Andrzej Tęgi - Nawet gołębie popełniają samobójstwo

– Pieprzyć to.
Krzesło rąbnęło w podłogę. Chłopak wstał. Trzasnął drzwiami. W jasnym słońcem pokoju kiwała się łysa czaszka starca...
– Kretyn – Profesor westchnął zza biurka.
Za plecami chłopaka huknął baryton:
– Następny! – stary krzyknął.
Miał się nie odwracać. Ale co tam!, pomyślał.
Zgrabna blondynka w białej koszuli z obfitym dekoltem przebyła korytarz, zbliżyła do drzwi, z których wyskoczył Jareczek. Jak gdyby nikt nic nie widział. Każdy, kto stał w korytarzu przed drzwiami zajęty był sobą. Mieli gdzieś, że on wyszedł po dwóch minutach z obrony. Że zmarnował pięć lat na magistra. Że w ostatnim momencie, postanowił zrezygnować. Nie zdał. Zresztą... Jareczkowi i tak po prostu przestało zależeć.
Samolot odlatywał za dwa dni. Miał dwa dni na zamknięcie 25 lat życia. Dwa dni, żeby zapomnieć.

1.

– Chodź, synku, na obiad – zachęciła matka.
Stół. Talerze. Jedzenie na stole.
– Jesteśmy z ciebie dumni. Musisz to wiedzieć – rzekł ojciec. – No! A teraz mów. Jak ci poszło? Co ty taki smutny?
– Nie każdy musi być najlepszy – zauważyła matka. – Z trói też się trzeba cieszyć. No? Opowiadaj.
– Opowiadaj.
– Co mam opowiadać?
– Co się z tobą dzieje? – wybuchnął ojciec.
– Nic.
– Obroniłeś się?
– Ta. Bardzo dobrze.
– Nasz syn! Wiedziałem. – ojciec rozpromienił się.
– A nie mówiłam! Nasze gratulacje. Wiedziałam, że jesteś najlepszy. Nasz syn. Magister!
– Magister – Jareczek przytaknął.
– Co ci jest? Czemu jesteś smutny? Nie cieszy cię to?
– Zajebiście cieszy.
– Jarek! – Krzyknął ojciec. – Nie odzywaj się tak do swojej matki.
– Synku musisz się zmienić – szepnęła łagodnie, jak mama... – Zmienić to, jak się odnosisz do swoich rodziców.
Jareczek wsuwał drugi kawałek mięsa.
– Co się z tobą dzieje?
– Już nic do ciebie nie dociera?
– Kto cię tak wychował?
– Dziękuję – Jareczek rzucił.
Wstał od stołu. Uśmiechnął się. I odszedł. Matka i ojciec zabrali się za jedzenie. Schabowe. Parowały. Jeszcze ciepłe.
W czasach bez wojny nie ma pokoju. Co sekundę umiera człowiek. Co ułamek zdycha inne zwierzę. Najbardziej na świecie Jareczek pragnął pokoju. Pragnął czegoś, o czym nie miał pojęcia. Czegoś, co istnieje tylko w teorii. Pokój nie istnieje. A ciągła walka wykańcza. Wykańczała go. Walczył ze sobą, z innymi, rodziną, moralnością, zasadami, bólem i brakiem tego bólu. Z tym, że walczył. Że nie potrafił dać sobie spokój. Iść prosto. Że nie umiał jak Wszyscy. Że chciał i nie chciał jak Wszyscy. Z walki nikt nie wychodzi bez szwanku. Jednak, w końcu zrozumiał.
Pojął, że walka jest ostatecznie dobra. Że jest sama w sobie największą wartością. Ideą, której nie zauważał. I gdy się nie ma wyjścia i się walczy, to należy zwyciężać. Należy być tak zajętym myślą o przetrwaniu i przewadze, by nie myśleć o własnym byciu. Byciu nikim. Podłym. Głupim. Bez możności wyboru. Równym innym zwierzakom.
W czasach popkultury największą siłę dają:
sława – raz,
pieniądze – dwa.
Sławy jednak nie ma i nie będzie bez forsy i/lub talentu i wiary. Kierunek, który przez pięć lat studiował, okazał się nonsensem. Studia humanistyczne nie dawały perspektyw. Żadnych widoków na zwycięstwo. Mieszały w mózgu, sądził, skłaniały do kompromisów, których w czasach walki nie ma i być nie może. Pieniędzy nie zarobi w kraju. Za to za granicą jest ich mnóstwo. Nowa Wielka Emigracja niedawno się zaczęła. Ostatni gwizdek, żeby się załapać. Znasz język – coś znajdziesz. Myślisz – dasz radę. I później tylko w górę...

– Myślisz czasem o śmierci? Bo ja bez przerwy.
– Nie mam czasu na takie pierdoły. A w ogóle jak ci idzie? Piszesz jeszcze? Coś tam, pamiętam, pisałeś.
– Staram się. Już rok. Nic z tego. Codziennie to samo. Budzę się. Chcę. Czuję, że mogę. Pierwszy papieros. I już wiem, że nic z tego. Przede mną rzeczywistość. Brak złudzeń.
– Ta. Przejdzie ci.
Pauza.
– To, kiedy jedziesz? – spytał Andrzej.
– Dwa dni.
– W sumie dobrze robisz. W kraju nic cię nie czeka. Ciężko z pracą i w ogóle...
– I nic nie trzyma.
– Ta. Szybka kasa. Godne życie. O to przecież chodzi, nie?
Jareczek nie odpowiedział. Brat, Michał, trzy lata temu opuścił kraj. Zarabiał dobrze, żył przyzwoicie. Starał się o obywatelstwo norweskie. Rzadko tęsknił za ojczyzną. Parę dni temu przyjechał odwiedzić rodziców i na pogrzeb.
Dzień był czarny. Późny październik. Nieba nie było. Strzępy ołowianych liści wisiały nad głowami. Cicho. Wspólny kolega Michała i Jareczka leżał tuż pod stopami w dole. Ksiądz gadał. Szereg nieznajomych pysków. Nikt nie wył. Nikt nie skomlał. Nikt nie szczekał. Bo, po co?
– Drażni mnie ta koszula. Ciśnie w szyję.
– Jarek, wytrzymaj. 5 minut i idziemy.
– Tak jest.
Minęli bramy cmentarza. Samochód Michała był w zasięgu wzroku.
– I co się z nim stało – spytał.
– Cholera wie. Dawno go nie widziałem.
– Jak ktoś tnie sobie żyły, to ma chyba powód.
– Widać, miał powód. Nie zmienia to jednak faktu, że chłopak miał też nie po kolei w głowie.
– Dobra Jarek. Nie gadajmy o Młodym.
– Tak będzie najlepiej. Szkoda, że nie żyje. Lecz z drugiej strony, kto z nas żyje naprawdę?