Ryszard Czarnecki - Gruzja – wciąż gorąco

Gruzja: wybory
Wyborcza Gruzja, dzień pierwszy. Po 4 miesiącach znowu melduję się na Południowym Kaukazie. I znowu powodem – choć też pretekstem – są wybory. Poprzednim razem były to styczniowe wybory prezydenckie w Gruzji, wygrane w pierwszej turze przez Saakaszwilego (53 %), choć oprotestowane przez opozycję. Teraz czas na parlamentarne. Ich termin został przyspieszony, a kadencja Sakartvelos Parlamenti (czyli tutejszego Sejmu) została skrócona. To wynik kompromisu między obozem prezydenckim a opozycją, do jakiego doszło wkrótce po brutalnie stłumionych przez rząd demonstracjach antyprezydenckich.

Miały one miejsce 7– 8 listopada zeszłego roku, a użycie siły zostało dość zgodnie potępione przez międzynarodową opinię publiczną, w tym nawet przez największego dotąd sojusznika Saakaszwilego – Stany Zjednoczone.
To mój drugi pobyt w Gruzji i czwarty na Południowym Kaukazie (rok temu byłem w Armenii, też zresztą jako obserwator na wyborach, a 9 lat temu w Azerbejdżanie – będąc wówczas członkiem oficjalnej delegacji państwowej).
W Tbilisi – stolicy Gruzji temperatura w dzień dochodzi do dwudziestu paru stopni Celsjusza. A pamiętam, jak kostniałem z mrozu podczas zimowych wyborów prezydenckich (dodatkowo jeszcze było mi zimniej, gdy przyglądałem się pracy komisji wyborczych w ogrzewanych  jedynie piecykami gazowymi pomieszczeniach – było w nich ledwie kilka stopni C powyżej zera).

Gruzja – obecnie bardzo bliski sojusznik Polski – zaciekawia. Ma zaledwie 4,4 mln mieszkańców (niespełna 1,5 mln więcej niż sąsiednia Armenia i niemal 2 razy mniej niż drugi południowo–kaukaski sąsiad – Azerbejdżan), ale jej rola geostrategiczna jest znacznie większa niż jej siła demograficzna. Jest najbardziej zróżnicowanym etnicznie krajem Południowego Kaukazu – "tylko" 83 % obywateli to Gruzini, przy 98 % Ormian w Armenii i ok. 91 % Azerów w Azerbejdżanie. Poza krajami kaukaskimi graniczy jeszcze z Rosją, Ukrainą, Turcją, Rumunią i Bułgarią (ze wszystkimi przez Morze Czarne).

Gruzja – mały kraj o wielkiej historii. Jego alfabet i literatura liczy prawie 2 tysiące lat! Język gruziński to mieszanka wpływów języków indoeuropejskich, semickich i uralsko–ałtajskich. Obok sąsiedniej Armenii Gruzja jest najstarszym krajem chrześcijańskim w Europie (na świecie jeszcze dojdzie Abisynia, czyli Etiopia). Jak każdy naród w tej części globu ma historię trudną i krwawą. Tylko tytułem przykładu: Tbilisi było w swoich dziejach zniszczone... 26 razy (przez Rzymian, Cesarstwo Bizantyjskie, Persów, Mongołów, Turków, Arabów i Rosjan).

Problemy Gruzinów z Rosjanami po części przypominały kłopoty Polaków z Krzyżakami. Konrad Mazowiecki zaprosił ich do Polski, żeby mieć spokój od Wschodu, a ci się rozgościli aż za bardzo. W Gruzji król Irakli II równo 225 lat temu, uciekając od wpływów Imperium Ottomańskiego i Persji, poprosił, o naiwny, o protekcję ze strony innego imperium – Rosji. Efekt był szybki, ale też łatwy do przewidzenia: już po 18 latach car Paweł I dokonał aneksji Gruzji. A potem już poszło: monarchia została zlikwidowana, a ostoja gruzińskiej narodowej niezależności – gruziński kościół autokefaliczny całkowicie podporządkowany pod Synod rosyjskiej cerkwi prawosławnej. Moskwa podporządkowywała Kaukaz ponad 60 lat, aby pod koniec wieku XIX nasilić formalną już wręcz rusyfikację – język rosyjski stał się językiem urzędowym, a gruziński "zagranicznym".

Gruzja odrodziła się po uzyskaniu niepodległości w 1918 roku, ale na krótko. Atakowana niemal ze wszystkich stron: przez Turków, "białą" Rosję i bolszewików przetrwała do początku 1921 roku, gdy do Tbilisi wkroczyła Armia Czerwona. Lenin wiedział, jak spacyfikować podbijane narody: uruchamiając animozje narodowościowe i etniczne. "Divide et impera" – dzielił i rządził także na Kaukazie. Już po paru miesiącach na terytorium Gruzji komuniści utworzyli... 3 autonomiczne republiki: Abchazję, Południową Osetię i Adżarę. Po 87 latach nowa (?) już Rosja dalej gra kartami Osetii i Abchazji przeciwko Tbilisi... Zmieniło się niby wiele, ale w niektórych sprawach jakby nic…

Wiktoria Saakaszwilego
Wyborcza Gruzja, dzień drugi. Tutaj cisza wyborcza nie istnieje: wczoraj po Tbilisi jeździły samochody z flagami z numerami poszczególnych partii, dziś – w dniu wyborów – powiewają dumnie banery z kandydatami, rozpięte nad ulicami Tbilisi.

Jadę do Mtszkety – dawnej  stolicy Gruzji. Mamy zweryfikować pracę ok. 10 komisji wyborczych w okolicach tego miasta. Tutaj jest spokojnie. Parę incydentów nie zmieni tego obrazu: pijany przedstawiciel Centralnej Komisji Wyborczej, dzika awantura w południowym stylu w innym lokalu o obecność dwóch, a nie jednego męża zaufania jednej z partii, czasem lekki chaos. Ale gdzie indziej jest gorąco: w Kutajsi ginie człowiek, ponoć z powodów politycznych, ale nie jest to jasne, dwa autobusy z Gruzinami jadącymi do Abchazji, aby zagłosować (i w ten sposób potwierdzić przynależność tej autonomicznej republiki do Gruzji) wylatują na minie – są ranni.

***

Wstępne wyniki mówią o olbrzymim i raczej niespodziewanym  – co do skali – triumfie partii prezydenta „Miszy" Saakaszwili". Jeśli potwierdzą się exit pools z godziny 16. mówiące o 63% (!) dla jego partii i tylko 14% dla Zjednoczonej opozycji będzie to znaczyło, że Saakaszwili uzyskał jeszcze mocniejszy mandat na drodze do NATO, UE i... twardej polityki wobec Rosji. To naprawdę dobra wiadomość dla Polski. Zaś rozmiar zwycięstwa obozu prezydenckiego zaskakująco wysoki, wręcz imponujący.

Spotkanie z Saakaszwili
Gruzja, dzień trzeci. Rozmowa z prezydentem Gruzji Michaiłem Saakaszwili trwała ok. 50 minut, a więc dość długo.
Oto jej najważniejsze wątki:

1)   sprawa Kosowa nie była dla Rosji powodem dla uruchomienia działań zmierzających do oderwania Abchazji od Gruzji, lecz jedynie „pretekstem" (to prezydent powtórzył dwukrotnie). Dowodem na to jest fakt, że sprawa nadawania drugiego obywatelstwa – rosyjskiego – mieszkańcom Abchazji i Południowej Osetii ciągnie się od 8 lat.

2)  rozważa zaproszenie niektórych przedstawicieli opozycji do rządu – wzorem Sarkozy’ego i ministra spraw zagranicznych Kouchnera, wywodzącego się z lewicy. Takie propozycje – według prezydenta – były już składane.

3)  4–krotnie próbował spotkać się z nowym prezydentem Rosji Miedwiediewem – ale bez skutku, nie było odpowiedzi ze strony Miedwiediewa. Tymczasem, niejako zamiast niego dwukrotnie odezwał się... Putin.

4)  w Rosji po zmianie władzy nie ma odpowiedzialnych za politykę zagraniczną: Putin od tego umywa ręce, a Miedwiediew zajmuje się wyłącznie relacjami Rosja – UE, ale już nie sąsiadami... Stąd sprawa Gruzji stanęła w martwym punkcie.

5)  rosyjskie prowokacje i propaganda – mają miejsce bez przerwy. Dwa konkretne przykłady:

a) aresztowanie rzekomego szpiega – Gruzina. Człowieka natychmiast zwolniono, ale rosyjskie media jeszcze przez parę dni eksponowały sprawę na pierwszych stronach gazet,
b) wrzawa wokół wpłynięcia do jednego z gruzińskich portów amerykańskiego okrętu wojennego – Rosjanie zrobili z tego aferę, że oto Gruzja staje się przyczółkiem USA. Co zaś do prowokacji to Saakaszwili zażartował, zwracając się do mnie, że – jak wiadomo w 1939 roku to Polacy napadli na Niemców... i dlatego wybuchła II wojna światowa.

6) ocena wyborów: w styczniu 2008 to były realne problemy, teraz to jest nic w porównaniu z tamtejszymi wyborami prezydenckimi. Unieważnienie wyborów tylko w 25–30 lokalach na 3600 – najlepiej świadczy o tym, że były to wybory fair...

7)  na moje pytanie, co dziś, już po wyborach Unia Europejska, a zwłaszcza Parlament Europejski, może zrobić dla Gruzji Saakaszwili odpowiedział, że Unia powinna wpłynąć na Moskwę, aby przywróciła normalność w relacjach z Tbilisi i szerzej: sąsiadami.

Spotkanie z prezydentem Gruzji odbyło się w jego tymczasowej siedzibie, z zewnątrz wyglądającej więcej niż skromnie i położonej w biednej dzielnicy miasta.


Gruzja: krajobraz po bitwie

Gruzja, dzień czwarty, ostatni. Wizyta u prezydenta Saakaszwilego stała się dobrą okazją, aby zobaczyć, jak urzęduje i do czego przywiązuje wagę. Budują mu nową siedzibę, ale póki co pracuje w starej, przy ulicy zamieszkałej przez biedotę, uważnie, z zaciekawieniem, ale bez zawiści przyglądającej się kolejnym  limuzynom, które przywożą gości prezydenta. Mieszkańcy, jeśli w ogóle mają auta, to mocno pokiereszowane, obdrapane i kontrastujące z samochodami VIP–ów.

Żeby spotkać się z prezydentem Saakaszwili trzeba najpierw odhaczyć się na uprzednio zgłoszonej liście, przejść parę bramek i dwa piętra (bez windy), zostawić w depozycie telefon komórkowy (kobiety także torebki), wreszcie poczekać w specjalnym pomieszczeniu, które jednocześnie jest swoistą "galerią sławy" i punktem propagandowym. Na każdej ścianie zdjęcia oprawione w ramkach: bądź z gospodarskich wizyt (na wsi, w fabryce, wśród entuzjastycznego tłumu) bądź ze spotkań z możnymi tego świata (Bush, Putin – choć na tym charakterystycznym zdjęciu stoją do siebie... odwróceni bokiem, Barroso). Ale są też oryginały bądź kopie pierwszych stron gazet z całego świata z Saakaszwilim bądź "rewolucją róż" w roli głównej: są dzienniki europejskie, amerykańskie, kanadyjskie, latynoamerykańskie. Jest też charakterystyczna okładka "Paris Match" – prezydent ze swoją holenderską żoną i czarnowłosym synkiem i podpis, że to "rodzina Kennedy Kaukazu"! Saakaszwili ma chyba pewną słabość: nad wyraz rozwinięte ego... Ale to akurat u polityków nie jest zbyt rzadkie.

***

Dzień po wyborach między – jednym "debriefingiem" (w gronie europarlamentarzystów) a drugim (ambasadorowie państw członkowskich, w tym Polski – Jacek Multanowski i przedstawiciele Komisji Europejskiej) krótka, 2,5–godzinna przejażdżka po Tbilisi. Ruszamy z ulicy nazwanej imieniem bohatera narodowego Gruzji – właśnie przy Rustaweli mieści się "Marriott", w którym mieszkam już kolejny raz. Kierowca przyznaje się do polskiego pochodzenia (babcia!) i jest jednym z wielu, który podkreśla swoje polskie korzenie. Mijamy spory Plac Wolności i ratusz, przejeżdżamy przez rzekę, którą Rosjanie nazywają Kurą (!), a dla Gruzinów jest ona po prostu Mtkwari. Na wzgórzu góruje i trochę przytłacza monumentalna rzeźba kobiety–patronki: Matki–Gruzji. Wbrew pierwszym skojarzeniom nie jest to artystyczny efekt radości po uzyskaniu niepodległości. Ów, nieco socrealistyczny (choć wybudowany później) monument powstał w czasach ZSRR. Co ciekawe, był to zdaje się pomysł seryjny: w Erewaniu istnieje również podobna rzeźba, tyle że jest to... Matka–Armenia.

Na innym wzgórzu zbudowana dosłownie w ostatnich kilku latach nowa katedra prawosławna pod wezwaniem świętej Trójcy. Duża, kremowa, z drogiego kamienia, ze złotą kopułą, dość charakterystyczną dla ortodoksów. Można wejść do niej wielkimi drzwiami z trzech stron. Msza, też tradycyjnie dla prawosławnych, odbywa się niemal na środku świątyni. Jest czwartek, 22 maja i akurat przypada duża uroczystość – świętego Mikołaja Cudotwórcy. To dla gruzińskiego Kościoła święto kościelne, które jednak nie jest świętem państwowym, co podkreślają w rozmowie ze mną miejscowi.

W Katedrze, mimo, że jest środek dnia sporo ludzi. Zaskakuje bardzo duża, proporcjonalnie, ilość młodzieży – zupełnie inaczej niż w prawosławnych cerkwiach w Rosji, ale też inaczej niż w kościołach katolickich i protestanckich na Zachodzie. Zresztą w ogóle ten stary chrześcijański kraj jest narodem ludzi wierzących: kilku naszych kierowców, ale też taksówkarze, przejeżdżając wokół świątyń, żegna się kilkakrotnie i zamaszyście. To chyba więcej niż gest. I nawet jeśli demonstracyjna religijność jest reakcją na czasy ateistycznego komunizmu – to ta reakcja trwa znacznie dłużej niż byłoby to w przypadku jedynie powierzchownych postaw.

Gruziński kościół jest częścią życia narodu – tak, jak kościół prawosławny w Grecji, a tym bardziej na Cyprze. Ale też przecież katolicki w Polsce. W Katedrze wiszą dwie wielkie flagi. Jedna jest narodowa: na białym tle duży czerwony krzyż, dzielący biel na 4 części – pośrodku każdej z nich jest kolejny, mniejszy, czerwony krzyż. Flaga gruzińskiej cerkwi jest dość podobna: na białym tle jeden duży, czerwony krzyż, którego prostopadła, mniejsza część  opada symetrycznie nieco w dół, zachowując jednak cały czas kształt krzyża. Nie ma natomiast tych czterech mniejszych krzyżyków, jak na fladze państwowej. Bardzo przypomina mi to sytuację z Cypru: kombinacje kolorów białego i niebieskiego, różniące sztandary kościelne od tych oficjalnych, ale tak naprawdę uzupełniające się i pokazujące te same korzenie.

Sprzed Katedry w Tbilisi piękny widok na efektowną, stromą Świętą Górę i na niej zbudowany blisko szczytu kościół św. Dawida. W nim znajduje się panteon najsławniejszych Gruzinów. Na górę prowadzi kolejka zębata konstrukcji czeskiego budowniczego Krzizika, który "obsłużył" sporo radzieckich republik i "krajów demokracji ludowej".

Wokół Katedry szereg małych kościółków. Z głównego wejścia prowadzi szeroki, marmurowy (!) gościniec, ciągnący się ze 200 metrów. Po obu jego stronach dwie wielkie fontanny oraz – znowu – dwie flagi, tym razem na masztach: narodowa i kościelna. Po prawej gruzińska, po lewej gruzińsko–prawosławna (jak ją określiłem), w Katedrze było odwrotnie. W każdym razie te żywioły przenikają się wzajemnie i są splecione nierozerwalnie.

Pytam się Mary Gogoladze, naszej tłumaczki, dlaczego tyle kobiet w Gruzji chodzi ubranych na czarno – tak zresztą jak ona. Okazuje się, że tutaj żałoba trwa długo i jest traktowana poważnie – jak wszystko. Mary, patrząc na Katedrę pławiącą się w promiennym słońcu, mówi, że wszystko się zmienia: wybory, partie, polityka – ale wiara zostaje. Młoda Gruzinka może nawet nie wie, jak bardzo ma rację.

Ten kraj jest prawdziwym zagłębiem turystycznym. A przynajmniej powinien nim być. I to latem i zimą. Góry zapewnią jazdę na nartach zimą, zabytki i krajobrazy ściągną turystów latem. Może już niedługo Lionely Planet swój turystyczny bedeker poświęci Gruzji w całości – na razie Gruzja przydzielona jest do jednej książki wraz z Armenią i Azerbejdżanem. Samej infrastruktury hotelowej w Tbilisi przybywa: do dwóch Marriottów i Sheratonu już niedługo dołączą  nowe, z markowych sieci europejskich czy światowych – Kempinski, Hyatt, Hilton (już się budują).

Hotele to nie jedyne obiekty, jakie powstają w Tbilisi. Buduje się także nowy... Pałac Prezydencki. Ze szklaną kopułą, położony nad rzeką – robi wrażenie niemniejsze niż imponujące zwycięstwo obozu Saakaszwilego w ostatnich wyborach (ostatecznie ok. 59 % głosów – tylko Tony Blair, gdy rozpoczynał drugą  kadencję, miał w House of Common większą przewagę mandatów nad opozycją niż teraz prezydent w Gruzji).


Polska? Wiem, Wilno?

Gruzja – czas na podsumowania. Parę anegdot z dnia wyborów. W jednej z komisji przewodniczący w średnim wieku rozpromienia się na widok gościa z Polski. "A ja był w Polszy!" – podkreśla. Gość znad Wisły (i Odry!) dopytuje się uprzejmie : "Tak? Wspaniale. A gdzie dokładnie?". I słyszy: "W Wilnie!"... Dementi nie było.

W innym miejscu szef lokalnej komisji wyborczej widząc gościa z Polski rozpromienia się jeszcze bardziej, oświadcza członkom komisji, że wychodzi na chwilę i żeby radzili sobie sami i zabiera ze sobą zaskoczonego Polaka. W domu przewodniczącego na stole natychmiast zjawiają się różne gatunki sera, wędliny, dwa wielkie słoje – jeden z białym winem, drugi z czerwonym. Gospodarz wypija 4 "szybkie", zostawia gościa znad Wisły (i Odry!) i wraca do osieroconej komisji. Polak zaś, z dużą godnością osobistą, spożywa dary Boże...

***

Moje kolejne wybory w Gruzji i po raz kolejny spotykam ministra Michała Kamińskiego z Kancelarii Prezydenta – też obserwatora wyborów, tyle że nie z ramienia Parlamentu Europejskiego, a w imieniu Prezydenta RP. Michał to nie tylko przyjaciel Saakaszwilego, którego zaprosił parę lat temu do europarlamentu, ale również – o czym opinia publiczna w Polsce nie wie, a przecież powinna – znawca gruzińskiej kuchni, "sommelier", gdy chodzi o gruzińskie trunki, prawdziwy "cicerone", gdy chodzi o kulinarną mapę Tbilisi. Zweryfikowałem tę opinię o Kamińskim ryzykując własnym żołądkiem – ale minister w pełni zdał egzamin. Tym razem byliśmy w położonej nad rzeką Mtkwari restauracji  "Młyn" – fantazyjnie rozplanowanej na kilku poziomach, z huczącym, sztucznie utworzonym, ale malowniczym wodospadem i stołami dosłownie na samym brzegu rzeki. Bliny z mięsem, które jedliśmy to specjalność raczej rosyjska, za to chaczapuri to już potrawa typowo gruzińska: rodzaj podpłomyka czy też swoistej "pizzy" kaukaskiej, obowiązkowo z żółtym, roztopionym serem. Do tego sos tkemali. Na danie główne szaszłyki, typowe dla Południowego Kaukazu, na szablach, z efektownym ogniem (mięso z kurczaka, jagnięcina, wątróbka i coś jeszcze). Pod to wszystko czerwone wino "Badagoni" pochodzące z regionu Kachetia, słynącego z bardzo dobrych win, swoistej alkoholowej wizytówki Gruzji. Na nalepce na butelce informacja po gruzińsku i angielsku i dwa słowa z ojczyzny win: "Si, certo!". Wino – tak, oczywiście! – bardzo dobre. Kosztujemy też miejscowego piwa: "Herzog". W następnych dniach poznaję jeszcze kilka gatunków lokalnego piwa, nienajgorszego, ale jednak wyraźnie poniżej średniej polskiej: "Argo", "Kazbeg" i "Natachtari".

Gruzja – kraj, w którym nasycić można i duszę (zabytki, kościoły, krajobrazy) i ciało (wiadomo). A Michał Kamiński jako przewodnik po gastronomii Tbilisi sprawdził się, sybaryta jeden. Sybaryta w czasie wolnym od pracy dla Rzplitej, certo!

***

Tbilisi – fotograficzny zapis. Kościół Metekhi, na wzgórzu pomnik Wachtanga Gorgosali – bohatera narodowego z gruzińskiej prehistorii, uważanego za założyciela państwa, władcy wschodniogruzińskiej Iberii. To on właśnie, panując w V wieku (452–502 po narodzeniu Chrystusa) stworzył odrębny, narodowy, autokefaliczny kościół gruziński z katolikosem na czele (wbrew temu, co usłyszałem od Gruzinów – bynajmniej nie prawosławny, bo rozłam w kościele katolickim i powstanie kościoła ortodoksyjnego to dopiero melodia dalekiej przyszłości: XI wiek). Dzielny Gorgasali ma jeszcze jedną historyczną zasługę: to on przeniósł stolice z Mtschety do Tbilisi. Skąd nazwa tej "perły Kaukazu" – Tbilisi? Od słowa "tbili", czyli gorąca, ciepła. Skąd geneza? Z legendy o polowaniu króla Wachtanga, który z łuku trafił jelenia. Ciężko ranne zwierzę uciekając wpadło do rzeki – po czym nagle wyskoczyło z niej całkiem już zdrowe i uciekło. Zaskoczony władca podszedł w to miejsce i zobaczył tryskającą ze skał ciepłą wodę o leczniczych właściwościach (dziś byśmy powiedzieli: źródło geotermalne). Po chwili upolował bażanta, który wpadłszy do rzeczki natychmiast się w niej ugotował. Wtedy podjął decyzję o zbudowaniu wokół źródła osady i nazwał ją Tbilisi... Ciekawe , że wiele dawnych gruzińskich podań i legend zawiera przekaz o uzdrawiających, leczniczych wodach...

Stare łączy się z nowym. U góry – pomnik króla Gorgasali, u dołu, bezpośrednio w jego sąsiedztwie znak europejskich aspiracji Gruzji – plac Europy. Patrząc na drugą stronę rzeki można stąd dostrzec symboliczny, religijny pluralizm tego kraju: w promieniu paruset ledwie metrów islamski meczet po lewej stronie, po prawej zaś  – niewidoczna stąd – synagoga, a wokół kościoły chrześcijańskie. Te ostatnie dominują, ale taka jest przecież historia tego kraju – jednego z dwóch najstarszych chrześcijańskich państw Europy (Armenia przyjęła chrześcijaństwo jako religie państwową w 317 roku, a Gruzja 20 lat później – uwaga: internetowa Wikipedia podaje mylnie datę przejścia na chrześcijaństwo Gruzji, pisząc o 317 roku i najwyraźniej myląc ją z Armenią, w rzeczywistości było to w 337 roku). Istnieje też legenda – ale to tylko legenda – że Gruzja w całości przyjęła chrześcijaństwo już w I wieku z ręki apostoł Andrzeja...

Ta strategiczna decyzja z I połowy IV wieku miała charakter nie tylko religijny, ale i polityczny: władcy Iberii, Mirianowi II (poprzednikowi króla – myśliwego Wachtanga Gorgasali), który był z pochodzenia Persem chodziło o ograniczenie władzy miejscowych kapłanów lokalnych kultów. Był też element osobisty: żona Miriana II została podobno cudownie uzdrowiona przez misjonarkę – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli – z Kapadocji o imieniu Nino, ewangelizującą ówczesną Iberię. Owa Nino jest dziś świętą w gruzińskim kościele, a symbol tego Kościoła – krzyż z pochylonymi do dołu ramionami nazywany jest właśnie krzyżem św. Nino.

Zostawmy historię w spokoju, choć wydaje mi się ona znacznie ciekawsza od np. narzekań gruzińskiej opozycji, że Saakaszwili idzie na pasku USA oraz... Parlamentu Europejskiego.

***

Tbilisi pięknieje w oczach, także dzięki systematycznej renowacji licznych starych domów. Zresztą stara część stolicy (od V już wieku przed Chrystusem) Gruzji jest doprawdy pociągająca. Wchodzę do niewielkiego, ale jakże ważnego kościółka: pod wezwaniem Bogurodzicy. Przed zbudowaniem przed paroma laty nowej Katedry to właśnie ta stara cerkiew była głównym kościołem prawosławnych. W świątyni akurat trwa spowiedź: bez konfesjonału, penitent widzi kapłana bez problemu – gorzej, że odwrotnie również, nie mówiąc o tym, że każdy niemal w świątyni wie, kto się właśnie spowiada...

W dawnej katedrze widać raz jeszcze, jak bardzo gruziński kościół związany jest z narodem. W kościelnym kiosku sprzedają np. obok dewocjonalii także... kalendarze – ale nie ze świętymi, lecz ilustrowane portretami władców Gruzji w porządku chronologicznym...

***

Europejska opcja Gruzji – to nie tak, że Saakaszwili tego chce. Ludzie mając do wyboru: Rosję i Europę tak naprawdę nie mają wyboru. Gruzini mają europejską historię i europejską kulturę, ale chcą "do Europy" ze względów, nie ukrywajmy, także ekonomicznych. Nasz szofer mówi do mnie cały w skowronkach, że wysłał syna z żoną do Hiszpanii, gdzie sam nigdy jeszcze nie był. Po czym dodaje z ojcowską dumą: "Moj synok to uże Jewropiejec" – mój synek to już Europejczyk... To stwierdzenie owego Gruzina więcej pokazuje niż najdłuższe przemówienia polityków.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież