Czesław Dziemidowicz - Wielki Błękit

Cześć III. Mechagodzilla kontra metafizyka

W 1929 r. kilkunastu filozofów i naukowców miłujących logikę i porządek, utworzyło w Wiedniu towarzystwo pod nazwą Światopogląd Naukowy – Koło Wiedeńskie. Panowie postanowili dotychczasową filozofię doprowadzić do porządku przez wyeliminowanie z niej wszelkich zagadnień niemerytorycznych. Myśl filozoficzna miała być sprowadzona do jednoznacznych zdań empirycznych, tzw. protokolarnych, to jest dających się weryfikować w kategoriach logiki, teorii mnogości i w doświadczeniu obserwacyjnym. Reszta, czyli różne mętne wywody na tematy wykraczające poza doświadczenie, miały być z filozofii wymiecione jako bezsensowne fantazje i błędy myślenia. Twierdzenia tak zwanych nauk humanistycznych miały się upodobnić do twierdzeń fizyki albo zniknąć zupełnie, zaś głównym przedmiotem filozofii miała się stać metodologia badań naukowych – logika odkrycia naukowego.


Moritz Schlick w firmowym wydawnictwie Koła „Erkentniss" pisał: Jestem przekonany, że znajdujemy się w decydującym punkcie zwrotnym historii filozofii i mamy podstawy, by twierdzić, że nadszedł kres wszystkich jałowych sporów w filozofii. Znaleźliśmy się w posiadaniu metody, która uczyni wszystkie te spory zbędnymi. Od tej pory każdy filozof miał liczyć się ze słowami, bo mógł wpaść w potężne i bezwzględnie krytyczne falsyfikatory metody wiedeńskiej (empiryzmu logicznego). Nad filozofią zawisła groźba wielkich zniszczeń. Metafizyka, którą empiryści logiczni rozumieli jako zbiór fikcji, urojeń, iluzji i fantazji literackich, miała paść pierwsza. Program ten miał wówczas swoje uzasadnienie także w okolicznościach historycznych, gdy różne ideologie ogłaszały się jako naukowe, np. socjalizm radziecki lub rasizm. Rudolf Carnap pisał: Światopogląd naukowy odrzuca filozofię metafizyczną. Jak jednak można wyjaśnić istnienie metafizycznych manowców [...] Wymieńmy tu tylko teorię o nadbudowie ideologicznej.
Warto tu jeszcze zwrócić uwagę, że zanim ruszyła do boju maszyna metodologiczna empiryzmu logicznego, wiedeńczycy już wiedzieli, że metafizyka to zbiór nonsensów. Znali wynik przed meczem! Przynajmniej tak im się wydawało. Teraz należało tylko znaleźć obiektywnie istniejący fakt empiryczny (jasny i oczywisty) oraz opisać go precyzyjnie zdaniem protokolarnym.
W 1929 r. Tadeusz Kotarbiński sympatyzujący z Kołem Wiedeńskim przedstawił własny program filozoficzny, zwany konkretyzmem lub reizmem. Jego główna teza głosiła, że kategoria istnienia przysługuje tylko rzeczom materialnym (w tym istotom żywym). W jednym z artykułów pisał: Wszelka teza wypowiedziana w sposób kompetentny i ostateczny jest tezą o rzeczach, zmiennych oczywiście i wzajem dynamicznie zależnych [...] czyli materialnych konkretach, jedynych składnikach rzeczywistości (1961, s. 514). Jednak reizm spotkał się z krytyką. Koncepcja świata wyłącznie materialnego, jako prawdziwie istniejącego, upadła w konfrontacji z innymi faktami. Po latach T. Kotarbiński wspominał: Reizm podlegał krytyce ze strony fizyki, logiki i teorii mnogości, i na wiele zarzutów z tych stron nie umie odpowiedzieć (1986, s. 339). Inaczej mówiąc, rzeczy materialne nie stanowią sedna istnienia, nie stanowią kryterium istnienia. Każda próba wyizolowania czystego faktu materialnego przez oderwanie go od obrazu całego świata, musi skończyć się niepowodzeniem. Rzeczy nie można oderwać od sensu. Sens istnieje obiektywnie i jest częścią świata, choć nie jest rzeczą materialną. Dla reisty było to zaskoczenie.
Tymczasem neopozytywiści wiedeńscy zmagali się z własnym światopoglądem i metafizyką: Błąd metafizyki polega na twierdzeniu, że myślenie jest w stanie samo z siebie, bez użycia materiału doświadczalnego, doprowadzić do poznania [...] światopogląd naukowy uznaje jedynie zdania powstające z doświadczenia, dotyczące przedmiotów doświadczenia, oraz zdanie analityczne logiki i matematyki (Carnap, Hahn, Neurath, 1960, ss. 164-169). Po latach usilnych starań nad stworzeniem nowej filozofii Koło Wiedeńskie ograniczyło działalność ogłaszając, że realizacja programu unaukowienia filozofii jest niemożliwa, gdyż nie udało się wyizolować czystego faktu materialnego ani sformułować choćby jednego twierdzenia protokolarnego. Wszystko jest bowiem zanurzone w morzu sensów metafizycznych, w pojęciach. Okazało się, że metafizyczna sfera sensów jest częścią realnego świata tak samo jak zjawiska materialne. Świat jest sensem. Przypisanie istnienia prawdziwego tylko materii twardej (hadronowej) okazało się złudzeniem umysłu. Koło Wiedeńskie musiało pogodzić się z faktem, że sens metafizyczny istnieje w sposób równie prawdziwy i rzeczywisty, albowiem świat jest jednością. Podział świata na materię i sens jest wtórny i sztuczny. Nie oznacza to, że sens jest religijny. Na razie to sens metafizyczny i duchowy. Światopogląd naukowy okazał się błędem myślenia, szablonem kulturowym, ideową fikcją i iluzją. Koło Wiedeńskie zakończyło działalność ostatecznie po 20 latach bezowocnych starań o zmaterializowanie myśli filozoficznej.
Mam przed sobą podręczniki astronomii, encyklopedie Kosmosu, mapy nieba, setki kolorowych zdjęć planet i galaktyk. Widzę obłoki protogalaktyczne, w którym zapalają się pierwsze gwiazdy. Widzę zapierające dech Filary Stworzenia w przepięknej Mgławicy Orła i setki galaktyk, z których każda jest inna, jak płatki śniegu... Tak mi się tylko wydaje. Mam przed sobą tylko zadrukowany papier i kolorowe plamy na papierze symulujące przestrzeń kosmiczną, mam tysiące informacji zapisanych w postaci wzorów, szeregów liczb, tabel, wykresów i symboli. To tylko kilkadziesiąt centymetrów przestrzeni, to nawet nie przestrzeń, tylko płaszczyzna dwuwymiarowa. Co najmniej połowy tych danych nigdy nie zrozumiem. Specjalnie się tym nie martwię, bo zawodowi astronomowie też oglądają świat przez schematy, wzory, wykresy, równania. I też nie wszystko rozumieją.
Człowiek nigdy nie ma bezpośredniego dostępu do rzeczywistości, tylko przez schematy, przekształcenia informacji zmysłowych, opracowania intelektualne i abstrakcję. Wiedza naukowa jest wielka, jest dumą człowieka, ale tylko w granicach jego biologicznych możliwości. Świat rzeczywisty przerasta człowieka. Wyjaśniona cześć Wszechświata pozostanie zawsze tylko we wzorach, schematach, równaniach i hipotezach – głównie na papierze i w komputerach.
Świat rzeczywisty (atomy, galaktyki) pozostanie na zawsze gdzieś na zewnątrz, w greckim logosie. Przewaga tego świata nad człowiekiem jest nieskończona. Właśnie dlatego empiryści logiczni nie potrafili uzyskać ani jednego faktu obiektywnego, każda bowiem uzyskana informacja sprawiająca początkowo wrażenie faktu obiektywnego, okazywała się tylko schematem interpretacyjnym, opisem własnego sytemu poznawczego, zanurzonego w schematach języka. A fakt atomowy, rzeczywisty, ten pozostający poza schematem – był niedostępny (jak dla mnie galaktyki). Wiedeńczycy, a także T. Kotarbiński, mieli taki sam obraz elementarnych faktów fizycznych jaki ja mam do Wszechświata, gdy siedzę w mojej błękitnej kuchni patrząc na piękną encyklopedię Wszechświat (2006).
Ostateczny wniosek dotyczący kontaktu człowieka z rzeczywistością może być taki, jak go sformułował amerykański badacz umysłu D. Hoffman z Uniwersytetu w Irvine: W czasie, gdy nie obserwuję się przedmiotów, rzeczywistość nie ma własności takich jak czas, przestrzeń i pęd. Szanse na to, że cokolwiek z obrazów tworzonych przez naszą percepcję w jakikolwiek sposób oddaje rzeczywistość, są zerowe. Dodam tylko, ze badacze wiedzą to nie od dziś. Świat jest nieprzeniknioną tajemnicą. Co może wiedzieć ślimak z mojego ogródka na temat obwodu Wszechświata? No, trochę już widział świata, bo przeszedł dzielnie całe sto metrów, ale samochód go przejechał. A na swojej drodze Boga nie spotkał. Był Arystotelesem w granicach swoich biologicznych możliwości poznawczych.
O istnieniu Wszechświata ukrytego w tajemnicy napisał kiedyś A. Einstein: Wiedzieć, że to, co dla nas nieprzeniknione, naprawdę istnieje, bo objawia się nam jako najwyższa mądrość i najpromienniejsze piękno, które nasze zmysły mogą pojąć jedynie w najprymitywniejszych formach – to wiedza, to uczucie, które jest rdzeniem wszelkiej prawdziwej religijności. W tym sensie, i tylko w tym, zaliczam się do ludzi żarliwie religijnych (cyt. Armstrong, s. 352).
Człowiekowi codziennej troski nauka znana jest raczej z doniesień prasowych i telewizyjnych o Nagrodach Nobla. Utarło się wśród masowej publiczności, że jeśli coś jest udowodnione naukowo, to klękajcie narody, bo z wyroków nauki to nawet Bóg nie ma prawa istnieć. Ale jeśli w życiu człowieka zdarzy się jakieś nieszczęście, to ze strony nauki wieje tylko pustką aksjologiczną. Z lękiem przed śmiercią osób bliskich lub z własnym wyrokiem trzeba sobie radzić w samotności, z dala od teorii naukowych fizyki czy biologii.
Miałem wizję naukową nowoczesnego obyczaju. Oto zjawia się w hospicjum znakomity fizyk-terapeuta, rozmawia z chorym, przypomina ma najpiękniejsze karty z historii nauki, wreszcie pochyla się nad nim i mówi : E=mc2.
Która nauka wyjaśnia sens życia i śmierci człowieka ? Niech się pokaże. Która nauka wyjaśni życie człowieka i istnienie Kosmosu w perspektywie wieczności? Niech się odezwie. Leszek Kołakowski pisał: Jeśli bieg świata i spraw ludzkich nie ma żadnego sensu odniesionego do wieczności, to nie ma sensu w ogóle (1987, s. 106). Jakie nauki potrafią sfalsyfikować istnienie świata metafizycznego? Może jakieś nauki potrafią naukowo wyjaśnić, co dzieje się z naszymi bliskimi zmarłymi? Na razie wyniki nauk w obliczu śmierci człowieka są zerowe. Rasizm, niewolnictwo, komunizm i faszyzm miały przecież swoje naukowe uzasadnienia. Całe sztaby filozofów i naukowców pracowały na rzecz przestępczych systemów społecznych. Dziś również niemal boski autorytet nauki współczesnej jest uzurpacją i tumanieniem naiwnych, a łatwo jest tumanić, gdy ludzie na ogół nie odróżniają nauki od wynalazków technicznych, gdy na ogół nic nie czytają i mają wiele innych ważniejszych spraw do załatwienia. O patologii nauki raczej się nie mówi, a to piękny i rozległy temat, zasługujący na odrębną rozprawę.
Nauka przypomina mi wielkiego, pięknego potwora z japońskiego filmu grozy Terror Mechagodzilli. Metaliczny, skomputeryzowany stwór sięgał niemal chmur, miał wszechogarniającą moc. Wydawało się, że może rozpruć błękit nieba i pokazać, że niebo jest puste. Mechagodzilla była wielka. Przynajmniej z pozoru. Ale japońska maszyna nie odróżniała dobra od zła. Nauka współczesna też nie odróżnia dobra od zła, nie mówiąc już o tym, aby miała cokolwiek do powiedzenia w sprawie istnienia Boga albo w moich sprawach osobistych.
Jest taka anegdota o nauce: grono naukowców zadało najnowocześniejszemu komputerowi świata pytanie: Czy istnieje Bóg? Komputer o mocy Mechagodzilli wydrukował pytanie: Co to jest Bóg? Wdrukowano więc informację: Bóg to najwyższa istota rozumna, Absolut, Stwórca świata. Teraz komputer poradził sobie znakomicie, udzielając precyzyjnej odpowiedzi: Od tej chwili istnieje.
Powoływanie się na naukę w dyskusjach o istnieniu i nieistnieniu Boga jest uzurpacją, przekroczeniem kompetencji nauki w zagadnieniach teologicznych. Nauki szczegółowe nie tworzą żadnych wniosków światopoglądowych, nie tworzą żadnej sumy, nie prowadzą do wniosków teologicznych, nie opisują świata jako całości, nie dają żadnych podstaw do dyskusji o istnieniu Boga. Po upadku programu logicznego empiryzmu i reizmu, próby demistyfikacji metafizyki – to zaułek. Jednakowoż próby tego rodzaju ciągle są powtarzane.
Karen Armstrong, autorka Historii Boga, powołuje się na sławnego astrofizyka brytyjskiego, Stephena Hawkinga: Być może chrześcijanie dlatego wpadają w popłoch w obliczu takich uczonych jak Stephen Hawking, który w swojej kosmologii nie znalazł miejsca dla Boga, że nadal myślą o Bogu w kategoriach antropomorficznych – jako o bycie, który stworzył świat w taki sam sposób, jak my byśmy to uczynili (s. 408). Doprawdy? Jeszcze nie słyszałem, aby jakiś chrześcijanin wpadł w popłoch na wiadomość, że Wszechświat został stworzony w Wielkim Wybuchu. Wiadomość ta jest dla chrześcijanina tylko potwierdzeniem istnienia Boga, zresztą potwierdzeniem niekoniecznym, bo słowo o stworzeniu świata z niczego zapisane jest w II Księdze Machabejskiej od ponad dwóch tysięcy lat. S. Hawking świetnie zna fizyczne parametry Wielkiego Wybuchu, a Boga w nich nie ma. To tak jak J. Gagarin, który był w Kosmosie, a Boga nie widział.
Znakomity filozof  brytyjski, John Watkins, opisuje naukę jako zbiór różnych dyscyplin badawczych, które nie łączą się ze sobą, nie tworzą więc żadnej wizji świata: Niemniej spodziewamy się – pisze Watkins – zmniejszenia tego specyficznego poszufladkowania w miarę jak będziemy przenikać przyrodę głębiej; a kiedy już dotrzemy do poziomu ostatecznych wyjaśnień, rozmaite nauki szczegółowe scalą się w jedną naukę. Spróbujmy sobie wyobrazić, że u schyłku dnia mielibyśmy dwie odrębne nauki: jedna – powiedzmy – o zjawiskach nieba, drugą o zjawiskach ziemskich i żadnej możliwości scalenia ich. Niebo i ziemia stanowiłyby wówczas dwa niezależne światy, nie istniałyby żadne przekraczające je i rządzące oddziaływaniami między nimi prawa. Chcemy więc, aby nasza nauka ostatecznie odsłoniła jeden system świata, a nie dwa czy więcej niezwiązanych systemów (s. 33). To jest piękny program, ale nauka oparta wyłącznie na doświadczeniu empirycznym i logice z zadaniem tym nie poradzi sobie. Naczyniem, który pomieści i  pogodzi Niebo i Ziemię jest wielki ocean metafizyki.
Nastała złota jesień 1981 r. Był piątek 2 X. W jednym z warszawskich szpitali ksiądz kapelan odwiedza sławnego polskiego filozofa, Tadeusza Kotarbińskiego. Toczy się między nimi cicha, przyjacielska rozmowa. Starszy pan, w pełni świadomości, bez przymusu odbywa krótką spowiedź generalną i przyjmuje komunię świętą. Jest spokojny i pogodny. W czasie rozmowy Tadeusz Kotarbiński wypowiada jedno znamienne zdanie: Całe życie szukałem Boga. Dziś, gdy przeglądam jego rozprawy z filozofii i etyki, nie mam żadnych wątpliwości, że tak właśnie było. Jego droga życiowa przez dramat utraty wiary w Boga, przez teorię poznania, etykę niezależną, medytacje o życiu godziwym i reizm – była drogą do świętości (Ew. Mat. XX: 1-16; XXV: 31-46).
Jakiś czas temu, podczas mszy świętej, transmitowanej z kościoła św. Krzyża w Warszawie, ksiądz wygłaszający kazanie, usiłował ośmieszyć T. Kotarbińskiego i jego spowiedź. Teraz ja powołuję na świadka pana Zagłobę i jego świadectwo o takim, który odział się w ornat i ogonem na mszę dzwoni.
c.d.n.
Bibliografia:
Amsterdamski S.: Ideał nauki Koła Wiedeńskiego, w: Tertium non datur, Warszawa 1994, PWN
Armstrong K.: Historia Boga, Warszawa 1996, wyd. „Świat Książki"
Carnap R. i inni: Światopogląd naukowy, w: H. Buczyńska, Koło Wiedeńskie, początek neopozytywizmu, Warszawa 1960, PWN
Hoffman D.: Czy prawda jest nam potrzebna, w: Kim jesteśmy, tajniki człowieczeństwa, „Wiedza i Życie" nr specjalny, 2010 , nr 5   
Kołakowski L.: Jeśli Boga nie ma, Londyn 1987, wyd. ANEKS  
Kotarbiński T.: Elementy teorii poznania, logiki formalnej i metodologii nauk, Wrocław 1961, wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, idem: Myśli o ludziach i ludzkich sprawach, Wrocław 1986, wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich    
Watkins J.: Nauka a sceptycyzm, Warszawa 1989, PWN