Marek Pietrzak - Korsyka i trochę Sardynii

Opowiadanie o trzeciej z kolei mojej śródziemnomorskiej wyprawie tym razem na Korsykę i północną Sardynię /dwa porty La Magdalena i Porto Cervo/ chciałbym zacząć od wiersza greckiego poety Konstantinosa Kawafisa /twórca z przełomu XIX i XX wieku, który urodził się i zmarł w Aleksandrii tego samego dnia, podobnie zresztą jak Platon/ pt. „Itaka" w tłumaczeniu Czesława Miłosza.
Dlaczego od wiersza? Jest w nim wiele z filozofii racjonalizmu, tak potrzebnej w okresie przygotowań, do podróży, ale i romantycznego postrzegania rzeczywistości, potrzebnej również przed wyprawą, bo jakże wyruszyć bez odrobiny roztargnienia myśli, przez wiatr wrażeń zmienianych, poszukujących i większego kęsa szaleństwa, radości podróżowania. Ma ten wiersz również coś, czego nie można „dotknąć" bez podróżowania. Takim jest chyba każdy zdeterminowany podróżnik, człowiekiem, który chce poznać coś więcej niż to co proponują biura podróży i określają towarzyskie standardy. Turcja, Tunezja, Egipt, Kreta, Rodos, Kos, Karaiby…



ITAKA

Jeżeli wyruszasz do Itaki
Proś, aby twoja podróż była długa
Obfita w przygody i nauki.
Lestrygoni, Cyklopi,
gniewny Posejdon – nie, nie bój się ich:
Nigdy nie znajdziesz takich dziwotworów,
Dopóki lotną masz myśl, dopóki rzadkie wzruszenia
Przenikać są zdolne twojego ducha i ciało.
Lestrygoni, Cyklopi,
gniewny Posejdon – nie spotkasz ich nigdy,
chyba że nosisz ich we własnej duszy
chyba że sam postawisz ich przed sobą

Proś, aby twoja podróż była długa.
Abyś niejednym świtem wpływał
– a jakże wdzięczny i jaki szczęśliwy –
do widzianego po raz pierwszy portu;
i zatrzymywał się w fenickich zatokach
po to, żeby zakupić tam dobre towary,
perłową macicę, ambrę i heban,
także wonne olejki wszelkiego rodzaju
mocne drażniące wonności, tak dużo, jak tylko zapragniesz;
abyś odwiedził wiele miast egipskich
zbierając zapas wiedzy od ludzi uczonych.
Itakę zawsze masz nosić w pamięci.
Przybycie tam to twoje przeznaczenie.
Ale bynajmniej nie śpiesz się w wędrówce.
Lepiej, jeżeli potrwa to długie lata
i dosięgając wyspy będziesz już stary
bogaty wszystkim, co zyskałeś po drodze ,
umiejący nie oczekiwać, że Itaka da ci bogactwo.

Itaka dała ci wspaniałą podróż.
Bez niej nigdy nie ruszałbyś na morza.
Nic innego nie mogłaby dać.

Jeżeli zobaczysz, że jest uboga, nie zawiodła ciebie Itaka.
Tak mądry się stałeś, tak bardzo doświadczony,
Że zrozumieć potrafisz, co Itaki znaczą. 

Korsyka to trzecia co do wielkości wyspa Morza Śródziemnego. Zamieszkuje ją niecałe trzysta tysięcy ludności. Ma znaczną autonomię w stosunku do Francji. Najbardziej znanym Korsykaninem był Napoleon Bonaparte. O jego istnieniu przypominają ulice, place, pomniki. Choć – jak twierdzą niektórzy – jest to działanie bardziej pod turystów niż wynikające ze szczerego uwielbienia. Rodacy nie mogą tak naprawdę zapomnieć Napoleonowi, że jako cesarz nie odwiedził nigdy swoich rodzinnych stron, a także, że wyspa stała się częścią francuskiego cesarstwa.
Korsyka to ojczyzna owcy górskiej-muflona. Na korsykańską kulturę przez wieki oddziaływały kultury Grecji, Italii – szczególnie Genui oraz arabskiej części Afryki. Od strony muzycznej Korsyka znana jest z tradycji śpiewów polifonicznych i archaicznych form muzycznych wykonywanych na miejscowym instrumentarium. Dla ludzi poszukujących unikalnej przyrody, trudów szlaków trakingowych to GR 20 - najtrudniejszy w Europie. To wyspa unikalnych smaków, morza i gór. Jedyny minus pobytu na Korsyce to trochę wyższe niż we Francji ceny. Ale cóż… Więc zaczynamy, ok.?

Jak co roku o tej samej porze – w ostatni tydzień września 22 w roku 2006 z samego rana stawili się uczestnicy wyprawy na zbiórce w Kruszynie Krajeńskim koło Bydgoszczy. Andrzej /Maruda/ – finansista i ekonomista – pomysłodawca trasy rejsu, opływany żeglarz, Janusz - szkutnik, kapitan z dużą wiedzą morską, Jurek – bardzo poważny lekarz ginekolog z wiedzą morską, Mirek - dyrektor techniczny poważnej firmy z północnej Polski, bosman, twórca rejsowej latarki, którą mi obiecał podarować, ale o tym zapomniał, Piotr – radca, przez niektórych nazywany Mecenasem, Robert – finanse, kamera, Wojtek – bezrobotny, jak sam siebie określa – śpiewa czasami i gra na gitarze, Tomek – Czarny Rycerz gra na gitarze w koi dziobowej po alkoholu /posiadacz płyty Mike’a Sterne’a – basisty Milesa Davisa, i autor niniejszego reportażu – przedsiębiorca, budowlaniec, gra na gitarze i śpiewa oraz pisze i komponuje /sic !/. Siódemka z Bydgoszczy i reszta świata w liczbie jeden z Warszawy.
Trzy samochody załadowane żywnością, dziewięciu żądnych wrażeń „chłopaków" rusza w drogę. Ja prowadzę swój samochód Forda Modeno /przestronny i wygodny nawet na taką trasę/ na zmianę z Andrzejem i Jurkiem.  Podróż przebiega bez przeszkód. Niemcy przejeżdżamy bez problemu, szybko i bez wrażeń – wiadomo jazda autostradami bez ograniczenia prędkości. Przed wjazdem do Austrii obiadokolacja na stojąco na parkingu, sam na sam w Toi Toi, mycie rąk. Wjeżdżamy do Austrii. Za kierownicą siada autor /Andrzej nie jeździ w nocy, Jurek – jak mówi – jest w tym gronie kierowców najstarszy, więc ma przywileje, czyli po przydziałowej jeździe /zmieniamy się co dwie godziny/ możliwość wypicia małego „co nieco". Mnie jazda nocą nie sprawia tak dużego problemu jak moim kolegom, chociaż dzień jest zdecydowanie lepszą porą. Prędkość spada ze względu na ograniczenie prędkości do 110 km/h. Co kilka kilometrów bramki naszpikowane elektroniką i możliwość wsparcia austriackiego budżetu. Udaje się jednak przejechać bez dodatkowych kosztów, jak zresztą całą trasę wszystkim wyprawowym autom. Jest już ciemno i jedzie się gorzej. Do Włoch wjeżdżamy przełęczą Brennera /położona na wysokości 1370 m jest najdogodniejszą linią tranzytową pomiędzy Włochami i Niemcami/. Włochy – zjazd z Brennera dużo zakrętów, chłodno, góry dodają adrenaliny, jazda jeszcze bardziej się utrudnia ze względu na coraz większą liczbę mknących aut. Po przejechaniu 1250 km o godzinie 22.30 docieramy do Mantovy w Lombardii. Dla żużlowych kibiców informacja, że to 50 – tysięczne miasto leży w pobliżu miejscowości Lonigo znanej z toru żużlowego i Grand Prix. Przy południowym zjeździe z autostrady wita nas polskie małżeństwo mieszkające w Lonigo. To znajomi Janusza naszego skipera – kapitana. Zawożą nas do hotelu na nocleg. Janusz przywiózł im marynowane śledzie przygotowane przez żonę. Radość była wielka. Tak reagują chyba wszyscy Polacy mieszkający za granicą, którym na co dzień brakuje smaków znanych od dzieciństwa. My tymczasem naprzemiennie korzystamy z łazienki, szybka kolacja oraz… mała impreza przy winie okraszona jak zwykle szantową muzyką. Ciężko było zasnąć, nie tylko ze zmęczenia. Przez uchylone okna wdzierał się smród wylewanego na pobliskie pola obornika – fuj. Po wyjściu z pod prysznica na posadzce stoi jaszczurka /skąd?/
– Europa śmierdzi – pomyślałem i w dodatku jest niebezpieczna. Ale jak jeździłem do dziadków na wieś w wieku 7–miu lat też śmierdziało i było niebezpiecznie, gdy krowa zaatakowała…
Pobudka o 7.00, też - fuj, małe śniadanie z kawą i rogalami, wyjazd o godzinie 8.00. Wreszcie Toskania, zjazd z autostrady, widok Morza Tyreńskiego powoduje wzrost podniecenia /turystycznego/ i radości u moich kolegów. Do Piombino – (piękna nazwa, prawda?) docieramy o 12.00. Prom startuje o 13.00. Choć nie wszyscy dojechali, kupujemy jednak bilety dla wszystkich. Czekamy na ekipę, którą prowadzi Tomek. Gdzieś się koledzy zaplątali przy zjeździe z autostrady. Na parkingu w Piombino podchodzi do nas mężczyzna z wędką i nawiązuje rozmowę łamaną polszczyzną. Okazuje się, że jest Litwinem. Mieszka tu od sześciu lat z żoną, która pracuje jako sprzątaczka. Dotarł tu z całą rodziną, ale dzieci wyjechały do Anglii. Zna Polaków mieszkających w Piombino, mieście 30–tysięcznym i wyraża się o nich bardzo dobrze, co nie jest regułą w przypadku Litwinów. Reszta dojeżdża. Wjeżdżamy na prom, tłok niemiłosierny. Godzinna podróż i prom dociera na Elbę do Portoferraio, miejscowości w środkowej części wyspy od strony północnej.
Lekka nuta nostalgii. Ucząc się historii w inowrocławskim „Kasprowiczu" nigdy nie myślałem, że będzie mi dane zobaczyć to wszystko za ideologiczną kurtyną, szczególnie że nauczyciele kształtowali nas w przekonaniu braku wszelkich możliwości /językowych, finansowych, podróżniczych/, ponieważ przetrącił ich ówczesny system.
Zapomnieliśmy, że jest sobota i czas sjesty. Penetrujemy portową dzielnicę, dzwonimy pod uzgodniony wcześniej telefon. Spotyka nas niezwykłe wyróżnienie!!! Po dwóch godzinach dociera do nas pólnocnoafrykańskiej urody Włoch /dla mnie był to Algierczyk/ o imieniu Salem. Ten bardzo sympatyczny przedstawiciel greckiego armatora szybko się z nami porozumiewa. Angielski jest tu normą, docieramy do mariny. Janusz – skiper profesjonalnie przejmuje wyposażenie, sprawdza stan urządzeń /ma największe doświadczenie/.
Załoga wypakowuje bagaże, żywność. Sortujemy do sztalowania. Wszystko przebiega sprawnie, bez problemów… do momentu,  kiedy pada hasło z lądu – PIWO PODAĆ –. Wykonawcą woli załogi (bez swojej woli) stał się autor będący pod pokładem całkiem przypadkowo. Przejmujący jacht skiper wzburzył się niczym wspomniane piwo, będące w temperaturze nie nadającej się do spożycia. Wszyscy, po długiej podróży /1750 km/ zapomnieliśmy, że na łajbie komendy wydaje kapitan. Zaczął się rejs!  Pomyślałem „pierwsze koty za płoty", ale skiper nie dał za wygraną i przy zagubionym Salemie też na chwilę zagubił nerwy. 
Po zasztalowaniu, i podziale koi załoga padła sobie w ramiona z puszkami piwa. Zaczął się czas wakacji i przygody. Pojawił się mocniejszy alkohol, dwie gitary. Nasz jacht „Spirit of Dream Time II" dał nam pierwsze drgnienie fali pod stopami. Idziemy spać po północy, lekko się kiwając.

DZIEŃ PIERWSZY

Poranek – przynajmniej dla mnie, ale i po spowolnionych reakcjach pozostałych członków załogi sądząc – zaczął się małym bólem głowy. Śniadanko. Wypływamy z portu Portoferraio z Elby w kierunku zachodnim około 10.45. Po wyjściu z mariny zmieniamy banderę z włoskiej na korsykańską. Jest mały problem. Zagubił się plan wacht przygotowany przez skipera! Kapitan doraźnie ustala wachty. Na silniku płyniemy krótko, około dwudziestu minut. Warunki pozwalają na rozwinięcie żagli. Niestety pogoda za bardzo nie dopisuje. Jest zimno i z przerwami kropi drobny deszcz. Wieje cztery w porywach pięć. Płyniemy na foku i zrefowanym grocie. Nasza łódka to świeżynka i w swojej karierze nie ma wypływanej dużej ilości godzin /m-g 442/, więc przy silniejszych podmuchach wszyscy bacznie obserwują jej zachowanie. Bawaria 46 w wersji lekko luksusowej cruiser to typ naszej łodzi wyczarterowanej od greckiego armatora z Elby. Łódka wygodna, z czterema kabinami i miejscem do spania w messie. Dwie kabiny WC z prysznicami, ciepłą wodą. Kubryk wyposażony dobrze; kuchenka gazowa, dwie lodówki naczynia, garnki, patelnie. Jedynym mankamentem jest nieobecność kostkarki do lodu w kwestii mocniejszych alkoholi. Ale cóż, płyniemy dalej.
Kapitan stwierdził, że po przejściu kilku krótkich fal łódka jest bezpieczna i część załogi którą ominęła wachta może sięgnąć po puszkę piwa, ewentualnie wino. Polało się po pokładzie.
Do małego rybackiego portu w Macinaggio na Cape Corse dobijamy o 17.30. W porcie – jak to po sezonie – pustki. Słychać jak wiatr szarpie wanty, układając powietrze w różne melodie. Fala rytmicznie rozbija się o falochron. Kropelki słonej wody osiadają na twarzy, gdy się przybliży do ściany falochronu ułożonej z nieregularnego granitowego kamienia. Po pirsie dostojnie przechadzają się lub wylegują koty. Oczekują na resztki pożywienia, które podrzucają im żeglarze po kolacji. Och, być kotem w porcie, a nie takim zwykłym ulicznym!…
Wieczorny spacer po porcie, widoki spod czapki, na której osadzają się krople wody, jak w obiektywie najlepszego aparatu – pełen mistycyzm. Łyków piwa kilka…naście i do koi! Zaczynam marzyć, choć sen dopada w pół drogi do następnego dnia. To już…




DZIEŃ DRUGI

Koniec marzeń – tych z wczoraj. Rano po śniadaniu o 9.15 odbijamy od pirsu. Kierunek Calvi. Pogoda niewiele się zmieniła. Pada prawie przez cały dzień. Mamy za to niezły wiatr i trochę żeglarskich wrażeń. Ustawiliśmy żagle w pozycji zapewniającej maksymalne wykorzystanie bocznego wiatru, łódź przechyliła się mocno na burtę. Szliśmy tylko na grocie. Łódź pruła wodę z najwyższą prędkością. Co za zabawa! Adrenalina spowodowała chęć rozwinięcia foka. Skiper jednak zachował opanowanie i nie dal ponieść się emocjom. Ja po raz kolejny poczułem nieopisaną radość jaka towarzyszy zabawie z wiatrem. Po całodniowym płynięciu zbliżamy się do Calvi, pogoda się poprawiła, chwilami wychodzi słońce. Wpływamy do portu Xavier Colonna i… zaskoczenie. Duży napis: brak miejsc w marinie. Okazało się że to pozostałość po sezonie. Calvi to nieduża gmina w północno-zachodniej Korsyce /około 5 tys. mieszkańców/. Jednym z istotnych jej walorów turystycznych jest dobrze zachowana genueńska forteca-cytadela, gdzie w jednej z jej części mieszczą się koszary 2 pułku powietrzno-desantowego Legii Cudzoziemskiej oraz docierająca tu korsykańska kolei wąskotorowa. Miasteczko o turystycznym charakterze, kolorowe uliczki, pensjonaty, małe hotele o kameralnym charakterze. Zdecydowanym walorem Calvi jest stacja kolejki, skąd startują pociągi w głąb wyspy wraz z turystami. Ten dzień jest dla mnie ważną datą osobistą ponieważ zgubiłem nałóg palenia. Trwam w tym postanowiniu długie lata, póki co udaje się.


DZIEŃ TRZECI

Mały rybacki port. Aby coś zobaczyć trzeba wejść do miasteczka krętą drogą około godziny. Ale warto. Po drodze mijamy cmentarz. Na wzgórzu kościoły różnych wyznań. Dzień w przyjaźni z dobrą pogodą. Wracamy do portu, wypijamy piwo z Marudą w Tawernie. Kolacja na jachcie. Idziemy spać, jakoś tak wcześnie. Załoga jakaś kapryśna.


DZIEŃ CZWARTY i DZIEŃ PIĄTY

Dopływamy do Ajaccio. To najważniejszy port i zarazem miasto nie tylko na zachodnim wybrzeżu Korsyki, ale na całej wyspie. Miejsce urodzenia Napoleona Bonaparte – Korsykanina, a nie Francuza jak mówią miejscowi. Stolica Korsyki, liczy około 150 tys. mieszkańców. Aktualnie siedziba Legii Cudzoziemskiej. Ładnie położona wciśnięta w ląd marina i port promowy. Plaże rozpościerające się wzdłuż lądu okalają ładne miasto. Wciśnięte w ląd, tak jakby dmuchnąć ze złożonymi w okrąg wargami na piasek i zrobi się miejsce. Typowy śródziemnomorski klimat wakacyjnego lenistwa, kawiarni restauracji i nocnego życia. Gwar ucicha dopiero wraz z nastającym świtem. Budzimy się i udajemy do „Hertza" wypożyczyć auta. Udajemy się dwoma samochodami do Corte – dawnej stolicy Korsyki. Dzisiaj jest to centrum separatyzmu korsykańskiego. Napisy na drogach, znakach, sklepach pojawiają się w dwóch językach korsykańskim i francuskim. Wszędzie widoczne są inicjały partii FLNC-Front de Liberation Nationale de Corse. To partia, która nie przebierając w środkach walczy o odzyskanie przez wyspę niepodległości. Corte jest siedzibą uniwersytetu. Zwiedzamy miasto. Udajemy się na wzgórze, z którego rozpościerają się przepiękne widoki. Całe miasto jak na dłoni. Chwila wytchnienia. Siadamy w restauracji. Zimne piwo leniwie rozlewa się po trzewiach. Penetrujące natrętnie słońce i wysoka temperatura zmuszają do powtórzenia zamówienia. Ruszamy w kierunku doliny Restonica. Jest to jeden z trudniejszych torów trakingowych w Europie. Jazda jest niesamowita. Aby dotrzeć do miejsca, z którego można udać się pieszo w góry /parking/ trzeba pokonać kilkukilometrowy odcinek górskiej drogi. Fałszywy ruch i lekki zjazd samochodu z wąskiej drogi na pobocze może skończyć się tragicznie. Wraki spalonych samochodów nakazują powolną jazdę. Jedziemy max. 10 km na godzinę. Piotr, który mnie pilotuje, rezerwę asfaltu pod kołami określił w centymetrach – przeważnie było to od 5-7 cm. Wreszcie docieramy do parkingu. Spocony wysiadam z Renault Kangoo, czuć delikatne podmuchy wiatru. Zostawiamy samochód /druga grupa wycofała się i pojechała do Ajaccio inną drogą/ na parkingu i udajemy się w góry. Pokonujemy wysokość około 500 metrów. Docieramy do jeziora Lac de Melu na wysokości 1711 m o powierzchni 6,2 ha. Klimat jak nad Morskim Okiem w Tatrach.  Krótki odpoczynek i w drogę powrotną. Tradycyjnie na powrót tracimy więcej czasu, ale klimat górskiej chaty korsykańskiego górala okrasza nam ten trud. Piwo Pitra z góralem i dalej w drogę. Docieramy do parkingu i jazda powrotna. Robi się późno. Trzeba się spieszyć, aby dotrzeć przed północą do Ajaccio. Głód jednak daje znać o sobie i zatrzymujemy się po drodze w górskiej wiosce na posiłek. Zamówienie posiłku to pierwsza przeszkoda. Korsykanie na prowincji nie posługują się innym językiem jak korsykański, który jest mieszaniną francuskiego i włoskiego. Na migi zamówione potrawy były niczego sobie. Baranina rewelacyjna, dodatki warzywne, wędlina, na deser tiramissu, wino. Przedzieramy się przez pasmo gór. Wysokość około 2.000 m, mgła i temperatura bliska zeru. Wreszcie Ajaccio. Ciepło bije od morza. Piwo, kawa w knajpce i twardy sen przychodzi po pełnym wrażeń i jednym z ciekawszych, najfajniejszych dni na tym rejsie.

DZIEŃ SZÓSTY 

Od pirsu w Ajaccio odbijamy po śniadaniu o godzinie 9.30, jak zanotowano w dzienniku pokładowym. Postój na kotwicowisku Golfe de Murtoli od 15.30. Wspaniała ta zatoczka. Golfe de Murtoli. Nasz jacht stoi na wodzie blisko brzegu, jakieś z 50 – 70 metrów. Woda tak czysta, że widać dno. Nieopodal w drugim końcu zatoczki pięknie ustawione jachty bez kabin. Maszty lśnią w słońcu, łodzie z lekka bujają się na wodzie, bujanie staje się bezwładne, gdy przepływają szybkie stateczki z turystami. Ryby i inne stworzenia pławią się w przeraźliwie słonej i nasłonecznionej wodzie. Rycerz łowi skutecznie ryby. Kilka morskich okoni zasila zupę na obiad. Kąpiel w zatoce, odpoczynek na skałkach. Schłodzone wino potęguje przyjemne doznania. Ser podaje Staff w osobie Mirka. Pływając trzeba uważać, ponieważ są jeżowce. Nadepnięcie grozi poważnymi konsekwencjami. Do zatoki docierają stateczki z turystami z pobliskiego Boniffacio. Czujemy się jak małpy na wybiegu. Turyści machają do nas, robią nam zdjęcia. Raj na ziemi? Może? Ale my szukamy dalej, więc błogie lenistwo musi dobiec końca.

DZIEŃ SIÓDMY
Morze spokojnie śpi, pogoda coraz lepsza – świeci słońce. O 8.30 odpływamy z kotwicowiska. Morska bryza się pojawia, a lekki wiaterek jest jej przyjemnym dopełnieniem. Szkoda tylko, że nie można rozwinąć żagli. Po drodze do Bonifacio udaje się nam dotrzeć do groty Grotte Sdragonato. Z jachtu spuszczamy ponton i na raty wpływamy do środka groty. Stalaktyty, glony i inne naturalne wykwity oraz wiszące ptasie stwory stwarzają niesamowity nastrój. W grocie panuje chłód. Potęga przyrody urzeka. I ten strop groty, co układa się fantastycznie przypomina kształt wyspy i jednocześnie twarz Napoleona. Przepływamy kilka mil i wpływamy do wąskiej a długiej zatoki, która ukazuje pionowe skały ciągnące się do Bonifacio. Są naturalną ochroną tego urokliwego portu, bodajże najpiękniejszego na Korsyce. Dajemy sobie czas i leniwie na minimalnych obrotach silnika płyniemy szlakiem. Przy pirsie stajemy punktualnie o 16.00. Koło nas zatrzymuje się jacht z brytyjską banderą. Z pokładu dobiegają  znajome dźwięki polskich szant. Okazuje się, że kapitan Jacek jest Polakiem, na dodatek wspólnikiem nieudanego przedsięwzięcia morskiego naszego kapitana i Marudy, którego poszukiwali kilka miesięcy. Pożytku z tego spotkania jednak nie mieli, gdyż Jacek zmorzony trudami płynięcia z Balearów /Majorka, Minorka, Ibiza/ oraz sporą ilością alkoholu najpierw głośno śpiewał, później donośnym głosem sam sobie wydawał komendy, aż w końcu zaległ na koi. Rano, gdy wstaliśmy kapitan tego wesołego jachtu, był już daleko w morzu.


DZIEŃ ÓSMY
Bonifacio – piękne miejsce na Ziemi. Widziałem wiele fajnych miejsc, ale to akurat jaja urywa, jak pisał jeden z moich przyjaciół. Położone w cieśninie Bonifacio najbardziej wysunięte na południe miasteczko Francji, w którym mieszka około 3 tys. mieszkańców, oddalone od wybrzeży Sardyni około 12 km. Widok z górnego Bonifacio – miasto składa się dwóch części, druga część to dolne Bonifacio – przepyszny, ekscytujący, zaryzykowałbym stwierdzenie, że ma w sobie smak egzotycznych owoców i kawy w nocy, z rana piwa, a wieczorem whisky. Późną porą w tawernach króluje zapach ryb i owoców morza. Astronomia też tu króluje w zakresie cen. Całe szczęście, że na pirsie ulokował się popularny market SPAR, w którym za dnia można nabyć artykuły kosztowo w strefie stanów niskich.  Któż z turystów doceni kulinarny kunszt miejscowych, skoro we krwi buszują takie nanoatomy z procentami, no i karty kredytowe nie mają duszy, nie płaczą...
Bonifacio w części górnej – w której żyją tubylcy – posiada fortecę obronną z czasów napoleońskich. Kręte uliczki, małe sklepiki, kamieniczki przestraszone, wtulone w siebie jakby bały się surowości morza. Tylko przed kościołem trochę więcej miejsca. Poranna kawa w kafejce na urwisku, zakup płyt z muzyką korsykańską  Chants et Polyphonies de Corse, Guitarrama.
Podczas słuchania tych płyt, które są też podkładem do nakręconego filmu z rejsu, zawsze czuję ciepłotę słońca, zapach morskiego powietrza, krew krąży szybciej. Uff, warto mieć taki fetysz, jako pamiątkę z wyprawy. Z Bonifacio odpływamy w południe. Wypływamy na morze  i zmieniamy banderę na włoską. Z daleka widoczna Sardynia. W La Maddalena cumujemy po 17–tej. Posiłek na jachcie.


DZIEŃ DZIEWIĄTY

Poranny spacer po La Maddalena zdecydowanie lepiej pamiętam niż wieczorne ekscesy. Miłe spokojne miasteczko. Życie płynie leniwie. Atmosfera zdecydowanie bardziej przyjazna niż na Korsyce. Tubylcy mili i uprzejmi, pytają skąd jesteśmy… aaa… Pollaco i od razu potokiem kilka słów, Giovanni Paolo Secondo, Waleza, Boniek. Klepanie po plecach i po chwili już prawie wszyscy są jak przyjaciele. Jedyna rzecz, która mnie zszokowała, to ceny ryb. Poza mureną w cenie 12 euro/kg wszystkie inne kosztowały ponad 20 euro/kg. A wokół woda. Podatki i ograniczenia unijne - pomyślałem. Czy mam rację, będzie tak u nas? Szkoda, gdyby w Łebie za dorsze trzeba było płacić TAAAAKĄ KASĘ. Chodzenie po tym portowym miasteczku upływa nam na zaglądaniu do sklepów, gdzie właściciele, sprzedawcy bardziej zajęci są ekspresyjnymi rozmowami ze znajomymi niż klientami. Dopiero zdecydowanie wyartykułowana chęć zakupu towaru wzbudza, mimo wszystko ich ograniczone zainteresowanie. Oni tak mają. Faktycznie, może wydawać się to dziwne. Jednak wzbudzają sympatię. Po południu wypływamy do ostatniego dla nas portu na południu Sardynii – Porto Cervo.

DZIEŃ DZIESIĄTY
Porto Cervo to bodaj jedno z najbardziej ekskluzywnych miejsc na Morzu Śródziemnym.

Pozostała część rejsu odbyła się wschodnim wybrzeżem Korsyki. W sumie – poza portem Bastią –  można powiedzieć, że się odbyła. Bez rewelacji w stylu zachodniej Korsyki.



P.S.1
Rejs miał miejsce w okresie od 23 września 2006 do 7 października 2006 na jachcie s/y SPIRIT OF DREAM TIME II o długości 13,99 m. Razem godzin pływania 143, w tym na żaglach 105, na silniku 38. Godzin postoju 183. Przebyto 365 Mm. Odwiedzane porty Macinaggio, Calvi, Cargese Ajaccio, Bonifacio, La Magdalena, Porto Cervo, Solenzara, Port De Tawerna, Bastia. Port zaokrętowania i wyokrętowania Elba-Portoferraio. Kapitan jachtu – Janusz Kowal.

P.S.2
„Ten dzień jest dla mnie ważną datą osobistą, ponieważ wówczas „zgubiłem" nałóg palenia. Trwam w tym postanowieniu długie lata, póki co udaje się." – cytat z tekstu jest nadal aktualny na dzień 15 lipca 2011 i to jest niezbywalne osiągnięcie tej wyprawy.


 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież