Marina Dombrowska - W pogoni za Osiecką

Tomasz Owczarzak wraz z Piotrem Stareńczakiem gonili za Stachurą i Wojaczkiem[„W drodze do Wielkich – w drodze do Wielkości" [Akant 2010, nr.10 (88), s. 17–18.], Mnie przyszło dobić do peletonu biegnących i węszących za Agnieszką Osiecką.
„Gdybym mogła cofnąć czas" – mruczę czasem naiwnie, a tu proszę! Okazja się nadarza!
Zatem przesuwam czas teraźniejszy o kilka kroków w kierunku przeszłego, byś Czytelniku Drogi mógł spokojnie rekonstruować wydarzenia, bez zrywów i przechodzenia przez zarośla nie uporządkowania. 
Można powiedzieć, że wszystko zrodziło się ze znużenia i niechęci.

Niechęci i znużenia z perspektywy 3 godzinnej jazdy w nadanym kierunku: Miasto Stołeczne Warszawa. W wypełnionym po brzegi pociągiem, wespół z „innymi", w okolicznościach stwarzających możliwość zaistnienia dość bliskich, momentami intymnych układów między pasażerami – (szczególnie tymi na korytarzach) poprzez wtulanie się jednego w drugiego – głównie, gdy ktoś porwany nagłą potrzebą [wyprostowania kości chociażby] przebijał się na drugi koniec korytarza.
W takich okolicznościach, wydarte przeze mnie artykuły z gazety typu: „Wysokie Obcasy" i upchnięte do plecaka przed wyjściem z domu, okazały się być cudownym znieczulaczem na zastaną rzeczywistość. O, jaki dalekie nagle stały mi się przepychanki kolejnych wędrowców, ukrop czy godzinne narzekania kogoś, kto wciskał się w mój prawy bark kancikiem swojego plecaka.  
W opisywanym wyżej stosiku z artykułami, wywiadami i recenzjami trafił mi się: „Z widokiem na Twoje ucho". To nie tylko, recenzja książki „Listy na wyczerpanym papierze" [czyli korespondencja Agnieszki Osieckiej z Jeremim Przyborą] , ale więcej jeszcze! To jest podglądactwo tej książki. Łechtanie, pokazywanie obrazów, ale jednak lekko zamglonych, co jeszcze bardziej i bardziej i bardziej wierci dziurę w głowie, tężącą się nad topografią możliwości jak najszybszej możliwości zakupienia tej książeczki.
A wszystko to z winy tych zakąsek jakie, na talerzu tego artykułu podawano. Nie mam zamiaru i Was drodzy czytający oszczędzać. Sami skosztujcie tego, co i mnie w wypełnionym po dachy i okna i wszelkie inne tajemnicze miejsca pociągu ludźmi było dane: „To miała być zupełnie nieżyciowa historia, bukiecik bladych fiołków" – pisze Osiecka zaskoczona przywiązaniem, jakim obdarza Przyborę. Ostrzega go: „Pamiętaj, kogo bierzesz – kundla, włóczęgę", albo rozgoryczenie[ciągłą nieobecnością za sprawą nieustających wyjazdów A. Osieckiej] Przybory:" To pisanie do Ciebie przypomina dłubanie patykiem w nieskończoności. List będzie szedł tydzień, a odpowiedź dostanę za dwa tygodnie! W takich warunkach można sobie pisać eseje, ale nie listy!' Ale i Osiecka nie zostaje dłużna, wyrzuca z siebie niechęć wobec roli kobietki typu pani domu: Musiałam sama zamieść pokój (z dywanikami). Inna rzecz, że trochę wmiotłam pod szafę. Ale zobaczysz, jak się rozwinę! Zrobię Ci sweterek na drutach i wyhaftuję ręcznik z napisem „Komu Pan Bóg daje, ten rano wstaje"(...) tłumacząc Jestem czasem dla Ciebie nieczuła, ale ja i dla siebie jestem nieczuła. Nie zrobię Ci śniadania, ale wiesz – ja i sobie nie zrobię śniadania!
Drodzy Państwo, proszę się jednak nie zajadać, wszak to tylko przekąski. Pełne [wy]danie serwuje jak sądzę większość księgarni, posiłek z Osieckiej i Przybory nie należy może do najtańszych, ale przecież nie codziennie jada się takie wyrafinowane dania. Tak oto minęła 3– godzinna podróż, a wyostrzone kubki smakowe, kolejnego dnia zaprowadziły mnie do restauracji, w której można było nabyć to danie.
O książce nie wspomnę już [siłą się powstrzymam, a nie powiem!!], ani słowa, byście Państwo zostali z jej zapachem sam na sam, a jaka w Was silna wola, by się temu oprzeć sami się przekonacie.
Zatem, przeszłość daleka – już opisana, teraz troszkę mniej odległa, mianowicie moje wczoraj [09.05.2001], a Wasze, może bardzo dalekie [kiedy akurat wpadnie wam to do rąk].
Warto dodać, że to różni moją pogoń od poprzednio goniących autorów: Owczarzaka i Stareńczaka, że mnie przypada gonienie mniej „do", a bardziej „wewnątrz" miasta Warszawy, bo tu tym–czasem mam okazję przebywać.
Tak więc słoneczność niedzieli wzmogła chęć, gotowość i pragnienie natychmiastowości w odszukaniu trzech miejsc: 1 – pomnik Agnieszki Osieckiej znajdujący się na Saskiej Kępie przy skrzyżowaniu ul. Francuskiej i ul. Obrońców przed Kawiarnią Rue de Paris. Pomnik, ten został odsłonięty 19 maja 2007 o godz. 14:45 w czasie święta Saskiej Kępy. Rzeźba autorstwa Dariusza i Teresy Kowalskich odlana zastała w Starachowicach po trwających rok pracach.
2 – dom, kamienicę, J. Przybory, gdzie adresowane były listy przez Osiecką, chodzi o adres Dąbroszczaków 12, znajdujący się na dzielnicy Praga Północ. 3 – dom, w którym mieszkała Osiecka, pod adresem Dąbrowiecka 25, na Saskiej Kępie. Dość osobliwe: Przybora na Dąbroszczaków, Osiecka na Dąbrowieckiej. „Okropna nazwa, te wszystkie nasze polskie » szczaki"– pisała Osiecka.
No to „ahoj przygodo". Dotrzeć do pomnika nie było trudno, w zasadzie można rzec w 2 krokach: 1 – tramwaj nr 23, lub 20 [w moim przypadku z dzielnicy: Wola] do dworca Wileńskiego, a następnie krok 2 – autobus 509 [bez szukania wolnego miejsca, bo dwa przystanki i wysiadka] na Rondo Waszyngtona. Przechadzka koło Parku Skaryszewskiego, na rogu ul. Francuskiej i ul. Obrońców pomnik rzeczywiście stoi. A właściwie siedzi. Chociaż chwilę? Osiecka siedzi na pomniku? Siedzi w pomniku?
Gołębie, no cóż, nie mają względu nawet na Osiecką, wydziobywały z jej stolika, dlań kwiatki, a potem zupełnie i najzwyczajniej siadały na twardą jej głowę i barwiły jej włosy na „siwo" [sama widziałam!]– niewdzięczne.

Obok pomnika, kawiarnia „Rue de Paris" zamówiłam kawę, usiadłam i patrzę. Chcę się dowiedzieć, kto kładzie kwiatki, czy i kto gada o Osieckiej, jacy ludzie przychodzą i czy ten pomnik ma coś wspólnego z tą kawiarnią? Czy też kawiarnia więcej ma wspólnego z pomnikiem, a szczególnie potencjalną klientelą. 
Z niecierpliwości pytam Pań pracujących w niej, czy wiedzą, gdzie dokładnie mieści się dom po Osieckiej? Ale nie, nie wiedziały. Nic to. Dopijam kawę i przyłapuję jedną panią, która, w trakcie gdy jej mąż wyszedł do ubikacji, podeszła do pomnika i przy pomocy aparatu w telefonie wzięła Osiecką do kieszeni. Ośmielona i ja podchodzę do pomnika, tyle tylko, że ze znacznie gorszym aparatem w telefonie.
Pomnik zobaczony. Myślę, że trochę ona (A.O) tam przy „Rue de Paris" jednak wciąż jak i za życia, trochę osamotniona, pomimo że wśród ludzi..

–Drugi krok: dom Osieckiej. Udało się dotrzeć. Tym razem idę w kierunku ul. Walecznych i nią prosto, do trzeciej porzecznej do niej ul Dąbrowieckiej 25. Ulica spokojna, cicha, wygląda, że dość zamożnie tu.
Stałam i patrzyłam na podwójną tabliczkę z numerem „25" i zeszycik z fragmentem Agnieszkowej piosenki.
Pomyślałam, że skoro już tu dotarłam, dotarłam do tego domu [bo jest to dom trzypiętrowy] to może udałoby się z kimś w nim mieszkającym– pogadać.
Zanim gotowość do realizacji tej myśli odejdzie, cisnę w domofon po kolei:1– słyszę zachrypnięty kobiecy. Przedstawiam się, mówię, że dotarłam tu, za przyczyną książki "Listy na ..." i chciałam zobaczyć dom Osieckiej [przypomniała mi się sytuacja z „Opium w rosole" Musierowicz i słowa jednej z bohaterek: „Przyszłam na obiadek", gdy chodziła od domu do domu]
– „Nie dziękuję"– słyszę.
Nic to, próbuję dalej pod „2-kę" – to samo: przedstawiam się, mówię co i jak
– „Jestem osobą leżącą"– słyszę,
– „Aaa.. to przepraszam najserdeczniej"– odpowiadam i próbuję dalej.
Kolejny, pod „3-jkę" – to samo przedstawiam się...
– „Proszę poczekać zaraz zejdę"– słyszę
– „O jak miło" – myślałam i mówiłam równocześnie – po kobiecemu.

Okazało się, choć tego nie sprawdzałam, że właśnie pod 3–ką mieszkała w oryginale Osiecka! Proszę, proszę, wydawać, by się mogło, że na „chybił–trafił", a tu takie niespodzianki.
Pan trzymał na rękach, psa  choć niepozorny, to jednak ostrzegał przed porywczą naturą rekiny.

Może to bezduszność tak komuś wchodzić do  niedzielnego domu, ale cóż widzę? Rodzina, uśmiechająca się Kobieta, brak wyrazów zdziwienia, zakłopotania, zażenowania, czy innych może bardziej typowych dla wizyt nieznajomych. Dom ciepły, za oknem wielkie zielone drzewo, ścian fragmenty a na nich łokciami rozpychające się obrazy: wielkie i raczej niewspółczesne. Wszystkie półki jakie dają się widzieć, wypełnione książkami – sporo tych o malarstwie i sztuce. Drewniany okrągły stół– teraz w nastroju niedzielnego poobiedzia.  
– „Wiele zostało tu przebudowane, poprzestawiane ścianki, ale ten pokój został nienaruszony. Pod oknem stało biurko a tu, przy ścianie łóżko. Oryginalny został kominek kaflowy". Tak więc pytam o zgodę na zdjęcie kominka, zgodę dostaję.

A na odchodne pytam:
– „Czy Państwo w sposób szczególny starali się o ten dom?"
–  "Można powiedzieć, że mamy do niego sentyment" – słyszę w odpowiedzi.
A na do widzenia uśmiechów więcej niż  wyrazów zdziwienia, zakłopotania, zażenowania, czy innych bardziej typowych dla wizyt nieznajomych.
Przyznam, że zaskakują takie spotkania z ludźmi. Jakoś szczególnie wpadają pamięć. A nawet jeśli trzymany na rękach pies miał być formą zabezpieczenia przed ewentualnymi moimi nieprzewidywalnymi zachowaniami, to mimo wszystko kalejdoskop tych wydarzeń ułożył się nadzwyczaj czarująco.
„Przygoda przygoda przygoda. Już po przygodzie"–nucę sobie. Ludzie jak szkiełka w kalejdoskopie, koło siebie przechodzą i stają.
Poprzeplata się coś w kształty. Przypomniały się słowa Tomasza Owczarzaka z jego gonitwy za Stachurą i słowa o grubiaństwie warszawiaków. No to, mi się szkiełka w kalejdoskopie ułożyły tymczasem [!] pomyślnie.

Po drodze na przystanek, z obawy przed znużeniem i niechęcią wobec godzinnego powrotu do domu zakupiłam książkę „Czytadła" Osieckiej. Co się jeszcze może zdarzyć...? „Świat nie jest taki zły
Świat nie jest wcale mdły. Niech no tylko zakwitną jabłonie".