Marek Jastrząb - Quasimodo (2)

Nagle roześmiał się i stwierdził, że dotarło do niego, iż jestem dłużej chory, niż zdrowy, a więc w pewnym sensie znajduję się w stanie naturalnym. Zdrowy nie był niepełnosprawnym, więc i o ludziach zmniejszonych szans pojęcie ma nikłe. I odwrotnie, chory od urodzenia nie ma żadnych odniesień do sytuacji człowieka zdrowego. Jak ludzi idących do pracy, zdrowych i zagonionych walką o byt, nie jestem w stanie zrozumieć, tak i ludzi chorych bardziej ode mnie, też. Bo kto wie, czy umiałbym być zdrowym po tylu latach? Od nowa przystosowywać się do życia bez przeszkód? Do świadomości, że mogę wykonać to, czego nie potrafiłem przez lata? Iść ulicą nie bojąc się upadku? Stanąć w szczerym polu nie szukając oparcia? Powtórnie wykształcić w sobie zapomniane zachowania i prawidłowe nawyki? Przewalczyć rutynę, obawy i przyzwyczajenia? Po chwili ciszy, dodał, że już wie, co ma zrobić dalej: poukładał sobie w głowie, na początek nic głupiego, same projekty.



Zacznie od zerwania z dotychczasową pracą, bo chce zmienić swoja egzystencję. Być jak ja, tyle że bez bonusów w postaci mojego chorowania. Chciałby też poznać Historię, krainę bezkresu dziejów, otwartą dla mnie, a dla niego wciąż hermetyczną, poruszać się po niej swobodnie, bez krępującego uczucia intruza gmerającego w cudzej szafie, turysty zagubionego w nieznanej topografii.

Ma również ochotę na zdobycie umiejętności pisania. Z pewnym żalem stwierdza, że jest ona ciągle poza jego zasięgiem, bo im bardziej stara się posiąść jej tajniki, tym częściej popada w zwątpienie. Ale kusi go perspektywa poznawania nowych obszarów. Urzeka kunszt pisania zdrowych przesłań i oryginalnych treści, niebanalnie czystych, bo wydezynfekowanych ze sloganu, okradzionych z westchnień za niegdysiejszymi śniegami, tworzenie przesycone niesztampowymi ocenami rzeczywistości. Rzeczywistość, to dla niego zwierciadło wtopione w te same ulotne rozczarowania, przeżycia i złudzenia, a jednak przez każdego autora dostrzegane inaczej i nowocześniej.

Jego zdaniem twórczość nie może być piórkiem ułatwiającym puszczanie pawia; ma budzić z duchowej hibernacji, zagonić do współdziałania z ludźmi, którzy nie ograniczają się do mnożenia oglądanych nieszczęść, ale zachęcają człowieka do osiągania doskonałości, wzbogacania i uszlachetniania, nie zaś do popełnienia samobójstwa na zgliszczach świata. Niestety, o językowej wrażliwości wypowiadają się ludzie, którzy zaledwie otarli się o indywidualnego twórcę; ich namaszczona i niepodważalna wiedza o stanie duszy człowieka tworzącego, jest tak samo głęboka i przenikliwa, jak turysty o kraju znanym z krótkiego postoju na lotnisku.

*
Następnego dnia przyjechała mama mojego taty i w całym domu zapanował bajzel. Od progu wyskoczyła z pretensjami: to skandal i w ogóle jak można było doprowadzić do tego, że Tadeusz pęta się po dworcach i piwnicach, głodny, brudny itp. Krzyczała, że przecież jeszcze parę miesięcy temu miał gdzie mieszkać, a teraz – kto wie, czy regularnie się odżywia. I gdzie śpi, bo u niej jest za ciasno i jak przez przypadek przyszedł do niej, to mu z punktu powiedziała, że nie ma co liczyć na jakiś kąt, ostatecznie od czego ma własną rodzinę. I nawet mu radziła, że musi pogadać, może przeprosić, ale nic z tego, bo kochany Tadzio już od małego był uparciuszek. A gdy się wywrzeszczała, Mama zrobiła herbatę i usiadły do koncyliacyjnej gadki.

Teściowa opowiedziała, co i jak. Z moim starym nie utrzymuje kontaktu od lat, więc nie miała pojęcia, że odszedł. A tym bardziej, że łazi po obcych i prosi o coś do żarcia. Toteż gdy zabrzmiał dzwonek do drzwi, nie spodziewała się syna–domokrążcy. On też. Chyba poczuł się głupio, no ale matka, to matka, a syn, to syn; jest jakaś więź i nie zawsze było źle.

Krótko mówiąc, chciał wrócić, a szopka z jego heroldowatą mamusią miała zrekompensować nam brak skruchy brudnego Tadzia. Sam, biedaczek, nie pofatygował się z fajką pokoju. Wisiał mu ten problem i wolał być bezdomnym fanfaronem, niż męczyć się z nami. Przypuszczam, że teraz był szczęśliwszy i gdyby nie spotkanie typu ślip w ślip z barakudą, nigdy by nie wpadł na pomysł z usprawiedliwianiem swojej absencji. 

Z początku ogarnął mnie lęk, że Mama pozwoli się udobruchać, ale teściowa popełniła błąd, bo napomknęła o oddaniu mnie do domu opieki. To zaowocowało natychmiastowym wypieprzeniem jej z mieszkania i życzeniami dobrego spadania ze schodów. A kiedy zniknęła, Mama przytuliła mnie i zaczęła płakać. I tak sobie siedzieliśmy, w ciszy i milczeniu, aż przyniosło Wiktora.

Jak go ujrzałem z plecakiem, doszło do mnie, że powziął decyzję; miał rozwiane włosy, błysk w oku, jakby swoim wyglądem chciał oznajmić, że się wyprowadza. Wątpi, czy kiedyś tu wróci, jednak nie ma innego wyjścia, tylko zmienić klimat. Odkrył w sobie naturę włóczykija. Z pracy zrezygnował. Zanadto go absorbowała. Podejmie w innym mieście, lecz nie będzie to nic poważnego, może na wolnym powietrzu, strzyżenie trawników, malowanie ławek, zoo czy cokolwiek dorywczego. W takim razie czas się żegnać i jako wykwalifikowany powsinoga dziękuje nam za wszystko, a zwłaszcza za to, że nie pytaliśmy o rodzinę. 





 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież