oczy, soczewki, mikrofony i reflektory. Głośne akordy charakterystyczne dla programu wprawiły ściany w drżenie, a widzów „o zawał serca".
Przy wejściu na plan stały dwie półnagie dziewczyny. Ich zadaniem było uśmiechać się i dobrze wyglądać; zmieniały, więc co chwilę postawę, by uwydatniać coraz to inne części swego ciała. Po ucichnięciu dżingla uśmiechnęły się szerzej i przybrały kolejną pozycję. Tym razem odwróciły się do wejścia. Gość nadchodził.
Promienie ostrego światła rzucanego przez najróżniejszą maszynerię wdzierały się do ciemnego korytarza, którego wyjście przyozdobiono dziesiątkami srebrnych nitek zwisających z górnej framugi aż do ziemi. Pierwsze pojawiły się buty, potem nogi w zdecydowanym i szybkim kroku…
– Krzysztof Maciejko! – redaktor krzyknął w pełnym pokłonie do mikrofonu. Znów zawył dżingiel, widownia krzyczała.
Gospodarz programu podszedł do Krzysztofa Maciejki i zapytał:
– To pan?! – przyłożył mikrofon do ust gościa.
– Tak – odpowiedział, a widownia wstała z siedzeń i zawyła przeciągle. Gwizdom, tupaniu i krzykom nie było końca. Ludzie skakali i wyciągali ręce, żeby dotknąć bohatera programu.
– Wspaniale! – krzyknął. – Krótka przerwa na reklamy! – objął Maciejkę ramieniem.
– Macie trzy minuty – oznajmił ktoś z tłumu obsługującego sprzęt.
Na ekranach pojawiły się przerywniki z gadającymi twarzami o proszkach do prania, proszkach na ból głowy, zębów, nóg czy ...innej części ciała. Te zastąpiły wzmianki o najlepszych na świecie firmach samochodowych – oczywiście nikt nie wspomina o zagrożeniu śmierci w zachwalanej puszce, bo jakiś wyzyskiwany ‘niewolnik’ w kamieniołomach pomylił śrubki – a po nich przyszedł czas na jedzenie, które nie tuczy i nie śmierdzi. Zbyt głośne dźwięki, dobieranie aktorów według twarzy – im głupsza, tym lepsza – i mieszanki kolorów powodujące rozstrój żołądka, zapadają w pamięć tak głęboko, że niemożliwym jest, aby ludzie kupowali to. A jednak…
– Co to, k..., za pomysł? – redaktor schował mikrofon za plecy, po czym szepnął do ucha Maciejki.
– Jaki pomysł!? – zapytał zatrwożony szałem ludzi. Bał się, że są za blisko, że go zaraz rozerwą. Dzieliło ich tylko kilka metrów, a ryk nasilał się. Wyglądali jak wygłodniałe hieny, gdy zbliżały się do padliny i właśnie teraz, w tym programie, gdy on się tu znalazł nie było nikogo, kto mógłby tych ludzi uspokoić. Porwą go na strzępy, to pewne. Pytanie tylko, kiedy?
– Człowieku, jesteś pierwszy! Rozumiesz to? Wiesz, jaka będzie z tego kasa? Wyobrażasz to sobie?! – prowadzący ekscytował się bardziej i bardziej z każdym wypowiadanym słowem, jak dziecko oczekujące na prezent w dzień Wigilii. Minuty mijają powoli, ale każda z nich zbliża go do odkrycia tajemnicy, całkowitego oddania się fantazji i przyjemności. Dorośli są gorsi. Udają tylko, że się zmienili. Prawda jest inna, jednak powszechnie przemilczana.
– Nie, nie wiem – odrzekł niepewnie. Prawie nie poruszał ustami. Zatrzymał wzrok na nieokreślonym punkcie i zamarł skupiony na podtrzymywaniu funkcji życiowych.
– Wchodzimy za trzy, dwa, jedną! Poszło! – ktoś krzyknął, potem ktoś czymś klapnął, ktoś chciał uspokoić trochę publiczność, ale na nic się zdały prośby, gestykulacje i wielkie kartony z napisem „cisza".
– Witam ponownie! Obok mnie stoi bohater dzisiejszego programu – podniosła się wrzawa – i wydaje mi się, że nie tylko tego jednego programu, ale bohater telewizji i show w każdej postaci! Publiczność wręcz wrzała, prowadzący zaczynał się pocić ze stresu i temperatury sięgającej górnych granic akceptowanych przez organizmy. O komforcie termicznym nie ma mowy w tych okolicznościach. – Krzysztof Maciejko! – ponownie zadudniły dźwięki przypisane dla programu. Maciejce zrobiło się gorąco. Nie, teraz zlany był lodowatym potem.
– Powiedz nam, Krzysztofie, co przywiodło cię do naszego programu? Co chcesz zrobić przed kamerami i na co dajesz nam wyłączność?! – zapytał prowadzący.
Maciejce zaschło w gardle. Język przykleił mu się do podniebienia, sprawiając wrażenie, że każda próba oderwania go i powiedzenia czegokolwiek groziła rozerwaniem czaszki i wylaniem się zawartości puszki mózgowej między zębami.
– Pieniądze – powiedział cicho. Błądził wzrokiem. Bał się każdego spojrzenia, przewiercały go na wylot, prześwietlały bez jego zgody. Czuł się jak małpa w zoo, bez ubrania, jedzenia, wody i godności.
– Tak, pieniądze! Rzecz oczywista! W naszym programie z biednych robimy milionerów, z zahukanych gwiazdy, z bałwanów polityków! Każdy dostaje to, czego chce! – prowadzący spojrzał na tłum, a ten, wspomagany dodatkowo przez faceta trzymającego tablicę z napisem „wrzask", zawył niemiłosiernie
– Powiedz nam, czego od nas oczekujesz, jakie życzenie mamy spełnić, co chcesz od nas dostać, bo my możemy ci to zapewnić!
Wskazał palcem na ludzi, ci znowu zawyli, a tak naprawdę, to wyli nieprzerwanie.
– Musisz tylko być oryginalny, jedyny, niepowtarzalny w tym, co dla nas za to zrobisz! Myślisz, że jesteś? – podłożył mikrofon pod usta Maciejki, ale zaraz go zabrał.
– Wiem, że jesteś! Ja to wiem, czuję! A wy? – wystawił rękę z mikrofonem w stronę publiczności. Sprzężenie sprawiło, że zagwizdało wszystkim w uszach, jednak tylko przez moment, bo sekundę później huk – jakby przystawić ucho do szyny i trzymać je tam, aż pociąg przejedzie po głowie – narastał, osiągając graniczne wartości wytrzymałości ludzkiego słuchu na hałas.
– Więc jakie są twoje warunki, Krzysztofie?
W hali zaległa cisza. Wszyscy nasłuchiwali ze skupieniem tak wielkim, że chłonęli każdy szmer, oddech, szum przewijanej taśmy czy brzęczenie jarzeniówki budynku obok. Zasysali informacje jak czarna dziura. Skierowali swoje odbiorniki na niego, na zranioną sarnę.
– Chcę pieniędzy – odpowiedział ciszej niż ostatnio. Zamykał i otwierał powieki z częstotliwością podczerwieni, pot zalewał mu oczy.
Widzowie znów oszaleli. Ktoś rzucił kwiaty pod nogi Maciejki, inny trafił pluszowym misiem w tors. Zaczęło się. Puszczono konfetti i zagrały fanfary. Ludzie zaczęli przechodzić przez niewysokie barierki, z czym ochrona nie mogła sobie poradzić. Padali do stóp bohatera, obwieszali go naszyjnikami z kwiatów, całowali i wkładali banknoty do kieszeni. Jakaś naga kobieta rzuciła mu się w ramiona. Producenci programu zostali zmuszeni do wezwania dodatkowych oddziałów ochrony. Kilka minut później prowadzący mógł zadać kolejne pytanie:
– Co dasz nam w zamian? – cisza zawibrowała w zębach Maciejki. Napięcie potęgowane widownią na całym świecie, danym sobie słowem, obowiązkiem do spełnienia, transmisją na żywo i jedyną taką, zapewne ostatnią szansą w życiu ściskało mózg i ciągnęło język do żołądka. Nie był w stanie mówić. Sekundy mijały, miliony ludzi oczekiwały, a Maciejko zaniemówił. Miał dać show, mieli go zapamiętać, miał przecież uratować rodzinę, no i w końcu tylko on miał na to patent! Musi mówić!
– Śmierć… – Maciejko może i chciał coś powiedzieć, coś tam już nawet wymyślił, co nie zabrzmiałoby kretyńsko, ale nikt go nie słuchał. Prowadzący zabrał mikrofon od jego ust i skakał, szczerząc wybielone zęby. Ochrona trzymała napierającą publiczność. Polały się szampany, posypały się róże i kawałki surowego kurczaka. Biała posadzka wyglądała jak podłoga u rzeźnika. Włączono blok reklam, a zespół sprzątający zrobił, co do niego należało.
– Po reklamach, więc witamy w świecie marzeń! W świecie, w którym marzenia się spełniają! Spełnimy i twoje marzenia, Krzyśku! Podejdź tu do mnie – zaprosił Maciejkę gestem do zajęcia miejsca na jednym ze skórzanych foteli stojących na podeście w samym środku sali.
– Siadaj i mów – zrobił krótką przerwę, by samemu usiąść, – o jakich pieniądzach mowa i na jaki cel chcesz je przeznaczyć?
Maciejko usiadł niepewnie. Skurczył się w sobie, chciał zajmować jak najmniej miejsca w fotelu, który, jak mu się wydawało, pełnił funkcję sideł.
– Chcę dziesięć milionów euro – odparł Maciejko po chwili namysłu.
– To, przepraszam za wyrażenie, ale mam nadzieję, że oglądają nas tylko dorośli, no i nadają nas po dwudziestej trzeciej, to cholernie dużo! Zgadzasz się ze mną? – nie dał odpowiedzieć gościowi.
– Na co ci tyle pieniędzy? Niech widzowie wiedzą, po co wysyłają te wszystkie sms’y – zaśmiał się, dając znak publiczności i klakierom, by i ci zawyli. Zawyli.
– Jeszcze raz zapytam: po co ci te pieniądze, skoro będziesz trupem? – tu wybuchł śmiechem. Publiczność zaczęła gwizdać, znów posypało się surowe mięso i znów włączono blok reklamowy.
– Moja żona wymaga wielu operacji, brat… – zamilkł na chwilę – moja matka i ojciec też nie są w lepszym stanie… –  ryk stawał się coraz bardziej nieznośny. – Chciałbym, żeby kiedyś udało im się żyć jak normalnym ludziom, by nie musieli myśleć o tym, co zjeść i jak tu zdobyć pieniądze na jakieś leki i lekarzy, bez których nie mają najmniejszych szans.
Krzysiek Maciejko w końcu się odblokował, nabrał powietrza w płuca i otworzył się przed kamerami. Tego od siebie oczekiwał, miał w końcu zadanie do spełnienia.
– Jestem ich ostatnią nadzieją i dlatego zrobię to przed kamerami, zabiję się, żeby zapewnić im godne życie, żeby spełnić ich marzenia…
Maciejko mógł tak mówić bez przerwy i mówił, ale wszyscy mieli to w dupie, nie słyszał go nawet redaktor siedzący dwa metry obok. W telewizji i tak puszczali wtedy coś o plamach po czereśniach i trawie na koszulce niedorozwiniętego ojca grającego z synem w piłkę.
Do bohatera, samobójcy dotarł brak zainteresowania ckliwą historią jego rodziny. Przecież nie o to w tym wszystkim chodzi.
– Trzy, dwa, jeden! Jesteśmy! – ktoś krzyknął, ktoś czymś klapnął, ktoś znów pokazywał tablice z napisem „cisza", na które i tak nikt nie zwracał uwagi.
– Wiem, że nie wybrałeś żadnego konkretnego sposobu uśmiercenia siebie, zgadza się? – prowadzący musiał przekrzykiwać widownię, mimo mikrofonu włożonego prawie do gardła.
– Tak– desperat odpowiedział.
– Wiem też, że pozwoliłeś zadecydować o tym widzom, zgadza się?
– Tak.
– Wspaniale! Dlatego, drodzy widzowie, a wiem, że jest was wielu – nasi technicy przebąkują informację o kilkudziesięciu milionach. Odwrócił się do ludzi siedzących przy sporych monitorach komputerów                    i krzyknął:
– Panie Rafale, ilu nas ogląda?! – odwrócił się do kamer – Miałem rację, mówiąc o dziesiątkach milionów, bo ogląda nas ponad sześćdziesiąt milionów widzów!
Ktoś podniósł tablicę z napisem „wrzawa", ale było to zupełnie niepotrzebne. W całym zamieszaniu, jakie powstało, nie zauważono ani tablicy, ani tego kogoś.
– Dlatego, drodzy telewidzowie, na naszej stronie internetowej jest ankieta, w której możecie oddać głos na wybrany i dowolny rodzaj śmierci, z jakim przyjdzie się zmierzyć Krzyśkowi Maciejce! Czas na decyzję do końca programu, a to oznacza, że zostało nam – spojrzał na zegarek, po czym pokazał go do kamery i stuknął palcem w szafirowe szkiełko – niecała godzina!
Ryk ogłuszył Maciejkę.
– Sześćdziesiąt minut, trzy tysiące sześćset sekund. Tyle zostało do uzyskania przez Krzysztofa Maciejkę nagrody w wysokości dziesięciu milionów euro! Do tego czasu widzowie, jak i publiczność zgromadzona          w studio mogą zadawać pytania naszemu bohaterowi, porozmawiać z nim, póki jest jeszcze wśród żywych! – dźwięki przerywnika zatrzęsły błędnikami zgromadzonych. – Ale to wszystko po reklamach!
Widzowie przed płaskimi ekranami telewizorów po raz kolejny zostali rzuceni na pastwę producentów. Kolejne kilkaset sekund oglądania uśmiechów wykrzywionych w nienaturalnych grymasach, wysłuchiwania nazw i haseł reklamowych rodem z najgorszego utworu dadaistycznego opisanego w oniryczny sposób. Nic, tylko uderzyć głową w ścianę.
Tak czy owak, ktoś to musi oglądać, ktoś to kupuje, producenci się bogacą.
– Trzy, dwa, jeden! Jazda! – ktoś, coś, klapnęło, zawrzało.
– Mamy pierwszy telefon! – krzyczał prowadzący. – Dobry wieczór, z kim mamy przyjemność rozmawiać?
– O k..., dodzwoniłem się… – w głośnikach trzeszczało od krzyków osób zgromadzonych po drugiej stronie przewodu.
– Niestety jakieś kłopoty techniczne, straciliśmy połączenie. Ale mamy już kolejny telefon! – prowadzący uśmiechał się i puszył, jakby nagrywano program o jego życiu, wielkich osiągnięciach umysłu wyprzedzającego epokę.
– Halo, halo? Kto zawitał do nas tym razem? – operator kamery zrobił zbliżenie na szalenie równy komplet odblaskowych zębów.
– No witam – membrany olbrzymich, studyjnych głośników zadrżały.
– Przedstaw się i od razu wal z pytaniem do Krzyśka. – polecił prowadzący. – Musimy wycisnąć z naszego czasu antenowego i czasu pana Maciejki oczywiście – wyszczerzył zęby – najwięcej jak się da.
– Monika z Warszawy – wzięła głęboki oddech. – Panie Krzysiu, czy mogłabym dostać pana koszulkę z podpisem? – Po drugiej stronie kabla zawrzało. Pisk kilku kobiet, dzika radość, jaką sprawiło im pytanie rozśmieszyło i ekipę w studio.
– Krzysiu, więc jak będzie? – zapytał prowadzący. – Damie się nie odmawia. Moniko, jak ma brzmieć dedykacja?
– Niech napisze: „Moniko, kocham cię na zabój"! –  wrzask dziewczyn był nie do wytrzymania. Znaczenie słów dotarło do publiczności, a ta wpadła w histeryczny śmiech, krzycząc i nagradzając pomysł brawami.
– Tak też zrobimy. Dziękujemy Moniko za telefon. Kto się teraz do nas dodzwoni? Kto będzie następny?
Ktoś z obsługi technicznej przyniósł Maciejce markera i drugą koszulkę. Prawie nieprzytomny Maciejka został rozebrany ze swojej koszulki i ubrany w zapasową. Ktoś napisał za niego dedykację, a jemu podstawiono ją tylko do podpisania.
– Będziesz sławny, Krzyśku. Już jesteś – podszedł do ofiary w sidłach, przykucnął obok jej fotela i powiedział: – Poproszę zdjęcie z naszą gwiazdą, jutro będzie warte miliony! – kolejny techniczny wybiegł z aparatem uzbrojonym w obiektyw jak armata. Strzeliło kilka razy, błysnęło, publiczność wyła.
– W oczekiwaniu na kolejny telefon powiem, że mamy dla naszego bohatera niespodziankę! Ale o tym za chwilę! Przypominam o oddawaniu głosów w ankiecie na stronie internetowej programu. W głosowaniu wzięło udział już trzydzieści dziewięć milionów dwadzieścia osiem tysięcy sto dziewięćdziesiąt jeden osób! Czasu jest coraz mniej, bo tylko – znów spojrzał na zegarek i znów pokazał do kamery – dwadzieścia osiem minut! Reklamy!
Podrzucił mikrofonem, zakręcił nim jak barman flaszką i puścił oczko do telewidzów.
Ekrany zatruły paplaniny o przecenach na stare mięso, gaciach dodawanych jako gratis do zupy w proszku, budyniu o smaku żelbetonu i innych wynalazkach prosto z Chin. Oczywiście kupujący wspierają polski przemysł, bo jak inaczej, dają pracę niedorozwiniętym i poszkodowanym w imię równości ludzi wobec innych ludzi. A mali Chińczycy ciężko pracują w imię wyzysku i pana. Tak to dziś wygląda.
– Co to za niespodzianka? O czym ty mówisz? – Maciejko nie wiedział, czego się spodziewać. To uczucie wykręcało mu jelita, wyżymało jak szmatę po czyszczeniu podłogi.
– Wstrzymaj się – prowadzący zasłonił twarz dłonią. Tylko Maciejko mógł go usłyszeć. – Spadniesz z krzesła – bardziej szeptał niż mówił, czym zmuszał do czytania z ust, a nie słuchania. Pokiwał głową potwierdzająco na pytanie zadane wzrokiem przez Maciejkę.
– Trzy, dwa, jeden! Atak!
– Mamy już kogoś na linii! Szybko się przedstaw i dawaj! – wędrował wzrokiem po suficie pełnym kamer, jakby miał tam znaleźć swojego rozmówcę.
– Cześć! Tu Darek z Katowic. Mam pytanie, ale w sumie to nie wiem czy wypada? – zapytał trochę onieśmielony tak ogromną publicznością. Słyszał siebie w telewizji. Jego też słyszano miliony.
– Wypada, wypada, co nie, Krzysiek? – tamten kiwnął głową, że się zgadza.
– To, więc, czy da rade załatwić zdjęcie pana Krzysztofa przed śmiercią, z jego podpisem? To tyle ode mnie. 
– Darek z Katowic ma już zaklepane zdjęcie! Kolejne będą wystawiane na aukcjach na stronie internetowej programu. Ale szum się zrobił wokół Twojej osoby! Będziesz naszym nowym Mesjaszem! – prowadzący przeżegnał się ostentacyjnie, po czym zapytał: – A może naprawdę nim jesteś, co?
– Chyba nie – odrzekł.
– Tak myślałem! Nie pójdziemy do piekła za śmierć zbawiciela! Alleluja! – wyciągnął dłonie ku górze i udawał przez chwilę, że odmawia jakąś modlitwę. Padł na kolana i pokłonił się niczym wyznawca Islamu. – Teraz niespodzianka! Uwaga… – dziewczyny przy wejściu znów się wdzięczyły, rozległy się głośnie dźwięki fanfar – brat Krzysztofa Maciejki! Specjalnie dla was, prosto ze szpitala psychiatrycznego                         w Gliwicach, Dawid!
– Co?! – Maciejko krzyknął, ale rumor i pęczniejący w uszach wrzask uniemożliwiały jakąkolwiek formę komunikacji z prowadzącym.
Dwóch technicznych wprowadziło związanego młodego mężczyznę. Zdjęli z niego kaftan i posadzili na trzecim fotelu, naprzeciwko jego brata, po prawej stronie gospodarza programu. Próbowano pokonać barierki i ochronę, ale nikt nie był na tyle silny, skoczny i zwinny.
– Może macie sobie coś do powiedzenia? W końcu nie widzieliście się jakiś czas – prowadzący wodził wzrokiem od jednego do drugiego.
Brat bohatera programu milczał. Patrzył się tylko przed siebie. Wzrok miał martwy, nie drgnął nawet, gdy kamera przejeżdżała centymetry od jego twarzy.
– Wybacz mu! – krzyknął ktoś z widowni – Nacisnął spust, odpalił ładunek wybuchowy – reszta przeklętej ławy przysięgłych ryknęła śmiechem.
– Dawid. – przyszły denat wykorzystał okazję i bezgłośnie poruszył ustami: – Dla rodziców – brat opuścił wzrok i zacisnął dłonie na udach.
– Przynajmniej sobie tak razem pomilczycie! – kolejna salwa śmiechu osłabiła Maciejkę. – Zaraz wyniki ankiety, ale już wiemy, czego się spodziewać, prawda? – zadał pytanie publiczności, a ta zawyła jak sfora dzikich psów. – Do końca głosowania pozostała minuta! – fanfary zadudniły z podwójną mocą, światła zagrały, skupiwszy w końcu świetlne kręgi na bohaterze programu.
Zagrały trąbki i werble, spadło chyba milion ton mieniących się kawałków papieru, wybuchały sztuczne ognie, publika rwała włosy z głów. Czekali wszyscy, nawet Maciejko.
– Odliczamy! Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć – tłum liczył z prowadzącym, a natężenie głosu rosło z każdą sekundą. Drżały nawet przedsionki serca Maciejki – pięć, cztery, trzy...
– Muszę? – Maciejko spytał cicho prezentera.
Prowadzący spojrzał na niego kpiąco. W tle słyszeli „trzy!, dwa!, jeden!".
– Za późno, Maciejko – odpowiedział, ciągnąc za złoty sznur zwalniający kurtynę. – Chleba i igrzysk! – krzyknął do mikrofonu.
Maciejko rozejrzał się jeszcze raz po sali. Tłum, światła, tablice z napisem „chaos!", puste fotele, na których siedzieli, nie było brata, co mu ulżyło. Ktoś dotknął jego ramienia.
Prowadzący obrócił go w stronę zasłoniętego wcześniej miejsca. Na środku stał krzyż, a obok niego dwie wdzięczące się dziewczyny.


 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież