Agata Lewandowska - Wobec zła. Polifonia postaw w III części Dziadów Adama Mickiewicza (2)

Drugim rodzajem doświadczanego przez bohaterów Dziadów zwątpienia jest zwątpienie w sens dalszej walki. Stawianie oporu wydaje się być bezcelowe, ponieważ nikt nie ma szans w pojedynku z obłudnymi mechanizmami wszechobecnej władzy. Wszyscy osadzeni w więzieniu skazańcy wiedzą, że niczym nie zawinili. Starają się więc żyć złudzeniami i wierzyć w to, że nikt nie ma prawa skazać ich bez wcześniejszego udowodnienia winy. Jednak urzędnikom do pojmania i zniszczenia człowieka nie jest potrzebne żadne rzeczywiste przewinienie, wystarczy „ślad dowodu, cień śladu, choćby cieniów cienie". Osobą mającą pełną świadomość sposobu działania carskiego aparatu policyjnego, oraz dostrzegającą mistyfikacje stosowane przez władze, jest Tomasz.

Do usiłującego pocieszyć współwięźniów Żegoty, twierdzącego, że „jużci, przecież bez winy w Sybir nas nie wyślą", że „my się uniewinnim", zwraca się tymi słowy:   
Nikomu nie powiedzą, za co oskarżony,
Ten, co nas skarży, naszej ma słuchać obrony;
On gwałtem chce nas karać – nie unikniem kary.
Bohaterowie Dziadów trwają w rzeczywistości, w której nikt tak naprawdę nie może mieć pewności, że następnego dnia nie zostaną mu przedstawione fałszywe zarzuty i nie zapadnie nań wyrok. Jak pisze Alina Witkowska:
permanentne łamanie prawa może uczynić z każdego niemal Polaka ofiarę prześladowań,     ponieważ u podstaw tkwi (…) proces wytoczony narodowości polskiej.
Każdy przedstawiciel młodzieży wileńskiej, grupy, w której polski patriotyzm ujawniał się najsilniej, był potencjalnym zagrożeniem dla caratu. Aby więc uzyskać gwarancję, że rządy totalitarne zachowają swoją niezachwianą pozycję, dokładano wszelkich starań, aby wygubić całe młode pokolenie. Ów pokolenie jest to bowiem „młodzież dojrzała ideowo, przeniknięta emocjami antycarskimi i duchowo zbuntowana".  To środowisko, w którym pojawiać się zaczyna pragnienie zemsty.
Żądza zemsty jest kolejną, bardzo silnie zaznaczoną w dramacie, postawą wobec zła. Jej głównym reprezentantem jest „ponury poeta Konrad", który na opowiadanie Sobolewskiego reaguje zdecydowanie najsilniej i najgwałtowniej spośród wszystkich więźniów – swoją pieśnią o Pieśni, szaleństwem zemsty. Pieśń ta jest dzika, nieokiełznana,   to prawdziwy wybuch szału, którego zadaniem jest zaszczepianie szaleństwa w innych. Jak pisze Maria Janion:
Gdy wsłuchamy się w ten przerażający śpiew, usłyszymy w nim takie utożsamienia: Ja-Pieśń, Ja-    Wampir, Ja-Konrad. Konrad identyfikując się z Pieśnią, staje się wampirem i przyjmuje na siebie to     brzemię. 
Upersonifikowana Pieśń Konrada jawi nam się jako upiór. Nie jest to jednak „łagodny literacki upiór miłosnego samobójcy, to pierwotny, groźny, krwiożerczy wampir patriotycznej zemsty".  Poczuwszy woń krwi, powstaje z grobu pałając żądają zemsty – „z Bogiem i choćby mimo Boga". Wyrusza więc w drogę, aby zapuszczając kły w dusze braci rodaków, również uczynić ich wampirami. Chce zasiać w towarzyszach ziarno szaleństwa, sięgając po oręż zła, zło unicestwić.
Potem pójdziem, krew wroga wypijem,
Ciało jego rozrąbiem toporem:
Ręce, nogi gwoździami przybijem,
By nie powstał i nie był upiorem.
Odebranie wrogowi życia nie jest jednak według Konrada karą wystarczająco surową. Pragnie on unicestwić nieprzyjaciela do cna, z jego duszy, zawleczonej do samego piekła, wydusić chce nieśmiertelność, gryźć, dopóki ta będzie czuła. Jak zauważa Maria Janion:
pieśń Konrada – czarownika, proroka, szamana, wampira – tchnie obcością pierwotną, wampiryczną.     Nie da się jej ani oswoić, ani złagodzić, ani podrobić: to nie jest ogólnie uprawiana przez romantyków     literacka stylizacja „na folklor". 
To pieśń pełna okrucieństwa, budząca we współwięźniach strach, określana przez nich jako „pogańska", czy nawet „szatańska". Zemsta Konrada jest bezkompromisowa, nie dopuszcza litości, chęć odwetu jest tak wielka, że stoi poza chrześcijańską moralnością. Opuszczony przez wszystkich pozostaje w celi sam. Na poły nieprzytomny rozpoczyna Wielką Improwizację.
Swoją pieśń śpiewa w samotności, śpiewa ją „w sobie" i „samemu sobie". Nie chce trudzić dla ludzi „głosu i języka", ponieważ nikt inny nie mógłby w pełni jej zrozumieć ani docenić jej wielkości. Audytorium godnym jej wysłuchania są jedynie najdoskonalsze z istot - Bóg oraz sam poeta. Świadomy własnej potęgi, wzbija się ponad ludzkość. Jest romantycznym indywidualistą stawiającym się w centrum wszechświata, mającym zdolność władania siłami kosmicznymi:
Ja mistrz wyciągam dłonie!
Wyciągam aż w niebiosa i kładę me dłonie
Na gwiazdach jak na szklannych harmoniki kręgach.
To nagłym, to wolnym ruchem,
Kręcę gwiazdy moim duchem.
Konrad występuje w roli kreatora śpiewającego swoją „pieśń-tworzenie". To właśnie on ustanawia kosmiczny porządek i kieruje procesami zachodzącymi w przyrodzie, stwarza swoją pieśń tak, jak Bóg stworzył wszechświat. Szczyt pychy osiąga w momencie, w którym sytuuje siebie na równi z Bogiem, stwierdzając, iż tak samo jak on czuje i tworzy nieśmiertelność. W sposobie zwracania się Konrada do Stwórcy nie ma należnego szacunku, nie ma tutaj dystansu pomiędzy człowiekiem a bóstwem. Traktuje on Boga, jak równego sobie partnera do dyskusji. Jako natchniony poeta, „najwyższy z czujących na ziemskim padole" w niczym Mu nie ustępuje.
Pierwsza część Wielkiej Improwizacji jest ekstatycznym uniesieniem, zachwytem   nad własną mocą i możliwościami, lotem poety-geniusza wysoko ponad innymi śmiertelnymi. Ale już w dalszej części monologu obok Konrada-poety, Konrada-wieszcza, Konrada-kreatora pojawia się sylwetka Konrada-buntownika, i to sprzeciwiającego się nie tylko zastanej rzeczywistości, ale także – a może przede wszystkim – Bogu. To właśnie bunt       jest kolejnym typem reakcji na zło.
Konrad świadomy jest tego, że nadszedł moment konfrontacji z Bogiem, „chwila Samsona", w której pozna „czy najwyższy, czyli tylko dumny". Demonstruje Stwórcy swoją siłę, rozpinając skrzydła od wschodu do zachodu, uderzając „lewym o przeszłość, a prawym  o przyszłość". Kolejny raz porównuje się z Bogiem twierdząc, że cudowna moc, którą posiada nie została mu przez nikogo nadana, że twórcą się urodził:
Stamtąd przyszły siły moje,
Skąd do Ciebie przyszły Twoje,
Boś i Ty po nie nie chodził:
Masz, nie boisz się stracić; i ja się nie boję.
Tak samo jak Bóg, ma Konrad również „potężne oko", dzięki któremu może władać siłami przyrody, w sposób nadprzyrodzony oddziaływać na naturę. Jednak ta władza,       którą ma „nad przyrodzeniem" nie wystarcza mu, pragnie „rządu dusz", absolutnej, despotycznej władzy nad ludzkością. Rządy, które uważa za tyrańskie, chce więc zastąpić innymi - równie tyrańskimi. Pragnie dla siebie wolności, autonomii moralnej, ale równocześnie innych ludzi chce jej pozbawić. Przyjmuje postawę tytaniczną. Jak pisze Wiktor Weintraub:
monolog Konrada to tytanizm w jego postaci skrajnej, z którego wyciągnięto ostateczne konsekwencje.     Jeśli romantyczny tytanizm to swego rodzaju projekcja w świat wierzeń religijnych żądania pod     adresem Absolutnego Władcy, aby oktrojował konstytucję, to tu mamy casus specjalny: ten     reprezentant ludzkości domaga się przekazania jemu władzy. Będzie rządził równie absolutnie jak Bóg, ale z lepszymi skutkami. 
Czy wobec tego istnieją dla Konrada jakieś okoliczności łagodzące? W dużej mierze usprawiedliwia poetę to, że pragnie on władzy ze szlachetnych pobudek – miłości udręczonego narodu. Zdaniem Bogusława Doparta:
do okrucieństwa przywodzi go nie upodobanie do zła, lecz obolała wrażliwość, radykalne     sumienie, przede wszystkim zaś wola czynnego przeciwstawiania się zniewoleniu, cierpieniu     zbiorowemu, krzywdzie jednostki.
Konrad „kocha wiele, kocha wielu", nie rozumie cierpień rodaków i chce im ulżyć w niedoli, chce „zanucić pieśń szczęśliwą". Utożsamia się z udręczoną ojczyzną:
Teraz duszą jam w moję ojczyznę wcielony;
Ciałem połknąłem jej duszę,
Ja i ojczyzna to jedno.
Nazywam się Milijon – bo za miliony
Kocham i cierpię katusze.
Konrad rozpaczliwie domaga się jakiejś odpowiedzi na swoje apele. Jego prometejski bunt podsycany dodatkowo przez milczenie Boga popycha go aż do bluźnierstwa. Z początku chciał ze Stwórcą jedynie porozmawiać, później zaczął się do Niego przyrównywać aż w końcu doszedł do przekonania, że jest od Niego lepszy, ponieważ przewyższa Go o zdolność czucia. Zarzuca Bogu obojętność na losy ludzkości, nieczułość, brak troski o stworzony przezeń świat. Podważa miłosierdzie Boga wykrzykując, iż jest nie miłością, a „tylko mądrością". Konrad staje się coraz bardziej zapamiętały w gniewie, jego żądania coraz bardziej zuchwałe, ton coraz bardziej wrogi, bluźnierstwa coraz cięższe. Żąda całkowitego przekazania mu władzy - „jeżeli nie dla serca, to chociaż dla rozumu". Rozwścieczony nieustannym milczeniem Boga, podjudzany przez złe duchy, wyzywa Go na pojedynek. Grozi, że wyda Stwórcy „krwawszą bitwę niźli szatan", ten bowiem wyzywał jedynie „na rozumy", Konrad natomiast wyzwie „na serca". Rozpęta wojnę, podczas której wystrzeli ogniem swojego gorącego uczucia, niczym pociskiem, który wymierzony zostanie „przeciw boskiej naturze". Pociskiem tym miałby być głos, który wstrząsnąłby „całym państw Jego obszarem", wiadomość, która „z pokoleń poszłaby w pokolenia" – porównanie Boga do cara świata. Ostatecznie jednak Konrad nie wypowiada tych słów – robi to za niego szatan,     który „wpełznął w jego usta". Sam poeta pada zemdlony.
Nie jest jednak Konrad jedyną osobą dramatu, która wobec zła przyjmuje postawę bluźnierczą. Inną postacią znieważającą sacrum, chociaż w sposób wyraźnie różniący się od prometejskiego buntu Konrada, jest Jankowski.
Jego odpowiedzią na okrucieństwo historii i rzekomą niesprawiedliwość Bożych decyzji jest krótka, bluźniercza piosenka o ironicznym refrenie „Jezus Maryja". Jankowski żąda od Boga szybkich zmian na lepsze, upadku caratu i jednoznacznego, widocznego potępienia bezbożników, jako świadectwa istnienia i wstawiennictwa Chrystusa oraz Matki Boskiej. Stawia Bogu warunki:
Póki Nowosilcow pija,
Jezus Maryja,
Nie uwierzę, że nam sprzyja,
Jezus Maryja.
Swoją piosenką chce jednak przede wszystkim sprowokować współwięźniów do jakiejś reakcji i udaje mu się swój cel osiągnąć. Jego bluźnierstwa wywołały żywy sprzeciw Kaprala – gorliwego obrońcy Maryi, człowieka bardzo mocnej wiary – oraz, co zaskakujące – Konrada. Co prawda ten przyznaje, że „dawno nie wie, gdzie jego podziała się wiara", nie mniej jednak, „nie dozwoli bluźnić imienia Maryi".
Pomimo tak wielu głosów zrezygnowania, zwątpienia, buntu i chęci poddania się, są jednak w Dziadach postaci przekonane o konieczności walki. Wszechobecne zło podsyca w nich chęć do działania, szczerze wierzą w celowość wystąpienia przeciw tyranii. Jedną z tych osób jest filomata Feliks Kółakowski. Wielokrotnie nakłaniany przez swoich towarzyszy do śpiewu, w końcu przychyla się do ich próśb. Piosenka, którą decyduje się wykonać jest przewrotna i szydercza. Z pozoru wydaje się traktować o wiernym i posłusznym wykonywaniu poleceń cara:
Nie dbam, jaka spadnie kara,
Mina, Sybir, czy kajdany.
Zawsze ja wierny poddany
Pracować będę dla cara.
W rzeczywistości jednak opowiada o powolnym, konsekwentnym działaniu, mającym doprowadzić do jego upadku. Wszystkie czynności, które więzień przysięga posłusznie wykonywać, wszelkie obowiązki, które zobowiązuje się rzetelnie wypełniać, mają bowiem  na celu zgładzenie despoty. Feliks, w odróżnieniu od Jankowskiego, nie oczekuje natychmiastowych efektów. Jego plany sięgają daleko w przyszłość. Wierzy, że jedynym sposobem na zgładzenie tyranii jest stopniowe działanie na jej niekorzyść. Jest przekonany, że wytrwałość w dążeniu do celu i niezmącona niczym wola walki są gwarantami sukcesu.
Zdecydowanie mniej cierpliwy w swoich zamiarach antycarskich i bardziej gwałtowny w swym pragnieniu odwetu jest Justyn Pol. Podczas balu u Senatora, pałając żądzą zemsty, filareta planuje zamach na Nowosilcowa. Ten jednak powstrzymuje go przed nierozsądnym czynem tłumacząc, że morderstwo dodatkowo pogorszyłoby sytuację polskiej młodzieży, przyniosłoby jedynie eskalację represji. Jako że Senator jest tylko jednym z wielu zauszników cara, jego śmierć niczego by nie zmieniła, „uczniowie" zostaliby natomiast okrzyknięci „jakubinami", uniwersytety zniesione, prześladowania wzmożone. Rozszalałego w gniewie Pola uspokaja Ksiądz Piotr zapewniając, że pomsty na okrutniku dokona sam Bóg. Ostatnią, lecz z całą pewnością  nie najmniej ważną, postawą wobec zła jest właśnie zawierzenie Bogu.
Jedną z postaci mogących posłużyć tutaj za przykład jest Kapral. Ten Polak z pochodzenia, którego „car oszpecił mundurem szelmowskim", siłą zmuszony został do służby na rzecz władz rosyjskich. Więźniowie bazyliańskiej celi cenią go, jako osobę chętną do pomocy ciemiężonym rodakom. Kapral określony zostaje też mianem „dobrego katolika" i rzeczywiście – jest to człowiek prostej i mocnej wiary, szczerze oddany Bogu. To właśnie on wzywa swego „kmotra" – Księdza Piotra – do zemdlonego w konsekwencji swojego szaleńczego monologu Konrada.
Do kmotrów ks. Piotra możemy mieć zaufanie, że posiadają właściwe rozeznanie w kwestiach     moralnych. Kaprala charakteryzuje nie tylko nieomylny zmysł moralny, ale i coś więcej. Wyróżnia go     dar wyczuwania czy widzenia sił nadprzyrodzonych. Właśnie jako człowieka prostej i mocnej wiary. 
Kapral nie zastanawia się nad sensem wiary, przyjmuje go jako oczywistość. Nie sili się na próby przeniknięcia Boskich decyzji – uznaje je za słuszne, jakiekolwiek by one nie były. Pomimo ogromu nieszczęść, które spadły na jego naród i na niego samego, wierzy w Boże miłosierdzie, świadomy tego, że każdy człowiek musi nosić swój „krzyż". Usłyszawszy bluźnierczą piosenkę Jankowskiego gorliwie broni honoru imienia Matki Boskiej. Wiara Kaprala jest wiarą czystą, dziecinną, wyemancypowaną z chłodnych intelektualnych kalkulacji i analiz. W Dziadach drezdeńskich taka właśnie wiara jest wychwalana, ukazana, jako ta właściwa, bo niczym nie skażona. To przed „biednymi, prostymi i małymi" odkryte zostają nierzadko tajemnice niedostępne „mędrcom i królom". Aniołowie, usprawiedliwiając Konrada przed Bogiem, używają argumentu, że „nie dla mądrości ludzkiej on badał, ani dla sławy". Gwarantem dobrego, zgodnego z wolą Bożą życia my być więc „pokorna, cicha cnota".
Inną postacią czerpiącą wewnętrzną siłę z wiary jest, wspomniany już wyżej, Ksiądz Piotr. Podobnie jak Konrad jest on profetą. Jego proroctwa są jednak pełniejsze niż te zsyłane na poetę-wieszcza, ponieważ rozświetla je głęboka wiara. Ponadto zakonnik swoje wizje przeżywa w stanie jawy, Konrad natomiast jedynie w transie czy półśnie. Podstawowa jednak różnica pomiędzy Konradem a Księdzem Piotrem leży w ich stosunku do Boga i sposobie odnoszenia się do Niego: podczas gdy poeta zwraca się do Stwórcy, jak do równego sobie, bernardyn „pod Boskim obliczem" nazywa siebie „prochem i niczem". Jest pełen skruchy, całkowicie świadomy swojej „małości". To właśnie dzięki pokorze zostają przed nim odsłonięte przyszłe losy Polski. Jemu tylko dane jest poznanie sensu cierpień narodu, zrozumienie, że musi przechodzić przez  „trud trudów", ponieważ cierpi za grzechy świata i na jego odkupienie.
Treść Widzenia Ks. Piotra ukazuje najważniejsze w dziejach bohatera jednostkowego i zbiorowego     wydarzenia, tj. ziszczenie się posłannictwa męża opatrznościowego i wskrzeszenie narodu; wskazuje     cel, ku któremu zdąża akcja poematu; a także objawia w profetycznych formułach główne prawdy     dzieła. 
W wizji tej Polska jawi mu się, jako naród wybrany, „lud ludów". Cierpienia zniewolonej ojczyzny, od rozbiorów, aż po klęskę powstania listopadowego, przedstawione są tu analogicznie do okresu męczeństwa, drogi krzyżowej i śmierci Syna Bożego. Francja-Piłat obojętna wobec Polski-Chrystusa pozwala wydać ją na śmierć. Oto „naród wolny, niepodległy" rozpięty zostaje na krzyżu o „długich na cala Europę ramionach", co więcej – na krzyżu, który został „z trzech wyschłych ludów, jak z trzech twardych drzew ukuty".
„Wyschłe ludy", państwa zaborcze: Rosja, Prusy i Austria, rozdzierają między sobą rachityczne ciało skazańca. Naród-męczennik wydaje ostatnie tchnienie, gdy „żołdak Moskal" przebija włócznią jego bok, gdy powstanie listopadowe zostaje stłumione. Umiera, by wkrótce zmartwychwstać dla zbawienia Polski i świata. „Chrystusowa rola" przypada jednak nie tylko narodowi, ale także bohaterowi jednostkowemu. 
Wizja umęczonego na krzyżu i wniebowziętego narodu obramowana jest dwoma ustępami,     wieszczącymi tajemniczego męża, „wskrzesiciela narodu". Zwroty charakteryzujące owego męża w     pierwszym ustępie powtarzają się w drugim. Nadaje im to godność formuł sakralnych. Taka     kompozycja Widzenia sprawia, ze ustęp o misji tego męża staje się jego kulminacyjnym akcentem.     Widzenie jest przede wszystkim proroctwem  na jego temat.
Wśród tłumu młodych Polaków wywożonych „na Północ" Ksiądz Piotr dostrzega    ów „męża" – jedyne dziecię, któremu udaje się uciec, uratować od „wydania w ręce Heroda". Ten „obrońca", którego „imię będzie czterdzieści i cztery" jest przyszłym wybawicielem, mającym poprowadzić naród do zwycięstwa i podnieść go z niewoli.
Niewinna ofiara złożona przez Polskę za wolność wszystkich narodów, oraz misja zbawcza, jaka została nań nałożona – wszystko to składa się na wybitnie mesjanistyczną wymowę widzenia Księdza Piotra, która daje się streścić równaniem: Polska – Chrystusem narodów. Na nieszczęście, do którego doszło, na tę zbrodnię z niczym nieporównywalną, jaką jest rozszarpanie do niedawna jeszcze niepodległego narodu na sztuki, nie ma odpowiednich słów w obrębie świata rzeczywistego. Trzeba więc sięgnąć do języka sfery metafizycznej, do metaforyki obszaru najbliższego najwyższemu sacrum.
Jakie jest więc zło? Tak przytłaczające, ze ludzie w jego obliczu uciekają się do buntu i bluźnierstwa, tak wszechogarniające, ze pomocy w walce z nim trzeba szukać u Stwórcy. Czy faktycznie jest aż tak silne, że sam Bóg nie może go zwalczyć? Czy może stanowi integralną część świata, bez której nie mógłby on prawidłowo funkcjonować? Zdecydowanie to drugie. Jak więc sobie ze złem radzić, skoro jest niezbywalnym elementem rzeczywistości? Jaką postawę wobec niego przyjąć? Czy stawiać mu opór w samotności, tak jak Konrad, czy raczej w pełni powierzyć swój los Bogu? Tajemnica sukcesu zdaje się tkwić w połączeniu tych dwóch postaw, ponieważ zgładzić zła nie może:
ani sam Bóg, ani człowiek z ograniczonym zasobem możliwości. Unicestwienie zła jest możliwe     dzięki przymierzu, opartym na praktyce imitatio Christi, miedzy człowiekiem a Odkupicielem, Panem Dziejów i Królem Wszechświata. 
Zło nie jest bowiem:
skandalem moralnym lub dowodem okrucieństwa Boga (…) lecz przejawem odwiecznych     zamysłów Boga, który kolejnymi aktami odkupień zbliża świat do porządku Boskiego.
Tak samo jak Chrystus, musi człowiek nosić swój krzyż na odkupienie grzechów. Żywoty przeciętnych ludzi-Chrystusów, cyklicznie odnawiany przez nich akt odkupienia zwalcza zło w człowieku i otaczającej go rzeczywistości.
Czy zatem istnienie zła w świecie ma jakieś pozytywne strony? Czy jego obecność może być pożyteczna? W końcu – czy „diabeł historii może być zbawiony"? Na pewno tak. Zło jest bowiem konieczną przeciwwagą dla dobra, przeciwwagą, która czyni to dobro dostrzegalnym. Istnienie tak wyraźnego kontrastu jasno określa, czego nie wolno, a co należy. Gdyby nie lęk przed otchłanią piekielną i wiecznym potępieniem, wizja zbawienia nie byłaby w końcu tak atrakcyjna. Gdyby nie świadomość grożącej kary, nikt nie dbałby o przestrzeganie przykazań. Zło jest więc istotnym czynnikiem mobilizującym, musi się ujawniać, aby obudzić uśpione dobro. W świecie, w którym istnieje Bóg nieodzowna jest też obecność szatana, którego działanie jest konieczne i podporządkowane nadrzędnej perspektywie, której nie przewiduje ani on sam, ani człowiek. Fragmenty Ewangelii zastosowane jako motto części III Dziadów, potwierdzają, że dobro ostatecznie zatriumfuje, kiedy zło doczesne się wypełni. Kiedy pomimo swojej ciągłej obecności zacznie być odbierane jako daremne i tymczasowe. Sama jego obecność nie przekreśla w żaden sposób Boskiego planu świata. Jest to bowiem świat, w którym człowiek istnieje niczym bohater moralitetowy, o którego duszę nieustannie walczą siły dobra i zła.

BIBLIOGRAFIA
Podmiotu:
1. Adam Mickiewicz, Dziady, posł. Z. Stefanowska, Warszawa 1980.

Przedmiotu:
1. Maria Dernałowicz, Adam Mickiewicz, Warszawa 1985.
2. Bogusław Dopart, Poemat profetyczny. O „Dziadach" drezdeńskich Adama Mickiewicza, Kraków 2002.
3. Maria Janion, Wobec zła, Chotomów 1989.
4. Maria Kalinowska, Dwie interpretacje „Dziadów" Mickiewicza – Czesława Miłosza i Jarosława Marka Rymkiewicza, [w:] Trzynaście arcydzieł romantycznych, red. E. Kiślak i M. Gumkowski, Warszawa 1996, s. 69-76.
5. Wiktor Weintraub, Poeta i prorok: rzecz o profetyzmie Mickiewicza, Warszawa 1998.
6. Alina Witkowska, Ryszard Przybylski, Romantyzm, Warszawa 2007.