Włodzimierz Rutkowski - Rekruci

– Alarm, alarm, alarm.
Zrywam się waląc głową w sprężyny piętrowego łóżka. Ten z góry omal nie zeskakuje na moje plecy. Nikt nie chce być ostatnim. Liczy się czas ostatniego przed budynkiem kompanii. Niezmieszczenie się w czasie skutkuje ponownym alarmem – alarmem niezapowiedzianym nawet w środku nocy. Ten jest trzecim w ciągu miesiąca upływającego w ciągłej gonitwie, w ponaglaniu: za wolno , z powrotem, jeszcze raz. Pompki, przysiady, bieg, bieg, bieg. Na śniadanie, na obiad, na kolację, szybko, szybko, szybko.


Żeby było wszystko jasne – jesteście w Ludowym Wojsku Polskim. Na razie jesteście kotami, nie żołnierzami, ale nimi będziecie, ja wam to mówię. Doskonale pamiętam i koledzy też, słowa naszego kaprala. Z każdym  dniem coraz bardziej jesteśmy pewni, że słowa dotrzyma.
Coś tam jeszcze zgrzyta, skrzypi, jak w maszynie prototypowej, ale on i wszyscy odpowiedzialni za wyszkolenie, doskonale znają swoje rzemiosło.
Tu nie ma mamy. Tu są tylko młodzi, silni, zdolni, sami wybierani. Wściekam się na te słowa, ile razy je sobie przypomnę, sympatycznego, bynajmniej z wyglądu chorążego. Tęsknię za dżinsami i za dziewczyną. Ale to było, a jest jak jest. Nie za miło, nie  za wesoło. Fakt, żartujemy, w międzyczasie klnąc na czym świat stoi na tego, co wojsko wymyślił. W pokoju, na korytarzu ciemno. Nawet za oknem, gdzie na wyciągnięcie ręki plac alarmowy, zgaszone latarnie. Na dokładkę księżyc schował się za chmury. Wpadamy na siebie, trącamy się, pakując swój dobytek, zapasową bieliznę, przybory do golenia, mnie nie za bardzo potrzebne, koc zrolowany przypinam do plecaka i biegiem,  biegiem na złamanie karku, po dwa po trzy stopnie. Już widzę światełko w tunelu, to na końcu korytarza dwudziestowatowa żarówka rozprasza mrok magazynu broni. Chłód lufy, opasłość magazynków na amunicję uświadamiają, że to nie obóz harcerski. Biegnę,  plecak obija mnie niemiłosiernie. Chełm wreszcie na głowie. Jeszcze tylko buty porządnie zasznurować, pozapinać się. Stoję zziajany. Na szczęście też ostatni mieści się w regulaminowym czasie.
– Kolejno odlicz!
– W prawo zwrot!
– Naprzód marsz!
Tym razem jest inaczej.
Nie wracamy do łóżek. Opuszczamy koszary. Pod nogami polna droga. Idzie się nam całkiem dobrze. Gorzej,  gdy na plecach ląduje skrzynka z amunicją. Po kilkunastu minutach z ulgą przekazuję ją zmiennikowi. Na jakiś czas spokój. Wrażenie jakbym skrzydeł dostał. Ktoś z tyłu kolumny za głośno rozmawiał. Pechowiec wpada na orbitę. Biega dookoła maszerującej kompanii, mijając porucznika melduje w biegu o kolejnym okrążeniu, ale też nie on jeden. Maszerujemy w trzy kompanie szkolne – razem około dwustu chłopa, przy pozostałych dwóch kompaniach, tez kosmonauci.
– Gaaaz!
– Maski włóż!
Ociągamy się, korzystając z ciemności, jednak nie za długo. Wszystko zapięte na ostatni  guzik. Oczy łzawią, szczypią. Nie ma rady. Wdycham gorzkawy zapach gumy maski przeciwgazowej. Ciężko się oddycha, ale za to ustaje łzawienie, szczypanie też. Naokoło unosi się biały dym. Gdzieś z lewej strony jakieś trzaski, błyski. To terkot broni maszynowej.
– Kryć się w transzejach!
Posłusznie wskakujemy do okopów.
– Rozdać amunicję.
Ładujemy magazynki. Naboje bez charakterystycznych stożków. Ślepaki. Walimy ile wlezie w stronę wyimaginowanego przeciwnika. Parę metrów przed nami, wybuch i błysk. Dźwięczy mi w uszach, nie słyszę już wystrzałów, nie widzę, oślepiony błyskiem wybuchu petardy.
– Atak odparty.
Zbiórka. I znów marsz, ale już bez masek. Co za ulga. Niebo coraz jaśniejsze. Chyba świta.
– Kompania stój!
Staje nasza i pozostałe kompanie. Obok las.
– Można palić, kto ma potrzebę, do lasu.
Palimy. Głuchota po mału mija.
– Człowieku, gdyby to był prawdziwy granat, byłoby już po nas – mówi do mnie ten który był tuz obok wybuchu.
– Prawdopodobnie tak – odburkuję.
– Kompania zbiórka !.
W biegu dopalamy papierosy. I znów marsz. Za nami około dwóch godzin drogi, kiedy stajemy u celu. Wita nas zapach kawy zbożowej i pajda chleba z kawałkiem zwyczajnej, na deser marmolada udająca dżem.  Każdy siada, gdzie popadnie.
– Co wrzody macie na dupskach? – wrzeszczy nasz wódz.
Po czym pojednawczo dodaje:
– Wracamy też na piechotę.
Stojący siadają. Mokra od potu bielizna przykleja się do ciała, umęczone nogi ciążą jak ołów, a tu komenda:
– Lotnik, zaporę ogniową twórz.
Kładziemy się na plecach. Kolby karabinów opieramy na ramionach. Opróżniam cały magazynek, strzelając Panu Bogu w okno.
Ktoś rozbawiony krzyczy.
– Trafiony.
Budzi tym powszechną wesołość. Kończymy przerwane śniadanie. Żartujemy. Znów palimy – jedyna rozrywka poza czasem wolnym od zajęć, kiedy to można napisać list, lub po raz wtóry pogrążyć się w lekturze otrzymanego oczywiście po zrobieniu wedle woli kaprala iluś tam pompek, czasami nawet na raty, przed szeregiem kompanii, najczęściej za zwrot W.P. na kopercie.
– W Ludowym Wojsku Polskim nie ma Wielmożnych Panów! Są tylko obywatele! Bądź towarzysze! Jasne?
– Tak jest! – odkrzykiwał nieszczęśnik i chwilę potem wzmacniał swoją tężyznę fizyczną, głośno odliczając robione pompki.
– Kompania!
Jeszcze jedna zbiórka. Jeszcze jedno rozdanie amunicji, tym razem ostrej. Przed nami w odległości stu metrów, sylwetki żołnierzy – na tarczach. Celuję starannie, ostrożnie pociągam za spust. Po trzech strzałach bieg do tarczy. Niektóre podziurawione, inne nowiuteńkie, nietknięte. Droga powrotna długa, uciążliwa. Czołgamy się po mokrej trawie. Na rozkaz zrywamy się, biegniemy, padamy i znów czołgamy się, okropne, długie, sto metrów.
– Wróg ordery by wam wręczał za takie strzelanie! – drze się szef kompanii. – Musicie nauczyć się celnie strzelać, od tego na polu walki będzie zależało wasze życie.
– Jasne? – wtrąca porucznik, dowódca kompanii.
– Tak jest – odkrzykujemy.
– Na stanowiska !
Strzelamy. Tym razem już się nie czołgam, inni tak. Biegnę szczęśliwy, że się udało. Całkiem dobrze, bo trzy dziewiątki, choć bywało lepiej, ale to było na strzelnicy objazdowej wesołego miasteczka.
– Czołganie pomogło? – szczerzy żeby kapral, klepiąc dłonią po moim hełmie.
„Snajperzy"  strzelają ponownie, lecz tym razem nie po trzech, a po jednym strzale biegną do tarcz., co niektórzy wracają czołgając się. Reszta ma chwilę wytchnienia. Zaczyna mocniej padać, co nie przeszkadza nikomu w prowadzeniu zajęć. Ktoś sili się na żart, pukając w hełm mówi
– Nieprzemakalna czapeczka
Nikt się nie śmieje, stoimy chmurni.
– Wstrzymać ogień! Przejrzeć broń!
Zbiórka w dwu szeregu.
– Kolejno odlicz!
– W prawo zwrot!
– Naprzód marsz!
– Śpiew od czoła!
Prawoskrzydłowy pierwszej czwórki  krzyczy tytuł piosenki.
Jeden z żołnierzy idącej przed nami kompanii zasłabł. Omdlałego zabiera sanitarka, odjeżdża na sygnale. Nam zostało do przejścia około trzech kilometrów. Zmęczenie coraz bardziej daje o sobie znać.
Mijamy senną wieś. Wita nas tylko szczekanie psów. My jak na ironię śpiewamy: „Idą, a w słońcu kołysze się stal, dziewczęta zerkają zza płota".
Wreszcie koniec mordęgi, tak mi się wydaje,  kiedy mijamy bramę koszar, z piosenką „O mój rozmarynie". Trafiamy na oficera do spraw politycznych, a ten czerwony ze złości drze się, słysząc „dadzą mi manierkę z gorzałczyną".
– Cysternę dadzą, albo i dwie. Kapral do mnie !
Kapral podbiega, staje na baczność.
– Co to ma znaczyć? Nie znają innych piosenek?
– Znają obywatelu kapitanie.
– Żebym więcej tego nie słyszał, zrozumiano ?
– Tak jest obywatelu kapitanie.
– Odmaszerować!
– Rozkaz !
Podbiega do nas wściekły kapral, złorzeczy:
– Jedyne co umiecie, to przerabiać chleb na gówno.
W końcu na kompanii. Pędzę  do WC, inni też. Najpierw napić się wody do woli, obmyć spoconą twarz, dopiero potem do kabiny, ale wpierw trzeba odstać swoje w kolejce.
Siła głosu kaprala zwielokrotnia się odbijając od ścian korytarza.
– Czyszczenie broni!
Wynosimy taborety z sal, stajemy w szeregu, rozkładamy na części broń.
Czyścimy szmatką, dmuchamy, chuchamy, na koniec oliwimy, składamy. Biegiem do magazynu broni, biegiem z powrotem . O prysznicu można tylko pomarzyć, jeżeli już, to wieczorem. Teraz tylko otrzepać kurz z munduru, umyć ręce i biegiem na zbiórkę i na wymarzony obiad.
Kapral sprawdza jeszcze buty, kto źle wyczyścił, biegnie z powrotem, my na niego czekamy.
Młody organizm często dopomina się snu, a i też czegoś słodkiego. Niektórzy drzemią stojąc, inni po kryjomu, by kapral nie widział zajadają się cukierkami. W końcu obiad. Przy okienku kucharz, ten sam co parę dni temu zarządził nam młodym – było nie było – dopiero miesiąc służby za nami, zbiórkę w kotle.
Nalewa do blaszanych talerzy grochówkę. Na drugie danie serwuje mielonego z ogórkiem kwaszonym, prosto z beczki. Przepijamy kompotem, smakiem przypominającym truskawki.
– Koniec jedzenia – powstań, wychodzić.
Kto nie zdążył zjeść, trudno, już nie zje.
Odruchowo, bez rozkazu, stajemy w dwuszeregu. Kapral uśmiecha się.
– Jeszcze trochę i nie będę musiał wam matkować.
Jak zła zjawa staje przed nami kapitan.
– Kapralu, czy kompania ma teraz czas wolny od zajęć?
– Tak jest obywatelu kapitanie.
– To dobrze. Zarządzam naukę śpiewu. Wykonać!
– Rozkaz! Kompania baczność, w prawo zwrot, naprzód marsz!
Maszerujemy i śpiewamy.
Śpiewamy i maszerujemy.
I tak w kółko, a właściwie tam i z powrotem, przez całą długość placu alarmowego, przez trzy godziny, aż do kolacji, na której dostajemy wędzoną makrelę, kostkę masła, do tego chleb i kawę zbożową. Herbata jest tylko w niedzielę. Godzina dziewiętnasta trzydzieści.
Żelazny punkt dnia, wiadomości telewizyjne. Sto procent gwarancji, że nikt człowieka nie ruszy. Trzeba tylko gapić się w telewizor i udawać, że się słucha. Kapral chodzi powolutku i bacznie się nam przygląda, czy aby ktoś nie ucina sobie drzemki. Przyłapany dostaje za karę sprzątanie WC.
Po wiadomościach sprzątnie rejonów, czyszczenie butów, upragniony prysznic i ukochane łóżko, mimo że skrzypi, że koc zamiast kołdry. Kapral też człowiek i on lubi czasem pożartować. Wchodzi na salę, patrzy czy wszyscy w łóżkach, wychodząc gasi światło, mówi:
– Dobranoc wojsku.
– Dobranoc, obywatelu kapralu
– O, wojsko nie śpi. Zbiórka na korytarzu!
Wyskakujemy z łóżek jak oparzeni. Po zbiórce wracamy, a kapral gasząc światło znów mówi.
– Dobranoc wojsku.
Cisza, jak makiem zasiał.
– O, wojsko się gniewa.
– Zbiórka na korytarzu.
– Nie, to niemożliwe – wyrywa mi się z ust.
Kiedy już stoimy karnie w dwuszeregu, nasz wódz z rękami z tyłu niczym władca, po wymownie długim milczeniu, przemówił.
– Słyszałem, jak któryś z was mamrotał: to niemożliwe. Nie będę dochodził kto. Powiem wam tylko jedno i zapamiętajcie to sobie do końca służby. Tu nie ma rzeczy niemożliwych, poza jednym… Wywróceniem hełmu na drugą stronę.
Z trudem powstrzymuję śmiech.
– Rozejść się!
Wreszcie w łóżku.
Nareszcie święty spokój.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież