Krzysztof Rogucki - Zamki na piasku

Istniejący system partyjny, który utrwalił się w latach 2007-2010, premiuje 4 obecnie zasiadające w parlamencie partie polityczne, zaś żadne z ugrupowań opozycji pozaparlamentarnej podczas wyborów w 2007 r. nie przekroczyło 3% progu wyborczego dającego przynajmniej minimalną subwencję z budżetu państwa (nie liczę tu SDPL i Demokraci. pl., które zdobyły subwencje jako partie tworzące razem z SLD Komitet Wyborczy Lewica i Demokraci, będący koalicją partii politycznych).

System partyjny w tym kształcie to stały i stabilny dopływ środków finansowych do 4 partii, które tworzą układ beneficjentów utrwalający dotychczasowe status quo. W tym stanie rzeczy próba powołania do życia nowej partii z uwagi na barierę finansową jest niemalże już od zarania skazana na porażkę. Następstwem takiego sposobu finansowania, którego pierwotną intencją było zapewnienie partiom niezależności od wpływów biznesowych, jest sytuacja, w której proces układania list przy obowiązującej proporcjonalnej ordynacji wyborczej, oddaje w dużej mierze w ręce oligarchii partyjnych  decyzję, kto zostanie nowym posłem. W starym systemie kandydaci na posłów z reguły swoim majątkiem gwarantowali kredyt pozyskiwany przez partie na pokrycie kosztów kampanii i choćby z tego powodu byli przez liderów partyjnych traktowani podmiotowo.
W naszym systemie politycznym koniecznym warunkiem osiągnięcia większości parlamentarnej jest zdobycie przez partię lub koalicję partii ponad 40% głosów wyborców. Samodzielnie nie udało się to jeszcze nikomu. Nowością tegorocznej kampanii jest brak billboardów i płatnych spotów reklamowych w telewizji i w radiu oraz zmniejszenie o połowę wysokości subwencji dla partii sejmowych, co godzi w politycznych celebrytów i zmusza kandydatów na posłów do bezpośredniego kontaktu z elektoratem. Dla Platformy Obywatelskiej cel jest prosty – przekroczyć samodzielnie bądź razem z PSL próg 40%, co oznacza odtworzenie na jesieni obecnej koalicji. Ale głosy PO i PSL mogą okazać się  niewystarczające, wówczas naturalne będzie dołączenie do koalicji SLD, co było już testowane podczas powstawania nowej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Najmniej prawdopodobnym scenariuszem jest koalicja PO-PiS. Raz, że taka koalicja nie zostałaby zaakceptowana przez elektoraty tych partii; dwa, że obie siły karmią się obustronnym konfliktem, dzięki czemu skupiają na sobie uwagę opinii publicznej i przez to mobilizują swoje twarde elektoraty; trzy, że nie byłaby to koalicja równoprawna, bo jokerem w talii PO byłby jeszcze prezydent z możliwością wetowania ustaw. Byłby to zatem rząd PO i zwasalizowanego PiS. Rząd bez PO mógłby powstać w dwóch przypadkach: gdy PO i PSL zdobywają mniej głosów niż SLD i PIS lub w wariancie wszyscy na jednego, gdy trzy partie tworzą koalicję przeciw PO, ale nawet wtedy PO z prezydentem miałaby możliwość blokowania ustaw. Ale czy możliwa jest koalicja SLD-PiS? Wydaje się, że należy odróżnić dwie możliwości: koalicję sensu stricto i sytuację popierania przez obie partie rządu fachowców, np. prof. Michała Kleibera. Niemniej wydaje się to nierealne z dwóch powodów: realna koalicja oznacza rozłamy w obydwu partiach (rozłamowcy zasilają PO), zaś rząd fachowców byłby możliwy w sytuacji całkowitej degrengolady i dyskredytacji PO w oczach wyborców, a na to się nie zanosi. Mało prawdopodobna jest koalicja PiS-PSL. Gdyby była nawet arytmetycznie możliwa, to PSL ma koalicje z PO w sejmikach i ma za dużo do stracenia, a poza tym temperamenty i styl polityki obu ugrupowań różnią się biegunowo, a to zdaje się wykluczać sojusz obu partii. W wariancie, w którym do Sejmu nie wchodzi PSL (wynik pożądany bez wątpienia przez PiS i SLD), najprawdopodobniej doszłoby do koalicji PO-SLD. Jednak wynik PSL w wyborach samorządowych świadczy o tym, że całkowicie przejęło ono elektorat Samoobrony, znajdzie się zatem w Sejmie, a postulat budowania miejskiej nogi odłoży ad calendas graecas.
Z ugrupowań opozycji parlamentarnej aspirował do wejścia do Sejmu PJN, ale na dzień dzisiejszy jest to co najmniej wątpliwe. Wprawdzie zaczęło się bardzo obiecująco: nowe ugrupowanie miało zainteresowanie mediów, szybko sformowało kilkunastoosobowy klub parlamentarny, ale deklaracja 4 europosłów, że nie zamierzają kandydować, humorystyczne okoliczności odejścia A. Bielana, nieumiejętność zbudowania profesjonalnej strony internetowej, zakończyły się tym, że sondaże plasują wynik partii w granicach błędu statystycznego. Partia nie potrafiła określić własnej tożsamości politycznej, w efekcie dla zwolenników PO była zbyt pisowska, dla zwolenników PiS zbyt platformerska, nie potrafiąc zdefiniować adresata swojej oferty politycznej. W ostatniej fazie przed dymisją liderka partii J. Kluzik-Rostkowska, która ostatecznie wylądowała w PO, zdaje się, że rozważała już tylko start ugrupowania z list PO lub PSL. Tak czy inaczej realnie PJN – w teorii mogąca dać większość parlamentarną i zdolna do koalicji z PO i PiS – samodzielnie bądź w aliansie z prawicowym planktonem (Prawica RP, Kongres Nowej Prawicy, UPR) optymalnie jest w stanie uzyskać maksimum 3%. Natomiast lewicowy Ruch Palikota należy kwalifikować jako rodzaj happeningu politycznego, epizodyczną, nową wersję Pomarańczowej Alternatywy, która po wyborach szybko zniknie.
Wynik starcia partyjnych i bezpartyjnych (np. inicjatywa prezydentów wielkich miast Obywatele dla Senatu, inni niezależni kandydaci) kandydatów na senatorów w okręgach jednomandatowych wiele powie o nadziejach na radykalne zmiany polityczne oczekiwane w związku z zastosowaniem ordynacji jednomandatowej w wyborach do Sejmu. 


 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież