Stanisław Grabowski - Były niegdyś wędrówki o świcie...

19 marca 2011 zmarła Anna Kajtochowa, publicystka i redaktorka, poetka i powieściopisarka, ale także ktoś o wielkim osobistym uroku, ktoś kto przez długie lata „matkował" wielu adeptom literatury. To właśnie poetka nazywana przez przyjaciół Hanią była ostateczną instancją, do której zwracali się po porady licealiści i gimnazjaliści, wszyscy młodzi ludzie próbujący pisać. A Hania dla każdego znajdowała czas. Bezinteresownie doradzała, poprawiała, dodawała wiary, pisała też wstępy do książek młodych autorów, obdarzała ich recenzjami.


Pisząc o Hani trudno nie wspomnieć o Jacku Kajtochu (ur. 1933), jej mężu, znanym i cenionym krytyku literackim, organizatorze życia literackiego, nauczycielu akademickim, redaktorze i antologiście, znawcy m.in. twórczości Kraszewskiego, człowieku wielu pasji, o jasnych wyrazistych poglądach. Tworzyli przez dziesiątki lat w środowisku artystycznym Krakowa wzorcowe małżeństwo literackie. Dwoje twórczych ludzi, których największą pasją była kultura i sztuka, jej tworzenie, ale i propagowanie. Trudno sobie wyobrazić, by bywali gdzieś oddzielnie. Zawsze razem, zawsze pod rękę, w wielkiej zgodzie i przyjaźni. Andrzej Dębkowski trafnie napisał: „Wraz z odejściem Ani skończyła się pewna epoka. Nie będzie już Ani, nie będzie Kajtochów, nie będzie wspaniałych wspomnień, nie będzie tej atmosfery tajemniczości i jakiegoś wyjątkowego nastroju, który zawsze powodował, że po powrocie do domu, czuło się jeszcze jakieś dziwne podniecenie, emocję, wielką chęć pisania". Jestem dumny, że znałem Ją i należałem do grona Jej znajomych. Spotykaliśmy się w Polanicy Zdroju i Warszawie, dzwoniliśmy do siebie, zachowuję także „liściki", które mi przesyłała.
Anna Kajtochowa urodziła się 21 lipca 1928 roku w Brzozowie, któremu prawa miejskie ok. 1413 roku nadał król Władysław Jagiełło. Z przedwojennego dzieciństwa zapamiętała wystarczająco wiele, by wspominać bez nostalgii bose wędrówki o świcie „na łąki za krowami", czy niespełnione marzenia o prawdziwej lalce... Szybko nauczyła się czytać, i to otworzyło przed nią nowy wspaniały świat lektur, z którym już się nie rozstała. A bezpośrednio po wojnie na obozie PWK, gdzieś w Szwajcarii Kaszubskiej, napisała wiersz „Alarm", którym debiutowała w prasie, ale w książce „Wędrówki o świcie" wspomina, że „nigdy nie miała w ręku [tego] numeru czasopisma".
Wspomina także, że szansę nauki w szkole średniej zyskała dzięki życzliwości pani dyrektor szkoły podstawowej i... po maturze w brzozowskim liceum rozpoczęła studia w Krakowie. Był to dla niej, zwykłej dziewczyny z małego miasteczka, awans.
Obszernie do przeżyć z dzieciństwa i młodych lat poetka wraca zresztą wielokrotnie i w poezji, i w swoich dwóch powieściach: „Babcia" i „Tamten brzeg". O tej pierwszej tak pisał Ryszard Głuszko: „Opowieść wstrząsająca. Dokument. Nie poznali się na niej ugrzecznieni recenzenci. Anna odważyła się bezkompromisowo przedstawić retro życiorysu".
Mimo kłopotów, w tym z przystosowaniem się do nowego środowiska, młoda dziewczyna ukończyła wymarzone studia dziennikarskie i rozpoczęła pracę w krakowskiej prasie. Debiutowała jako dziennikarka na łamach „Gazety Krakowskiej" w 1949 roku. Później pracowała w redakcjach „Głosu Młodzieży Wiejskiej", „Głosu Młodzieży", „Studenta" i „TeMi". I kiedy wydawało się, że dziennikarstwo (wspólnie z Leszkiem Marcinikiem wydała w 1959 roku tom reportaży pt. „Sercem i myślą"), stanie się jej jedynym zawodem kłopoty ze zdrowiem skierowały ją... w świat liryki.
Co prawda, a było to możliwe dzięki Jackowi Kajtochowi, za mąż wyszła w 1951 roku, kontakt z literackim środowiskiem Krakowa miała ułatwiony, jednak podobnie jak dla wielu jej znajomych istotną przeszkodą była ówczesna skromna oferta prasy literackiej, w której można byłoby publikować poezję i prozę. Także oficyny wydawnicze nigdy w PRL-u nie rozpieszczały autorów nadmiarem zachęt. Istniała cenzura. Pozostawało pisanie do szuflady, z czym trudno pogodzić się młodym i ambitnym.
Kajtochowa brała udział m.in. w pracach Koła Młodych przy krakowskim Oddziale ZLP, którym kierował niezwykle spolegliwy i życzliwy początkującym literatom Adam Włodek, pierwszy mąż Wisławy Szymborskiej.
W książce „Wędrówka o świcie" czytamy, że z Koła wyszło kilkunastu wcale niezłych pisarzy, a wśród nich: „Krystyna Szlaga, Ewa Lipska, Elżbieta Zechenter-Spławińska, Wojciech Kawiński, Jerzy Michał Czarnecki – by wymienić tylko kilku".
Później był udział, wspólnie z mężem, ten rodzaj twórczej wspólnoty należy zawsze i podkreślić, i dobitnie pochwalić, w pracach grupy literackiej „Nadskawie".
W 1982 r. Kajtochowa debiutowała wspomnianą powieścią „Babcia".
To hołd złożony autentycznej babci poetki, ale także przykład tryumfu ducha nad materią. Bo akurat pisarka miała poważne kłopoty ze zdrowiem, a pisanie powieści stanowiło jakby formę autoterapii.
Rok później ukazał się pierwszy tom poezji Anny Kajtochowej pt. „Sytuacje".
Już w tym tomie objawiła się jej twórcza indywidualność, wyróżniał się też odrębnym i oryginalnym stylem, własnym widzeniem świata. Można było w nim dostrzec dążenie do formalnej ascezy, wręcz aforystyczną skrótowość, troskę o szczegół, co w poezji zawsze jest szczególnie cenne i ważne.
Zdobyta wiedza o świecie, życiowe doświadczenie, pełnione przez pisarkę różne role, wszystko to zaczęło owocować poetyckim słowem. Okazało się, że dany jej poetycki dar, jest trwały, wystarczył poetce na długie lata.   
Ale własnych kilkanaście książek poetyckich to ledwie część twórczego dorobku Kajtochowej. Poetka ponadto zredagowała lub opatrzyła przedmową, także posłowiem, przynajmniej kilkadziesiąt tomów głównie poetyckich i to przede wszystkim debiutantów. Żmudna to i niewdzięczna praca, ale chyba dająca satysfakcję, w jakiś sposób był to także dług wdzięczności spłacany przez pisarkę pamięci Adama Włodka.
Jednym z przykładów opieki, dość chyba spektakularnym, jest Eryk Ostrowski nazywany przez Kajtochową „wnukiem", autor kilku tomików wierszy, ale i autoryzowanej biografii poetki pt. „Wędrówki o świcie. Opowieść o Annie Kajtochowej" (1997).
Ciekawe, że po poetyckim debiucie druga jej poetycka książka ukazuje się dopiero w 1990 roku. To „Uroda tarniny", a już tytuł, sugeruje zachwyt poetki każdym przejawem przyrody, każdą chwilą życia w zgodzie z naturą.
A później poetyckie tomiki Anny Kajtochowej ukazują się regularnie, prawie co rok. Wydawane skromnie jeśli chodzi o stronę edytorską, w niedużych nakładach, pewnie by się nie przebiły do czytającej publiczności gdyby nie ich treść, bogactwo myśli, głębia spojrzenia, atuty dostrzeżone przez krytyków ważnych, z dorobkiem.
Łatwo odkrywamy w nich liryczne obsesje poetki, słowa-klucze, powtarzające się motywy. Bo tak to już jest z prawdziwą poezją. Prawdziwy poeta to ten, który stale pisze ten sam wiersz, obsesyjnie drąży te same tematy i chociaż się z nimi rozstaje, to nigdy ich nie porzuca. Prawdziwy poeta właściwie pisze ciągle ten sam poemat. Tylko dopisuje do niego nowe wątki, polemizuje z wcześniejszymi motywami, rozbudowuje inne. I szuka, nieustannie szuka prawdy przeżycia, dąży do czystości używanych środków wyrazu, do ich redukcji, przy jednoczesnym pogłębianiu refleksji.
O twórczości poetki pisali: Maciej Chrzanowski, Leszek Bugajski, Jolanta Barylanka Olgierd Jędrzejczyk, Stanisław Stanuch, Emil Biela, Janusz Orlikowski, Andrzej Gnarowski, Andrzej Dębkowski, Andrzej Warzecha, Ignacy S. Fiut i wielu innych.
To krytycy i pisarze wytrawni, podkreślający w poezji Anny Kajtochowej jej wartości uniwersalne, szukający w niej źródeł inspiracji, np. w autentyzmie, ceniący oszczędność i aforystyczność używanych środków wyrazu, głębię i rozległość tematyczną, wskazujący także na inspiracje kulturą śródziemnomorską, symbolikę archetypiczną, odwoływanie się do systemów filozoficznych, do chrześcijaństwa. 
Przyjrzyjmy się dokładniej jak widzieli tę lirykę jej młodzi podopieczni, niektórzy z nich stanowią nadzieję polskiej literatury jeśli tylko przy niej wytrwają.
Małgorzata Pielok, tak pisze o wierszu Kajtochowej „Usiłowałam być człowiekiem":

Wiersz ten jest pewnego rodzaju spowiedzią-wyznaniem z przebytego życia. W swej wymowie jest uniwersalny, gdyż porusza problemy wiary i człowieczeństwa, aktualny w każdym czasie.[...] Uzmysławia odbiorcy, że życie należy przeżyć w taki sposób, by zawsze być człowiekiem.

Zapoznajmy się z fragmentem tego wiersza:

I zapyta Pan: co uczyniłeś z życiem swoim?
O Chryste – miłowałem
nieprzyjacioły moje
O Jahwe – nienawidziłem
przeciwników swoich
O Buddo – szukałem
w stworzeniach i roślinach
śladów Twoich
O Allachu – wieczne światło płonęło
w myślach moich
[...]

To pytanie o charakterze uniwersalnym, skierowane do każdego człowieka na Ziemi, bez względu na jego wiarę. Nie ma zmiłowania dla wykręcających się od odpowiedzi – zdaje się mówić poetka.
Kamil Pecela z uwagą czyta inny wiersz Kajtochowej – „Piosenkę białej brzozy". Dostrzega w jej poezji, coś co „przez swą szczególną intymność daje nam obraz osoby, która osiągnęła harmonię w każdej relacji". Polemizuje też z nazywaniem tej poezji „prostą", zresztą wedle hasła „geniusz leży w prostocie". To, jego zdaniem, „poezja przeżycia, poezja emocji. Emocji zdrowej należy dodać".
Mimo nienajlepszego stanu zdrowia, przejście na wcześniejszą emeryturę w 1985 r. zdopingowało  Kajtochową do pracy twórczej, ale i do aktywności społecznej i literackiej, m.in. w Konfraterni Poetów i w Stowarzyszeniu Twórczym Artystyczno-Literackim.
Pisarka rekomendowała i promowała przynajmniej kilkudziesięciu debiutantów, a co warte jest szczególnego podkreślenia, często we współpracy z Towarzystwem Słowaków w Polsce. Tego typu towarzystwa (także Romów i inne) nigdy nie dysponowały i nie dysponują większymi kwotami pieniędzy, tym większy podziw i uznanie budzi ich nieznana szerszej kulturotwórcza rola.
Anna Kajtochowa została także honorową członkinią Polish American Poets Academy (USA).
Od początku istnienia była patronką i najważniejszą osobą Międzyszkolnego Konkursu Poetyckiego im. Józefa Lompy organizowanego przez Zespół Szkół w Oleśnie, mieście, które nazywała swoim „drugim domem".

Wiersze Anny Kajtochowej znajdują się także w kilkudziesięciu antologiach, wymienić wszystkie byłoby ogromnie trudno, znamy je również z łamów „Akantu".
Poetka była tłumaczona na angielski, ukraiński, białoruski, słowacki, niemiecki i węgierski.
Na 80-lecie otrzymała od władz Krakowa order „Honoris gratia".
Wielka Dama polskiej poezji jest matką prof. dr hab. Wojciecha Kajtocha (autora wielu książek naukowych i tomików wierszy, redaktora i współpracownika prasy literackiej). Także jej córka Marta związana jest przez małżeństwo z rodziną pisarską.
W ostatnich latach czytelnicy szczególnie doceniali jej wybory wierszy (np. „Bezdrożem ścierniska", „Rosa przedświtu"), ale tomem, który jakby ukoronował poetycką twórczość Anny Kajtochowej jest zbiór „Poezje wybrane" wydany w LSW-owskiej Bibliotece Poetów w 2009 roku. To seria poetycka, która istnieje na rynku wydawniczym czterdzieści kilka lat, obecność w niej to zaszczyt, którego dostępują nieliczni.
We wstępie do tego tomu czytamy:

Zagadka talentu Anny Kajtochowej skrywa się w jego prostocie. Cały świat problemowy tej poezji można by wyłożyć w opasłym drobiazgowym dezyderacie, na co tutaj rzecz jasna nie mamy miejsca, jednak gdyby było, dostrzeglibyśmy tę „zabawność przedmiotu" tkwiącą w dysproporcji pomiędzy „ciężarem treści" a „lekkością formy", co charakterystyczne dla jej twórczości. Proszę zauważyć, że mimo wielu ważkich pytań i odpowiedzi tej liryki, mimo jej „kalibru problemowego" – budują ją na ogół epigramaty. Wiersze krótkie, drobne, skromne. Takie jak ten: Przeminął dzień / jak koński galop / zostały / odciski kopyt. To jest właśnie przykład lekkiego i wdzięcznego drobiazgu – z „ciężką" egzystencjalną, traumatyczną puentą... Tak piszą mistrzowie!

*
Sięgam na półkę po starannie i elegancko wydany tom „Poezji wybranych" Anny Kajtochowej z piękną dla mnie dedykacją, przedwojenna kindersztuba była także jej znakiem rozpoznawczym. I czytam:

Były niegdyś wędrówki o świcie

Na promieniach układałam stopy
O źdźbła żytnie opierałam dłonie

W wodach niebo kryło płat błękitu
Spięty klamrą zblakłego księżyca
Zatem chciałam ubrać siebie w niebo...