Aleksandra Głuszkowska - Saskia (2)

Pamiętasz, Saskia, Pięknych dwudziestoletnich Hłaski i to: I’m Goofy the Dog? Nie, ja nie jestem Goofy the Dog. Ale gdybym miała wybierać, to byłabym chyba Iwanem Bezdomnym, Saskia. Bo ja też się gubię, tak jak on. I porywam się na rzeczy zbyt wielkie dla mnie, ścigam koty w tramwajach i za dużo, za dużo tego. Napiszę na ścianie: I’m Iwan Bezdomny. Co niczego nie zmieni, ani ja nie poczuję się lepiej, ale wiesz, tołstojowska koszula i świeczka zabrana nie wiadomo po co.


Ja chyba nie pasuję, Saskia, czuję się jak wycięta z jednego obrazka, a przeklejona do drugiego. Ktoś dał za dużo kleju, wycieka mi z jednej strony i marszczę się brzydko. Nieładne to wszystko. A czasem, kiedy jestem bardzo zmęczona, Saskia, i idę ulicą, nie wiem, przyjmijmy, że może Świętokrzyską w stronę metra, to chce mi się śmiać, albo płakać. I śmieję się albo płaczę, ale nie tak zewnętrznie, rozumiesz, Saskia, tylko samym mózgiem. Chyba da się płakać albo śmiać samym mózgiem, jak myślisz? Bo w takich chwilach ja nie czuję, że mam ciało, ono działa jakoś tak automatycznie, bezwładny golem, a ja znikam, kawałek po kawałku i mnie nie ma.
Mam wrażenie, że wtedy ludzie patrzą się na mnie dziwnie, Saskia, że mnie obserwują. Przyglądają mi się przez króciutką chwilkę, a potem odwracają wzrok, zażenowani. Nie wiem, co wtedy myślą. Musi być chyba widać to moje przeklejenie, brzydkie zmarszczenia. Ale może ja tak samo patrzę na nich? Na przykład w metrze, Saskia, to jest straszne, ale nikt się na siebie nie patrzy. Wszyscy odwracają wzrok, wbijając go w podłogę, sufit, trzymaną w ręku książkę albo gazetę, w ekraniki wyświetlające wiadomości wreszcie. A jeśli nie ma się książki, gazety, podłogi, sufitu albo ekraniku, to pozostaje tylko przymknąć powieki i odgrodzić się jakoś od tego wszystkiego cieniutką warstewką skóry, przez którą dyskretnie przesiąka światło, ale już nie obce, wrogie twarze.
A potem kolejna stacja, musisz otworzyć oczy, bo okazuje się, że stoisz w przejściu i przeszkadzasz tym, którzy chcą wsiąść albo wysiąść. Zresztą, zawsze stoisz w przejściu i zawsze przeszkadzasz, Saskia, tak to właśnie działa.
Aż wreszcie ty sama wysiadasz. I okazuje się, że to ci inni przeszkadzają. Przyglądasz im się przez krótką chwilę i odwracasz natychmiast wzrok, zażenowana takim aktem bliskości. Potem pozostaje już tylko przekroczyć próg i wysiąść.

Czwarte
Pokój był pełen kamieni. Zauważył to od razu, dziesiątki, setki kamieni, poukładanych na półkach, leżących na lśniącym blacie biurka, nawet na parapecie. Nie znał się na tym, może to były jakieś geologiczne okazy, ale nie, raczej nie, część z nich wyglądała na zwykłe otoczaki.
Alicja siedziała na krześle, patrząc w okno i Tomasz nie był pewien, czy w ogóle zauważyła jego przyjście.
Zastukał cicho we framugę drzwi. Dziewczyna nawet nie odwróciła głowy.
– Dzień dobry, Alicjo – powiedział zatem, próbując zwrócić na siebie jej uwagę. – Przyszedłem po notatki dla Michała.
Spojrzała na niego nieprzytomnie.
Michał mówił mu, że jego koleżanka jest, prawdę mówiąc, nieco dziwna, ale nie, Tomasz nie spodziewał się tego. Nie spodziewał się zastać w pokoju pełnym kamieni zamyślonej dziewczyny w czerni, w której było jej wyjątkowo nie do twarzy.
– Notatki? – zapytała głupio, nadal patrząc się na niego swoimi dużymi, niebieskimi oczami o białkach błyszczących tak, że wyglądały jak szklane paciorki. Po chwili, widocznie przypomniawszy sobie, o co tak naprawdę chodzi, zerwała się z krzesła i zaczęła przetrząsać szuflady.
– Proszę – powiedziała, wyciągając do niego rękę z plikiem kartek zapisanych drobnym, równym pismem.
– Michał kazał ci przekazać, że przyniesie ci je we wtorek.
– Dobrze. I tak wszystko jedno. Poczekaj, ja też muszę wyjść, pójdziemy razem – dodała, biorąc bezwiednie do ręki jeden z kamieni. Zreflektowała się, odłożyła go z powrotem na półkę, sięgnęła po leżącą na łóżku torbę.
– Mamo, wychodzę.
– Znowu idziesz do niej, tak? – Z pokoju obok wyszła do korytarza przysadzista kobieta o zmartwionej twarzy, ta sama, która otworzyła mu drzwi wejściowe – teraz zignorowała kompletnie obecność Tomasza, wpatrując się zmęczonym wzrokiem w córkę.
– Mamo, rozmawiałyśmy już o tym i... Nie chce mi się o tym mówić – powiedziała Alicja, idąc w kierunku drzwi. Tomasz jeszcze nigdy nie czuł się tak zażenowany, myślał tylko o tym, jakby wyjść z tego mieszkania i nigdy potem już nie wracać.
– Alicja! Zaczekaj! Wracaj! Alicja! Słyszysz? – Echo głosu matki Alicji niosło się po klatce schodowej jeszcze wówczas, kiedy Tomasz i Alicja wychodzili prosto w deszcz.

Po trzech dniach przyszedł znowu. Tym razem w imieniu Michała oddać notatki. Matka Alicji otworzyła mu drzwi, dokładnie tak samo jak wtedy.
– Niestety, Alicji nie ma w domu – powiedziała. –  Ale proszę, proszę wejść.
Wszedł, żałując tej decyzji już od pierwszego kroku. Mógł oddać tej kobiecie notatki, wybąkać jakieś podziękowanie i wreszcie sobie pójść, zostawiając za sobą całe to dziwne mieszkanie i pokój pełen kamieni.
Wszedł, matka Alicji poprowadziła go do pokoju, zaproponowała herbatę.
– Alicja powinna niedługo wrócić –  powiedziała, przypatrując się uważnie gościowi. – Martwię się o nią – dodała nieoczekiwanie.
Tomasz powinien dać jej wtedy do zrozumienia, że jest tylko starszym bratem kolegi jej córki i że te zmartwienia nic go nie obchodzą. Ale jak zwykle w takich sytuacjach nie zareagował w żaden sposób.
– Niech pan czasem do niej wpadnie, ona jest taka samotna – westchnęła jeszcze matka Alicji i wyszła z pokoju.
Po chwili wróciła ze szklanką herbaty.
Alicja tego dnia już nie przyszła.
Siedział wśród setek, tysięcy kamieni, toczących się w dół i w dół, spadających lawiną wprost na jego łóżko, na biurko, na szafę. Z każdą chwilą było ich coraz więcej i Tomasz doszedł do wniosku, że musi je wszystkie zjeść, połknąć, może wtedy przestaną wsypywać się do pokoju przez otwarte na oścież okna.
Pierwszy był ciężki i chropawy, smakował lekko metalicznie, przeszedł gładko przez przełyk i spadł niemiłym ciężarem do żołądka. Drugi był gładki i niemal idealnie okrągły, pachniał ziemią. Potem Tomasz zaczął pchać sobie kamienie do ust, byle szybciej, byle szybciej, połknąć je wszystkie. Aż w końcu zaczął wymiotować kamiennym deszczem i krzyczeć, krztusił się tym krzykiem i kamieniami.
Obudził się nagle i drżącą ręką sięgnął pod poduszkę, żeby sprawdzić, czy na pewno nie ma pod nią kamieni.


Kiedy poszedł tam następnym razem, Alicja była u siebie. Siedziała przy biurku, trzymając w ręku talię kart.
– Dzień dobry, Alicjo, mogę wejść? – spytał Tomasz, uśmiechając się do niej niepewnie. Spojrzała na niego nieco nieprzytomnie.
– Tak, proszę – powiedziała, wyciągając jednocześnie z talii jedną kartę.
– Dama pik. Zawsze dama pik – szepnęła, nie wiadomo, czy do Tomasza czy do siebie.
– Michał powiedział mi o twoim narzeczonym, bardzo mi przykro – bąknął Tomasz. Zmarł prawie dwa lata temu. Rak. Musiało ci być ciężko.
– Nadal jest – odparła. – Ale to nic w porównaniu z sytuacją jego matki. Oprócz Rafała nie miała nikogo. Ale teraz ma mnie. Tylko mnie, rozumiesz?
– To dlatego cały czas nosisz żałobę? – zapytał ostrożnie.
Nie odpowiedziała.


Następnym razem przyszedł z bukietem konwalii w garści. Alicja przyjęła kwiaty z zupełnie obojętną miną i Tomasz nie wiedział, czy ją uraził, czy może wręcz przeciwnie cieszy się z jego odwiedzin.
– Konwalie są ponoć trujące – powiedziała, wkładając bukiet do niewielkiego wazonu.
Tomasz, nie mówiąc nic, usiadł na kanapie.
– Dlaczego nie masz tu jego zdjęć?
– Widzisz te kamienie? – spytała, biorąc do ręki jeden z nich. – Mama Rafała mówi, że kamienie najlepiej przechowują wspomnienia. Oddałam jej wszystkie zdjęcia, one nie są mi do niczego potrzebne, dopóki mam kamienie – dodała nieco histerycznym głosem.
– Zbieranie kamieni przynosi nieszczęście.
– Podobno –  odparła obojętnie, podnosząc się z krzesła.  – A teraz przepraszam, muszę już iść.
Konwalie w wazonie pachniały słodko i dziwnie mdląco.

Następnym razem przyszedł o kwadrans za późno, Alicja zdążyła już wyjść, Tomasz zastał tylko jej matkę, która wyglądała na jeszcze bardziej zmęczoną niż zwykle.
– Niestety, Alicji nie ma, ale niech pan wejdzie.
– Nie chciałbym robić kłopotu.
– Żaden kłopot, naprawdę, zapraszam.
Podreptała do kuchni wstawić wodę na herbatę. Tomasz poszedł za nią, usiadł przy stole, zaplótł ręce. Czekał.
– Znowu poszła do niej – powiedziała matka Alicji ze złością w głosie. To stara wariatka, wiedźma.
– Alicja mówiła, że ta kobieta nie ma nikogo oprócz niej.
– Powiedziała panu o niej? – Matka Alicji była najwyraźniej zdziwiona. – Pan pewnie myśli, że to miła, samotna starsza pani, którą spotkało ogromne nieszczęście. Ona jest zła, rozumie pan?! – Wybuchła tak nagle, że Tomasz aż podskoczył na krześle. – Straciła własne dziecko i zabiera mi moje! Każe jej palić zdjęcia, zbierać kamienie. Ja... Ja boję się, że już dłużej tego nie wytrzymamy, ani ja, ani Alicja...
– Nie wiem, co mam powiedzieć – wybąkał Tomasz, wyraźnie speszony.
– Niech pan nic nie mówi, niech pan ratuje moje dziecko.
Echo jej słów odbijało się w głowie Tomasza jeszcze długo po tej rozmowie.

– Daruj sobie to wszystko, Tomek. – Michał był wyraźnie zmartwiony. – Chodzisz tam kilka razy w tygodniu, widzę, że zaczyna cię to wykańczać.
– Nie wiem, o czym mówisz – odparł Tomasz, przesuwając starannie ostrzem maszynki po podbródku. Z góry na dół i jeszcze raz z góry na dół.
– Słuchaj, nie pomożesz jej w żaden sposób. Ona... jest dziwna i tyle. Nic na to nie poradzisz. Odpuść, po prostu odpuść.
Tomasz nie odpowiedział, opłukał tylko starannie twarz w zimnej wodzie, wytarł policzki ręcznikiem.
– Obiecaj chociaż, że się zastanowisz.


– Nie do twarzy ci w czerni, Alicjo – powiedział pięć godzin później Tomasz, siedząc na kanapie w pokoju pełnym kamieni.
Dziewczyna w odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami.
– Nie sądzisz, że powinnaś w końcu zdjąć żałobę? – Podszedł do niej, kucnął przy krześle, bezskutecznie próbując spojrzeć jej w oczy. –  To najwyższy czas, bo ja... Alicjo...
Odwróciła się do niego gwałtownie, przyglądając się mu uważnie rozszerzonymi nagle oczami. Tomasz ze zdziwieniem spostrzegł, że jej błękitne tęczówki upstrzone są gdzieniegdzie złotawymi plamkami. Tak, czerń stanowczo nie pasuje do błękitnych tęczówek upstrzonych gdzieniegdzie złotawymi plamkami.
– Potrzymaj go przez chwilę – powiedziała powoli, z wyraźnym wysiłkiem w głosie. Tomasz wziął do ręki chłodny kamień, przez chwilę ważył go w dłoni, a potem zacisnął na nim pięść, mocno, jak najmocniej, żeby go zetrzeć na proch, zmiażdżyć, zniszczyć raz na zawsze.
– Już, oddaj – Alicja wyciągnęła do niego rękę, wzięła ciepły już kamień, odłożyła go na biurko. – A teraz idź.
Wychodząc, Tomasz pomyślał, że faktycznie, Michał miał rację. Michał ma zawsze rację, chociaż jest o te trzy lata młodszy. Z tą myślą wyszedł prosto w deszcz.

***
Nie jest trudno myśleć literaturą, Saskia, naprawdę. Klik, przestawiasz sobie trybik w mózgu i klik, już zaczynasz budować zdania kunsztowne i gładkie, okrągłe jak pysk ryby, które nieźle wyglądają na papierze, ale wypowiadane na głos kruszą się i płowieją. I w ten sposób, Saskia, możesz opisać absolutnie wszystko zawieszoną wysoko na gałęzi drzewa fioletową rękawiczkę, dziewczynę na stacji metra, która zawsze gra te same piosenki SDM, fałszując przy tym niemiłosiernie, albo cudnego pana w cylindrze.
Jezu, Saskia, pamiętasz ten wieczór? Kamienice na Starym Rynku były jak wycięte z papieru, pozbawione trzeciego wymiaru, płaskie jak zasuszone w książkach kwiaty. Wyglądały, jakby za chwilę miał je zdmuchnąć wiatr, a wtedy poleciałyby gdzieś het, daleko, za siedem mórz. Zmierzchało, a w tym półmroku z jednej z wąziutkich uliczek wyszedł on. Był piękny jak sam szatan, pamiętasz, Saskia, jak gapiłyśmy się na niego szeroko otwartymi oczami? Miał czarny cylinder i powiewającą na wietrze pelerynę. I broda, Saskia, i te lśniące czystym srebrem długie włosy, no coś pięknego. Wyglądał jak magik, szarlatan, a na sierpie księżyca brakowało tylko drabinki, po której mógłby się wspiąć aż do nieba. Gdyby wtedy to zrobił, Saskia, wcale bym się nie zdziwiła, raczej pokiwała głową w jakimś taktotak.
Szkoda tylko, Saskia, że następnego dnia okazało się, że czarna peleryna miała nadruk reklamowy, a pan piękny jak sam szatan kusił z szatańskim uśmieszkiem do wstąpienia do jednej ze starorynkowych restauracji. I rozumiesz, tak jest zawsze coś wydaje się być dziwnie znaczące, naznaczone jakimś mistycyzmem, i kiedy tylko patrzysz, nawet nie widząc, to po kręgosłupie biegnie ci dreszcz. Dopiero potem z półmroku wyłania się reklamowy nadruk, przedzierając się przez twój zachwyt i łamiąc go na pół.
Ale może, Saskia, ważne jest właśnie to kilkusekundowe oszołomienie. Bo ono, Saskia, mimo wszystko jest takie piękne, chyba dlatego, że takie smutne. Takie smutne, Saskia. Smutne, smutne, smutne.

Piąte
Wieczór był pijany, pijany był nawet bruk na ulicach, kocie łby na Starówce zataczały się, wpadały jeden na drugiego, wybuchały krótkim, urywanym śmiechem, bełkotały coś bezładnie, absolutnie bez sensu. Kamienice też były pijane i tak płaskie, że można byłoby je poprzewracać za jednym dmuchnięciem, zgasić jak świeczki na torcie.
Tomasz i Alicja przysiedli na krawężniku i byli już tak pijani, że trzęsły im się dłonie, w których ściskali kurczowo puszki z piwem – piwo z cichym chlupotem rozlewało się na chodnik, na ręce, na sukienkę Alicji. To była godzina na pograniczu dnia i nocy, rynek był pusty, chociaż gdzieś w głowie kołatała się Tomaszowi myśl, że zaraz pewnie przyjdzie policja albo straż miejska i... W sumie wszystko jedno.
– Ala, Alicja – bełkotał tylko bez sensu, powtarzając w kółko to imię i walcząc z opadającymi coraz bardziej i bardziej powiekami.
Alicja odstawiła puszkę, wstała chwiejnie, drżącymi rękami wygładziła sukienkę.
– Jestem tylko pieprzoną, krwawiącą macicą – powiedziała zaskakująco wyraźnie.
– Alicja! Nie jesteś! Ala! – Tomasz wyglądał tak, jakby go uderzyła prosto w twarz.
– Jestem, jestem pieprzoną, krwawiącą macicą – powtórzyła, tym razem bardziej dobitnie, dokładnie artykułując wszystkie zgłoski.
– Nie jesteś! Słyszysz?! Nie jesteś – krzyknął.
Przewrócił ją na chodnik i zaczął okładać bezładnie pięściami, szarpać nią jak szmacianą lalką.
– Nie jesteś! Nie jesteś! Nie jesteś!
Pijana głowa stukała o pijane kocie łby, stuk, stuk, stuk, monotonnie i uparcie.
– Ala, Alicja, ja przy tobie jak dziecko –  szlochał niewyraźnie, krztusząc się łzami i klęcząc przy jej zakrwawionej twarzy.
Nie odpowiedziała.

***
saskia co robić kiedy niebo za oknem jest dokładnie tego samego koloru co ściana saskia powiedz mi proszę powiedz ty też nie wiesz prawda wiesz przecież dokładnie tyle samo co i ja och saskia ale jak tu odpowiedzieć kiedy nie ma we mnie żadnych myśli czuję się taka pusta pusta pusta i nie ma mnie czym wypełnić saskia może trochę watą zrobisz to saskia wiedziałam że nie zrobisz
och saskia tak bardzo chciałabym teraz wykopać mała dziurkę w ziemi i schować się w niej to byłaby bardzo mała dziurka zupełnie malutka zmieściłabym się tam ja koc i może jeszcze książka tylko jedna o powiedz jaką książkę zabrałbyś ze sobą na bezludną wyspę proszę odpowiedz ja nie wiem saskia i wiem że ty też nie wiesz
nie będzie tam miejsca dla ciebie saskia bo zżerasz mnie powoli powolusieńku i zostaje mi coraz mniej mnie wiesz to mówię ci saskia piszę ci na ścianie swoją krwią czerwoną i ciepłą ale nie wiem czy jasnoczerwoną czy ciemnoczerwoną bo która w końcu jest z żył a która z tętnic nigdy tego nie pamiętam saskia a tyle razy była o tym mowa na biologii
jezu saskia pamiętasz babkę od biologii tę psychiczną była jak wycięta z książek dla takich bardzo niegrzecznych dzieci mówiła do nas słoneczka a za plecami wyginała ciągle ten sam spinacz chociaż nie to nie mógł być ten sam spinacz bo jeden spinacz nie wytrzymałby tyle czasu prawda
prawda saskia

Szóste
Widzę, jak znikasz, Alicjo. Nic na to nie poradzę, mogę tylko patrzeć, bo wymykasz mi się kawałek po kawałeczku i już nic na to nie poradzę. I ja też znikam razem z tobą, rozpływam się w echu twojego imienia. Alicjacjacja, szepczą mi krople deszczu na szybie, spływające krzywymi strużkami w dół.
Powietrze ocieka dźwiękami, przyprawiając niemal o szaleństwo, ale ja musiałem to zrobić, musiałem, rozumiesz? Rozumiesz, Alicjo? Dopiero kiedy ty zniknęłaś, mogę zacząć znikać i ja. Właściwie mógłbym to wszystko przyspieszyć, melodramatycznie znaleźć brzytwę, która z kolei znalazłaby sama moje gardło bez niczyjej pomocy. Ale wolę siedzieć teraz w prawie pustym pokoju ze szklanką w dłoni, bo kostki lodu delikatnie stukają o siebie nawzajem, cja, cja, cja.
Tej nocy śniłem, że śniłem o tobie, Alicjo. A może to ty śniłaś gdzieś tam o mnie i w twoim śnie śniłem, że śniłem o tobie? Nie wiem, Alicjo o leniwych biodrach, Alicjo o ciężkich powiekach. Słyszałem twój śmiech, który teraz obija się od pustych ścian, pełnych twoich fotografii, bo przecież, Alicjo, to miasto ma w sobie nie tylko kroplę trucizny, jak w piosence Waitsa, a całe wiadro. Mógłbym właściwie zdjąć te fotografie, ale nic by to nie dało, bo w miejscu ramek zostałyby białe prostokąty ścian, których widok byłby jeszcze bardziej nie do zniesienia, a które zabrudziłyby się zapewne za rok albo dwa, wtedy, kiedy ja już zupełnie zniknę i będzie wszystko jedno.
Będę o tobie myślał nawet wtedy, kiedy będę leżał martwy w grobie, Alicjo. Boję się tylko jednego – kto będzie mi wtedy powtarzał twoje imię. Bo na początku, dobrze, szeptać mi będzie ziemia, rzucana na trumnę, ale co potem, co potem, Alicjo? Pocieszam się tym, że może małe robaczki albo jakieś inne podziemne zwierzątka, o istnieniu których nawet nie mam pojęcia, będą skrobać swoimi małymi, brudnymi łapkami w drewno i jakoś to będzie. Jak myślisz?
Śnisz o mnie, Alicjo, a ja w twoim śnie śnię, że siedzę w prawie pustym pokoju ze szklanką w dłoni. I w twoim śnie o mnie kostki lodu delikatnie uderzają o siebie nawzajem, między tobą i mną nie ma już nic.
Alicjacjacja.

***
Najgorsze w tym wszystkim, Saskia, jest to, że nie umiem odróżnić, co jest po tej, a co po tamtej stronie wzgórza. Nie umiem, nie potrafię. Może ty wytłumaczysz mi, o co w tym wszystkim chodzi, Saskia, bo gubię się i nie potrafię znaleźć właściwej drogi wśród znaczeń, potrójnych den i symboli. Symbole to coś, co mnie przeraża, Saskia, bo ja nigdy, ale to nigdy nie jestem w stanie wpaść samodzielnie na te wszystkie izmy mogę jedynie powtarzać cudze myśli, jak papuga, jak tresowany kruk.
Bo mogę napisać: sól chrzęści mi pod zębami. I to zdanie może znaczyć wszystko i nic. I tak jest, Saskia, ze wszystkim.

Siódme
Szła Krakowskim Przedmieściem, deszczowym i lepkim. Ten deszcz był wszędzie, wilgoć pchała się pod parasole, moczyła skrzydła gołębiom, wciskała się w szpary okien. Włosy Alicji poskręcały się w dziesiątki blond pierścionków, ale to nie było ładne, tylko takie jakieś nie wiadomo jakie. Alicja znikła kompletnie w tym deszczu, sama przemoczona jak gołąb, z głową wciśniętą po ptasiu w ramiona, w brzydkim płaszczu, którego krój zniekształcał jej sylwetkę. Spojrzenia innych ludzi prześlizgiwały się po niej, ot, jeszcze jeden nieciekawy element krajobrazu, nie odbijała się w wystawowych szybach i przez chwilę przestraszyła się, że zniknęła, że jej nie ma.
On siedział na tej samej ławce co zwykle, Alicja pomyślała, że to bardzo dziwne tak siedzieć i moknąć bez sensu w deszczu, ale widać jemu to nie przeszkadzało. Podeszła do niego swoim ciężkim, niezgrabnym krokiem, stanęła naprzeciwko niego. Chłopak podniósł głowę.
– Jestem Alicja – powiedziała do niego, akcentując starannie swoje imię, jakby było ono znaczące.
– Słuchaj, nie obraź się, ale ja cię wcale nie znam i... – Chłopak był wyraźnie zakłopotany.
Alicja powtórzyła mu jak dziecku, starannie wymawiając każdą sylabę.
– Muszę już iść. – Zerwał się z ławki i zaczął iść w kierunku Kolumny Zygmunta, oglądając się przez ramię, jakby chciał się upewnić, czy ona na pewno go nie goni.
– Alicja! Mam na imię Alicja! – krzyczała zrozpaczona, dopóki jego sylwetka nie zniknęła jej z oczu. Przechodnie oglądali się za nią, dyskretnie pukając się w mokre czoła.

***
Nie pytaj mnie o imię, Saskia, ono jest tajemnicze. Daj mi, proszę, pomówić z tobą chwilę zagadkami, zagubić się w cytatach, nawiązaniach, odniesieniach, o których lubię myśleć, że są moje, ale nie są moje tak bardzo jak tylko się da. W czarnym garniturze krwawa prawa dłoń i już rozumiesz, o co chodzi, prawda, Saskia? Rozumiesz, musisz rozumieć. Pojawiasz się w moich myślach, w moich snach, Saskia, jesteś na moich ścianach, w mojej wannie, znajduję cię nawet w lodówce, gdzieś między masłem a sałatą.
Ech, Saskia, uśmiechasz się do mnie tym swoim wszystkowiedzącym uśmiechem. Nie możesz teraz zobaczyć się w lustrze, więc zapewne nie wiesz, że wyglądasz teraz jak Kot z Cheshire i tak jak on zaczynasz znikać powoli, najpierw noga, potem krwawa prawa dłoń i lewa, wcale nie krwawa. Ucho i nos. Usta. Po chwili juz Cię nie ma, Saskia i tylko twój uśmiech szeroki i upiorny wisi w powietrzu dokładnie naprzeciwko mnie. Teraz masz już, Saskia, nie siedem żyć jak każdy normalny człowiek, ale dziewięć jak kot. Zaczynam się ciebie bać, Saskia.
Dobrze powiem ci, Saskia, jak mam na imię. Saskia, Saskia, Saskija, ija, ija, ja.
Saskia, Saskia. Mam na imię Saskia.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież