Marek Jastrząb - Quasimodo (1)

Często czułem się  niczym krasnoludek  wierzący w dzieci. Nieraz widziałem to, do czego nie powinien się przyznawać. 
Czy Ci mówiłem o rodzinie? Miałem ją, choć nie zgadało się. Chciałbym, żebyś wiedział. Zacznę od pieca. Początek jest o Mamie. Był to czas, gdy wolałem nudzić się zespołowo,  wyjść na podwórko, zobaczyć inne dzieci, usłyszeć, jak żyją, co robią, kiedy starych nie ma na horyzoncie, no i czy mają prawdziwego tatę. Jednak mogłem się z nimi zadawać tylko na placu zabaw. Do nas nie miały po co przychodzić: za dużo im było nie wolno.

Wszędzie wysprzątane na błysk, trzeba wkładać pokrowce na buty, nie zostawiać śladów na meblach, a zbyt głośny śmiech jej zawadzał. Przybiegała z awanturą, stawała w drzwiach i zabierała się za troskę o nieletnich. Albo snuła marudne rozważania o niepewnym jutrze. To samo z bieganiem, tupaniem, wszelką ekspresją. Cudze szczęście stanowiło dla Mamy policzek. Jeżeli w domu wisielca nie wypadało nawijać o stryczku, to przy niej nie uchodziło manifestować radości. No, a kto udźwignie tyle zakazów? Toteż na ogół siedziałem sam.
Mama nie była w stanie załatwić niczego dla siebie. Dla mnie – tak. Kupowała mi najlepsze rzeczy. Odpowiednie i najdroższe. Ciuchy szyte na miarę, kompakty z bajerami, wiśnie „prosto z krzaka". Sama poprzestawała na resztkach. Robiła za mnie wszystko, chociaż byłoby lepiej, gdyby mnie tak nie wyręczała i dopuściła do zaradności. Nie pozwalała  niczego tknąć. Miałem się tylko uczyć. Jej refrenem było powiedzenie:  to nie na twoją głowę, ja zrobię lepiej, ty t e g o  nie potrafisz, rób tylko tyle, ile możesz. Więc nie robiłem niczego i do dzisiaj mało potrafię.
Nie dam rady, nie mogę, nie umiem, były to moje mantry, wygodne słowa, usprawiedliwienia przychodzące zaraz po przebudzeniu. Choć zdawała sobie sprawę, z jakim trudem włażą mi do glacy poszczególne ciekawostki i męczy przyswajanie różnorodnych wiadomości, zwłaszcza dat, była zdania, że nie należy mnie za często chwalić, zachęcać do wzmożenia wysiłków, przesadnie mobilizować, bo wpędzi mnie to w depresję i zmusi do porzucenia umysłowych treningów. Uważała raczej, że trzeba mnie chronić przed wbijaniem w dumę, nie dostrzegać jej „efektów", traktować je w sposób naturalny, podchodzić do nich zwyczajnie, jak do zakichanego obowiązku względem niej lub – jak do terapeutycznych ćwiczeń mojej rozwichrzonej pamięci.
*
A ojciec? Tato nie potrafił na mnie patrzeć, wzdrygał się na widok karłowatego dryblasa, jak mnie nazywał. Nagle miał dosyć mojego rozmamłania, drgawek, czkawek i dygotów, tego, że jestem nieprzepisowo dorodny, jakkolwiek sam był wzrostu niedostrzegalnego, więc pewnego dnia wyniósł się w cholerę. Zaraz też wplątał się w nowe doznania, rządził na innym pastwisku, znowu szukając czterolistnej koniczyny, choć, jak chlapnęło się Mamie, skapcaniał do reszty i był już pod każdym względem niedorajdą.
W ślad za nim  wymknął się z życia mój dziadek. Pamiętam, że nigdy nie potrafił zaakceptować warunków panujących w naszym domu, kołkowatego syna z muchami w nosie, wnuka, czyli mnie, pełzającego wybryku natury. Byłem wtedy poza domem, w jakimś sanatorium czy szpitalu, a gdy wróciłem, Mama starała się nie płakać. Gdy jeszcze żył, zajmował prawą część małżeńskiego łoża. A kiedy umarł, miałem własny pokój i całe wyro.
Pokój, który zająłem, był ciasny. Że ciasny, to lepiej, ponieważ nie miałem za wiele miejsca na fikołki i było blisko do przytrzymania się mebli. Co do mebli: stał tam sekretarzyk z deską imitującą blat biurka, łóżko i szafka z nocną lampką. Ściany miałem kremowe, sufit biały, wykładzinę w kolorze sraczki, okno z widokiem na las, dwie reprodukcje kultowego pacykarza. Ogólnie było mi do przodu i zasadniczo nie powinienem narzekać: nie pamiętałem tu o świecie pozostającym na zewnątrz i mogłem sobie pozwolić na beztroskę. Czułem się jak świeżo upieczony bogacz. Miałem własny wybieg w kształcie miniaturowego balkonu i otwierałem go, by oddychać normalnym powietrzem. Siedziałem na nim co rano, bo nieograniczona przestrzeń działała cuda, no i lekarz mówił, że zmniejsza rozmiary napadowej melancholii.
Wreszcie mogłem być sobą i zajmować się czym chcę. W głównej mierze udawaniem, że jestem nadzwyczaj zajęty różnego rodzaju pilnymi robótkami. Zamykałem drzwi na zasuwkę i znajdowałem ciszę, jakbym przebywał poza odgłosami zza ścian. Otulony kotarą z milczenia, uchylałem drzwi od balkonu wychodzącego na widok chodnika i obserwowałem ludzi znikających za krzakiem akacji. I było mi wtedy niezgorzej. Lecz tylko w dzień, bo gdy zbliżała się noc, a razem z nią – strach, popadałem w podłe nastroje.
*
Mama panoszyła się teraz w jednej kanciapie, a ja w drugiej i mogłem pozwolić sobie na zainstalowanie elektronicznych urządzeń, wieży, drukarki, komputera marki „fiut", składaka opatrzonego mianem „ostatni dzwonek".
Zacząłem gromadzić pocztówki. Przedstawiały zdjęcia z nic nie mówiących miast i kurortów, były sepiowymi wizerunkami nieistniejących domów. Zbierałem też płyty z encyklopediami, szczególnie geograficznymi, biografie malarzy, kompozytorów, literatów i opisy ich dzieł. Pokazywały miejsca, do których nie pojadę, tereny utracone, amputowane, obszary, których inaczej poznać nie miałem szans.
Z początku traktowałem to kolekcjonerstwo jak niezłą metodę zabijania czasu i sadystyczną zabawę w magazynowanie informacji. Pochłaniały mnie lektury traktujące o wybitnych. Pozwalało mi to zachować resztki zdrowego rozsądku, skorygować przesadne mniemania o sobie, osuszyć zbiorniki z wybujałymi oczekiwaniami, ale przede wszystkim utwierdzić w przekonaniu, że co było do powiedzenia, zostało powiedziane wcześniej i mądrzej, w związku z czym nie wypada otwierać wyważonych drzwi, po raz dalszy odkrywać koła i pływać wśród odgrzewanych kotletów. Byłem więc ostrożny w ich doborze: pochłaniałem książki Niemodnych Mistrzów Pióra. Przedkładałem je nad powielaczowe cymesy twórców z odrzutu. Nie znosiłem dzieł kleconych brudnym palcem na sztucznym kolanie. Wolałem poznawać teksty zwolenników rzetelnej wiedzy aniżeli produkty pochodzenia szmirowatego.
*
W dzień nie wychodziłem. Za to mogłem uczyć się. Nie narzekałem na brak zajęcia: zmęczyła mnie nauka – czytałem, nużyło czytanie – słuchałem radia lub oglądałem płytki z encyklopediami i lizałem  świat przez komputerową szybkę. A w przerwach między  złudzeniami o poprawie mojego zdrowia Mama zmuszała mnie do gimnastyki intelektualnego mięśnia. Sprawdzała, jakie mam osiągnięcia, czy  dokonuję postępów. Na tapetę wjeżdżały krzyżówki, kostki Rubika, quizy, szarady, rebusy. Lub grałem w szachy z mózgiem na prąd, ale „ostatni dzwonek" był za bardzo przebiegły: co rusz dawał mi baty.
Wstawałem wtedy przed nią, zrywałem się za wcześnie, bo poprzedniego dnia za wcześnie kładłem się spać: uważałem, że bez wstawania w środku nocy życie jest za krótkie. Lecz pewnego dnia obudziłem się odmieniony. Nic mnie nie bolało, umysł miałem jasny i prosty, litery czytanego tekstu nie zmieniały położenia, słowa układały się w zdania, zdania w rozdziały, a książka znaczyła to, co miała oznaczać. Mogłem bez trudu i karkołomnych interpretacji, za pierwszym podejściem, uchwycić jej sens. Monotonne zmory uczenia się, mozoły wielokrotnego powtarzania szeregu cyfr urwały się tak nieoczekiwanie, jakbym wszedł w zupełnie nowy obszar rzeczywistości i wskoczył w lepszy świat. Odległe, przez co niezrozumiałe wydarzenia z przeszłości, odzyskiwały znaczenie, przestawały istnieć osobno, łączyły się teraz w logiczny ciąg, zlewały w jeden, spójny akt. I potrafiłem pożerać książki aż po świt, gdyż miałem cały dzień na odsypianie zaległości. A któregoś dnia, gdy byłem pochłonięty wertowaniem swoich zbiorów, przez uchylone drzwi usłyszałem maminy głos, niechcący ułowiłem uchem, jak chełpi się moimi postępami i opowiada znajomym ze schodowej klatki, że niedługo wyjdę „na ludzi".
*
Od kiedy Mama stwierdziła, że dorosłem i większy nie będę, spece od medycyny poradzili, by mnie przekonała, bym dogadał się ze swoją aparycją i dał sobie siana z wychodzeniem z pokoju. Oznajmili, że mogę się powolutku żegnać z planami na przyszłość i powinienem odmeldować się z marzeń o skokach na trampolinie, bo nadeszła dla mnie właściwa pora na medytację „o czarnych godzinach i najwyższych czasach"; powinienem zająć się przestawianiem zwrotnic z przyzwyczajeniami i studiowaniem nekrologów. Mówili, że mogło być znacznie gorzej, bo choróbsko nie wybrzydza, zabiera, co jest, i chodu, więc niech nie traci wiary, nie martwi się moją skoliozą, ostatecznie są jakieś wkładki i nakładki, wyjścia, przejścia i dojścia, sanatoria i domy z opieką. Jeszcze nie ma tak, by nie wolno było żywić nadziei! Przecież znane są przykłady, iż ludzie powracają do formy, mają remisje, a niektóre są długotrwałe, utrzymują się latami, więc nie trzeba się załamywać, mówić, że już nic i nigdy, i tylko klops.
Powiadali, że koniecznie musi ją wypełniać pozytywna wizja, bo tak już jest: fizyczna utrata staje się psychicznym zyskiem. Należy mnie nakłonić, bym odstawił zmartwienia, przekabacić mnie na zdrowy rozsądek, podszepnąć, bym nie ustawał w wysiłkach, nie opuszczał się w zaufaniu do medycyny i nie zwieszał nosa na kwintę, zacisnął serce w pięść i powiedział sobie: „kto tu rządzi". Ma mnie przypilnować, bym jadł wszystko, co z magnezem, witaminki oraz inne kpinki, ćwiczył ile wlezie, wziął hantle w garść i ruszył na barykady, ale powoli, z rozmysłem, z namaszczeniem, nie pchał się z entuzjazmem, nie pajacował z ćwiczeniami, że nie od zaraz, ale będzie dobrze, a kto wie, czy nie jeszcze lepiej.
Byli nasączeni optymizmem, zbawczymi radami, poleceniami, pociechami, przestrogami, toteż cały mój dotychczasowy, uporządkowany świat skurczył się, złachmycił, zatrzasnął przede mną podwoje z obietnicami, a Mama, jak zwykle – energiczna i nie znosząca sprzeciwu, postanowiła dodać mi otuchy, wypompować ze mnie zgorzkniałą krew i nie dopuścić, bym zwątpił w świetlaną przyszłość.
Od razu też zadbała o kontakty z kumplami z podwórka. Już nie suszyła mi głowy, że przychodzą i brudzą. Nagle była tolerancyjna, przegrzeczna, uśmiechnięta, a niekiedy – taktowna, bo kiedy chcieliśmy zostać sami, wiedziała, gdzie są drzwi. Ni stąd ni zowąd wpadła na pomysł, że do prowadzenia normalnego życia potrzebuję świeżego powietrza i mniej dusznej atmosfery, czyli wyjścia z domu. Załatwiła mi wieczorówkę, ogólniak dla pracujących i specjalny, akumulatorowy wózek. Miałem mieć zajęcia przez parę godzin w tygodniu. Ale pojawił się problem, bo wymagano zaświadczenia, że pracuję, a lekarze mi zabraniali. Pogadała więc, z kim trzeba, i nikt się nie czepiał.
*
Szkoła była faktycznie średnia i to pod każdym względem: przetłoczona, pedagogicznie posępna i niskobudżetowa. Uczyłem się jednak, bo chciałem do czegoś dojść, coś osiągnąć, wejść na grzędę, zająć czymś zgorzkniały umysł, uspokoić Mamę, że sobie poradzę. 
Na początku szło mi pod górkę. Reszta klasowej ferajny trzymała się ode mnie na dystans. Różniłem się od niej. Nie była przyzwyczajona do widoku Quasimoda. Ale rozumiem: ich obawy wzięły się z niewiedzy. Bo trzeba być w skórze drugiego człowieka,  żyć w jego trudnościach, kompleksach i „nierealności", by wydawać o nim sąd.  I wtedy przypomniałem sobie pewien obrazek. Ulicą szła matka. Trzymała dziecko za rączkę. Było rozbawione, coś mówiło gorączkowo, żywo gestykulowało, podskakując zawzięcie i wdeptując w każdą napotkaną kałużę: starało się dopasować do dorosłego kroku. Mama uważnie obserwowała mikrusa. Malec był rozbrykany, zaaferowany, podekscytowany: rozpierała go energia i wolałby pobiec szybciej, bo wszędzie jest do zobaczenia coś ciekawego, nowego, nieznanego, jak na przykład ów dziwny pan jadący ku niemu.
Cudaczny pan wygląda na człowieka, lecz chyba nim nie jest, bo czegoś mu brak. Malec wyrywa się i podbiega do niego. Chciałby poznać go z bliska, dowiedzieć się, czemu zamiast nóg ma kółka. Facet w inwalidzkiej limuzynie uśmiecha się przyjaźnie, zachęcająco. Widać, że lubi dzieci: są szczere, ufne, bezpretensjonalne. Nawet jeśli zadają głupie pytania, to nie mają w sobie znamion złośliwości. Ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, troskliwa mamusia zapobiegła nieszczęściu. Dramatem bowiem byłby kontakt jej dziecka z UFO. Człowiek należący do kasty ludzi o niestandardowym wyglądzie, bywa osobnikiem profilaktycznie podejrzanym. Trzeba trzymać się od niego z daleka, bo nie wiadomo, co mu strzeli do głowy. Tak jej mama mówiła i w myśl tych frazesów została przez nią wychowana, toteż przekazuje te brednie swoim pociechom. A one, skarcone za chęć poznania drugiego człowieka, dzielą się tą wiedzą z rówieśnikami z piaskownicy. W ten sposób rosną pokolenia wychowanych na przesądach; proces przekazywania irracjonalnych lęków trwa non stop.
Dla ludzi typu UFO czy ja, wykombinowano nazwę: „sprawni inaczej". Moim zdaniem jest mało ważne, jak nazwie się inwalidę, umownie pełnosprawnym, abstrakcyjnym przystojniakiem, współczesnym trędowatym lub niewidzialnym na niby. Sprawny inaczej oznacza w tym przypadku inwalidę DODATNIO NIETYPOWEGO, zdeformowanego w sposób pozytywny. Termin ten nikogo nie dotyczy i niczego nie wyjaśnia, ponieważ ludzi takich nie ma; został wykoncypowany przez językowego fajansiarza, który chciał jak najlepiej, lecz po drodze zbłaźnił się brakiem rozsądku. Dlaczego nie można – zapytałem sam siebie – powiedzieć bez minoderii, otwartym tekstem, brutalnie i po ludzku: inwalida to TEŻ człowiek, zwłaszcza że żaden człowiek nie lubi, gdy mu się podpowiada, iż oddycha się powietrzem, a granat, to nie wykałaczka. Lubi, gdy to, co mówi, jest przyjmowane na serio. Nie chce słyszeć o tym, że jest nieprzepisowo dorodny, bo o tym wie bez suflera.
*
Ale do rzeczy: tylko Wiktor godził się na moje towarzystwo. Gdyśmy się poznali, siedział tuż przy tablicy, a ja – stolik za nim, tak że zobaczyłem jego twarz dopiero na przerwie. Z początku nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Lecz całe to odczucie uległo zmianie, gdy podszedł. Nie powiedział ani słowa o mojej kontrowersyjnej prezencji, tylko, jakbyśmy znali się od lat, poczęstował mnie papierosem. Przyjąłem bez sprzeciwu, co mnie zatkało, bo, po pierwsze, nie palę, a po drugie, jestem nieoswojony z życzliwością. Bałem się jednak odmówić, obawiałem zaprzepaścić niespodziewaną okazję zawarcia nowej znajomości, toteż udałem, że bez odrazy wdycham dym i dopiero po dzwonku pojechałem na salę.
I wtedy coś we mnie pękło. Zrozumiałem, że byłem zaślepiony krzywdzącymi sądami: upychałem wszystkich do jednej przegródki. Odkryłem, że i wśród zdrowych zdarzają się wyjątki, a przy odrobinie dobrej woli mogę przemóc dotychczasowe uprzedzenia i zaprzyjaźnić się z nimi. Później wspólny papieros stał się tradycją naszych monosylabowych spotkań. Dopiero po tygodniu odezwał się do mnie. Na lekcjach nie pytano go, bo sprawiał wrażenie, że zna odpowiedź. Inni tak, reszta dyskutowała, popisywała się i wpadała na nieuctwie. Natomiast on stronił od wyrażania poglądów i początkowo sądziłem, że ich nie posiada. A kiedy już zdecydował się odezwać, zyskałem pewność: dysponował niejednym.
O czym mówiliśmy, nie pamiętam, przecież trochę minęło. Może o matmie, bo miał z nią sęki, może o historii, bo to była ta właśnie dziedzina, w której mogłem się wykazać, zwrócić na siebie uwagę; przez moment, dopóki nie uświadomił sobie, że wcale mi nie chodzi o historię, ale o to, by z nim być.
Już następnego dnia przeprowadziłem z Mamą rozmowę. Byłem zasadniczy, nieugięty, pełen skamlącej elokwencji. Przytaczałem argumenty, szermowałem aspektami, apelowałem do zdrowego rozsądku. Przekonywałem, że człowiek musi mieć kogoś, kto by go akceptował. Przecież chce, bym miał znajomych. Wzruszała ramionami, mówiła, że Wiktor jest „taki jakiś" i nie kończyła – jaki. Co miała na myśli, pozostawało zagadką. Chyba nie godziła się, że zajął moje serce, a może były tego inne powody, nie wnikałem. Wreszcie ustąpiła, wysprzątała mi pokój, prześcieliła łóżko. Przygotowała kawę, były ciasteczka, zezwoliła nawet na muzykę i spotkaliśmy się.
*
Przyszedł odprasowany i ogolony. Dla mnie miał notatki pożyczone od kumpla, coś jakby ściągi z zaległych lekcji, Mamie przyniósł wiązankę, ponudził z nią o upałach i efekcie cieplarnianym. Nie omieszkał też wyrazić się o ekologii. Wspomniał o genach i Emilu Zoli, co było lekkim przegięciem, bo choć Mama czytała to i owo, biedny Emil nie nadawał się do dłuższej konwersacji, a genetyka należała do jej słabszych stron, odniósł więc mizerny efekt. Naprawił swój błąd, zagadał go przytomnie, szybko i chytrze nawrócił do rozważań o nieśmiertelnej pogodzie, aż Mama zeszła z pomnika i podążyła do kuchni. A gdy nareszcie zostaliśmy sami, mogłem pokazać mu księgozbiór i komputer, zdezelowany odkurzacz pamięci, z którego byłem dumny.
Wyciągnąłem też swoje zbiory. Pokazywałem wielobarwne obrazki z przyrody, śmieszne zwierzątka żyjące w lasach sponiewieranych przez deszcz, a on wyrażał uprzejme zdumienie, prawie podziw i niemal zachwyt nad różnorodnością form istnienia. Lecz już w trakcie oglądania scen z życia ssaków i pluskwiaków, po zapoznaniu go z ich zwyczajami, gdy przeszedłem do bibliotecznych działów z literaturą, malarstwem i muzyką, przerwał mi dotychczasową prezentację i rzekł, że my, jako pasożyty wyposażone w baniak z inteligencją, nieważny bąbel umieszczony na naszym wierzchołku, narośl eufemistycznie nazywaną mózgiem, my, zdobywcy i grabieżcy, nie mamy prawa porównywać się do zwierząt, i gdyby to od niego zależało, zakazałby ludzkiemu robactwu pełzania po Ziemi, a mówi mi o tym jako żarliwy humanista, który wbrew pozorom, też dużo czyta.
Nie mógł zrozumieć, dlaczego musi to aż tak długo trwać, czemu z taką mordęgą przebiegają w nas procesy uczenia się subtelności, szlachetności i człowieczeństwa, natomiast powtarzanie błędów idzie nam gładko i bez zastrzeżeń. Ludzie, twierdził, nie potrafią żyć bez narzekania. Uwielbiają obnosić się ze swoimi boleściami, gramolić na świecznik dla znerwicowanych palantów, by zaprezentować kreację z męczeństwa. Automatyzmem, nieomal obyczajową powinnością, stało się cierpiętnictwo; jest dobrze, bo źle, a frasunek – uskrzydla.
Im bardziej narzekają, tym prędzej czeka ich zdrowszy sen. Zgryzoty, porażki, smuteczek do kawy, a na przekąskę sąsiad, który stracił pracę, popija, robi awantury, szlaja się po starych, dobrych czasach, kiedy żyło mu się jak w krowim placku: ciepło, sucho i akuratnie. Trudno im znieść widok człowieka szczęśliwego. Sąsiad jest co prawda bogaty, ale od razu pocieszają się, że – „ma parchy". Osobnik zadowolony budzi krzepką antypatię. Musi potrwać z parę milionów lat, co najmniej tyle, ile trwało schodzenie z drzew, by zaszły w nas mentalne modyfikacje.
*
Nie podejrzewałem go o ukrywanie takiej ilości oskarżycielskiego wzburzenia. Był podniecony i nieprzytomny z wściekłości. Dla uspokojenia, nie kontynuując niebezpiecznego wątku, dyskretnie tylko mówiąc, że zdarzają się wyjątki, ludzie wiedzący, do czego służą mózgowe fałdy, pokazywałem mu swoje ukochane zdjęcia, przedstawiałem kopie rzeźb i portrety filozofów, kasety z lekturami, wirtualne książki do czytania i słuchania, zeskanowane z prawdziwych, a Wiktor popadał w chwilowy marazm. Zaraz jednak apatia mijała mu i wracał ze złych przemyśleń. Zmieniał temat i powiadał, że nie sądził, iż znajdzie u mnie aż tak duże archiwum. Jest otumaniony jego rozmiarami i jeśli mu pozwolę, to będzie zachodził częściej, by zaznajomić się z nim dokładniej. 
Oczywiście, nie miałem zastrzeżeń, a i Mama zdążyła się do niego przekonać. Poczęła nawet mówić o nim częściej i lepiej. Gdyż z Wiktora był nie lada spryciarz: wiedział, jak z nią rozmawiać. Wyczuł, że jest chciwa na komplementy i uznanie, z premedytacją więc zarzucał ją duserami. Nic więc dziwnego, że stał się powszednim gościem, niemal domownikiem nocującym u nas. To znaczy w moim pokoju, gdzie Mama wstawiła łóżko po ojcu.
*
Często podczas nocy prowadziliśmy wstępne, relaksacyjne gadki o niczym. Układaliśmy się w hamletowskich pozach i rozprawiali o gęsiach na łańcuchu i zaprzeszłych grzechotkach. Co nas  prowokowało do krzykliwej wymiany zdań lub dołowało, bo po każdym krasomówczym bajdurzeniu uderzaliśmy w pompatyczne lub czułostkowe tony. Rezultatem owego uderzania było to, że po paru godzinach intensywnej gadaniny o niczym, padaliśmy z wyczerpania. Ja wkrótce zasypiałem, a on, skoro świt, zrywał się z legowiska i cwałował do pracy. A kiedy wracał, budził się mrok i zaczynaliśmy od nowa.
Nigdy nie mówił, gdzie spędza godziny pomiędzy pobytami u mnie. Pod tym względem zachowywał milczenie. Lecz był tajemniczy nie tylko w tej sprawie, bo i w kwestii rodziny, tego, gdzie mieszka, jak mu leci. Raz tylko wyrwałem z niego coś w rodzaju zwierzenia: oznajmił, że gdy powraca po pracy, lubi sobie połazić to tu, to tam. Ogląda ludzi stłoczonych przy wystawach. W skupieniu przystaje przed kuszącymi witrynami księgarń, antykwariatów, sklepów z pozłacanymi drobiazgami. Zerka na tytuły książek, których nie będzie miał. W uśmiechach i przeprosinach ustępuje miejsca przy oknie, w którym odbijają się kałuże i sylwetki tłoczących się obserwatorów. Odchodzi w ciszy, znika w tłumie. Na podwórzu jakiegoś domu, skryty za śmietnikiem, podziwia mrok i przelotny deszcz. Deszcz wkrótce obumiera i  ulice zaludniają się  na jego cześć jak gdyby tylko po to, by miał znowu kogo przepraszać i komu się kłaniać.
*
Jednego wieczora siadł przy moim łóżku, chwycił mnie za rękę i oznajmił, że musi ze mną pogawędzić. Zaczął od filozoficznych rozważań o czasie. Trochę mnie to zdumiało, bo czas nie stanowił przedmiotu naszych dotychczasowych dyskusji. Byłem jednak ciekaw, jak sobie z nim poradzi, toteż zamieniłem się w przysłowiowy słuch.
Popatrzył na mój księgozbiór i oznajmił, że przeczytanie tak dużej dawki różnorodnych tekstów jest uzależnione od ilości posiadanego czasu. Człowiek zdrowy, a do tego pracujący, nie może pozwolić sobie na luksus nieograniczonych lektur czy pasjonackie szperanie po inkunabułach. Jest zajęty chodzeniem po linie, zdobywaniem środków i tak dalej. Kiedy kończy gorzkie żale nad skrzeczącą rzeczywistością, wali się do wyra na pysk, a w mózgu ma breję.
Choćby "wył ze wszystkich sił", nie jest w stanie przesylabizować niczego poza nagłówkami. Skupić się na czymś trudniejszym od gazetowego kompendium niewiedzy. Ma blade pojęcia o tym, co rozumie. Nic do niego nie dociera, a jeśli już mu się wydaje, że z grubsza uchwycił sens, zmęczenie poczyna płatać mu figielki z pamięcią, gdyż początek wnikliwych dywagacji o ilości glutów na księżycu, nie konweniuje mu zakończeniem tekstu. Rzuca więc gazetę, bo rano musi biec za autobusem i być w robocie przed szefem. Jego przymusową misją jest zapewnienie sobie pracy, bo uszlachetnia, no i „w zdrowym ciele zdrowy muł". Kto nie zarabia, ten jest fajtłapa, a kto jest fajtłapą, ten zamiast „witaj, kasa" słyszy „żegnaj rozum". 
Osobiście nie należy do gatunku zapobiegliwych i zdaje sobie sprawę, że za mało chodzi wokół swoich interesów. Ale podkreśla: trudno znaleźć człowieka, który by nie chciał znaleźć potwierdzenia sensu swojego życia. Nie, że dysponuje charakterem ze spiżu i ma gwarancję na wydłużony czas istnienia, lecz chce mieć pewność, że jest na tym świecie nie tylko po to, by grabarz mógł utrzymać rodzinę.
Jego zdaniem szczęście człowieka zależy od tego, jak postępuje i czym nasiąka. Jeżeli od urodzenia nie poznaje innego świata, prócz pozorów i złudzeń powstających z lęku, skoro wegetuje pośród otaczających go, z grubsza ciosanych przedmiotów i żyje nie mając dostępu do piękna, to skąd ma się dowiedzieć, że oprócz intryg i egoizmu istnieje subtelność i wrażliwość?

Jak ma być delikatny i kulturalny, skoro nikt mu nie pokazał, że za meliną, w której się wychował, obok tak uświęconych wartości, jak „pół basa i kiełbasa", istnieje Mozart i bywają tęsknoty? Ale wystarczy urodzić się z dala od awantur o duperele, w zaciszu książek, chodzić do muzeum, teatru, na wystawy, widzieć na ścianach obrazy zamiast ram, grać na fortepianie, rozmawiać z ludźmi mającymi coś do przekazania, by dostrzec, jak wiele jest do nauki.

Zna leżenie z teorii i wie, że jest to dosyć wstrętny sposób na życie. Nic się nie chce, a czego się już pragnie, tego akurat nie można wykonać. Co niektórych wpędza w malkontenctwo i patrzenie na świat przez pryzmat swojej niedoskonałości. Jeżeli trwa krótko, da się z nią wytrzymać i przeczekać. Lecz gdy zanosi się na dożywotnią, nie ma innego wyjścia, jak rozumna zgoda na nieuchronność losu. Inaczej jest odartym z kontaktów  singlem, facetem upędzającym się za przefujarzoną młodością, elegijnym cymbałem żyjącym wspomnieniami.

Pogodzenie z własną niesprawnością jest więc warunkiem zachowania przyjaciół, rodziny, znajomych, ponieważ od ludzi ponurego usposobienia odsuwają się wszyscy; według ich oceny, wydaje się sobie bezbłędny, normalny i wszystkowiedzący; pozuje na typa, którego świat nie docenia, spycha na margines. Ale świat, jak powiadali, nie ponosi winy za to, że jest niekonwencjonalny. Tak rośną i rozprzestrzeniają się w nim grzeszne uczucia nienawiści wobec zdrowych; mizantropia, to nektar upadłych aniołów.
Cdn.