Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478

Warning: A non-numeric value encountered in /akant.org/plugins/system/helix3/core/helix3.php on line 478
  • +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska - Panichida (2)

    – Tak – mówiła PANI EGUCKA – sama do siebie – dziś w naszym domu nie URODZINY, dziś PANICHIDA; nie ma smakołyków upieczonych przez Stasię od św. ZYTY, stoi oto miseczka z KOLIWEM – PANI EGUCKA pszenicy nie miała, toteż przygotowała ryż z miodem, rodzynkami, migdałami, orzechami, śliwkami suszonymi; taki symbol jedności żywych z nieżyjącymi – teraz z ciotką Heleną? KNIAGINI JELENIU – NIEKNIAGINI? – w Jezusie Chrystusie. Poświęcona kształtem KRZYŻA po zakończeniu panichidy przez kapłana, ta dostojna potrawa przez wiernych będzie spożywaną bo miód tu symbolizuje SZCZĘŚCIE WIECZNE, a pszenica lub ryż, każe przywieść na pamięć słowa Chrystusa o zmartwychwstaniu:
    – JEŚLI ZIARNO PSZENICY WPADLWSZY W ZIEMIĘ NIE OBMURZE, ZOSTANIE TYLKO SAMO, ALE JEŚLI OBMURZE, PRZYNOSI PLON OBFITY.



    Choć pogrzeb ciotki Heleny w obrządku katolickim był odprawiony – ciotka katoliczką przecież była – to teraz – w trzeci dzień po pogrzebie odprawiana panichida w obrządku prawosławnym, miała dowieść, że to nie oto ciotka Helena przeniosła się do wieczności, a kniagini Jelenu swą duszę oddzieliła od ciała i według prawosławnej teologii swych przodków znajduje się teraz w świecie bezcielesnych potęg duchów dobrych i złych – CIENI – gdzie stan swojej duszy będzie ujawniała i sądu szczegółowego doznawała, choć – jak się to dzieje i w sądach tu na ziemi – nie jest to jeszcze SĄD OSTATECZNY: Bo teraz jej dusza zaczynała chodzić PO CŁACH, gdzie jest badana przez złe duchy, ale przez anioły broniona i chroniona – to chodzenie PO CŁACH ma teraz uzdrowić i odrodzić jej ludzką naturę, aby w radości ŻYŁA WIECZNIE – ażeby na trzeci dzień zmartwychwstałą w dziewiątym dniu po śmierci zaliczona została w poczet dziewięciu chórów anielskich, a w czterdziestym dniu – na podobieństwo Chrystusa – dostąpiła chwały NIEBA.

    By się to stało, to uzdrowienie duszy ciotki KNIAGINI – NIEKNIAGINI – modlitwa żyjących i wstawiennictwo zbawionych potrzebne: dopiero wówczas – po CŁACH, panichidami, parastasem wspomagą kniagini Jelenu – ciotką przed oblicze BOGA przeprowadzona pokłon mu odda i dozna niebiańskiej szczęśliwości – z tą uzdrowioną i odrodzoną LUDZKĄ naturą
    – Jakiż to dobry i szlachetny ten KNIAŹ SZALONY, że tak o stan duszy kniagini Jeleny zatroskany! Jak to pragnie doprowadzić ją do chwały NIEBA! – uprawiała w myśli persyflaż PANI EGUCKA.
    – To oczywiste, że zachowuje raczej pozory tej dobroci i szlachetności by skryć pod tymi pozorami swą zbrodniczą manię seryjnego mordercy staruszek i może nie tylko: z przepastnych głębin carskich genów wydobytą, bo iluż to carów krew lekką ręką ochotnie rozlewało.
    Kniaź ci on Moskiewski – może i PANI EGUCKIEJ krwi – potomkini Wielkiej Księżnej Twerskiej w swym chorym umyśle zapragnąć – Wielkie Księstwo Moskiewskie zawsze przecież z Twerem wojowało i księcia Twerskiego na Litwę przegnało, toż to i teraz ten chory umysł może wojnę nową z wyimaginowanym Twerem w osobie PANI EGUCKIEJ rozpocząć: w jego genach wszystkie bitwy i animozje ludzi noszących CZAPKI MONOMACHA zakodowane! Na pewno podsłuchał, jak ciotka Helena mówiła do PANI EGUCKIEJ, że KRÓLEWSKIEJ KRWI JEST, bo od Wielkiej Księżnej Twerskiej w prostej linii...

    Nie, nie ze mną te numery Brunner nie Brunner, bo SZALONY KNIAŹ – PIĘĆ plus JEDEN i TYLKO JEDEN jest TRZYNAŚCIE! Może jeszcze pomsta na ciebie spadnie – oby przedtem nie opłacona kolejną ofiarą! Żyją przecież kolejne ciotki Szlacheckiego i tego strasznego, ujawnionego naraz, kuzyna
    – SZALONEGO KNIAZIA! – gorączkowała się PANI EGUCKA. Zawsze się tak gorączkowała, gdy do kolejnej walki zbierała siły.
    Zresztą – nawet gdyby tych sił jej kiedyś zbrakło, to i tak cała szlachta żmudzka, ICZE z jednego DOMU z Bilewiczami herbu Mogiła a nawet TRZY! z ojcem na czele przybędąjej z odsieczą! Ochronią! Obronią!
    Ranek posunął się ku przodowi, toteż o tej przedpołudniowej niedzielnej godzinie – zgodnie z uwiadomieniem jej przez SZALONEGO KNIAZIA – udała się do poznańskiej cerkwi.

    W tym futrze z czarnych brajtszwanców połyskujących jak najczarniejsze bryły tłustego węgla tłuczonego na polecenie GALARETY w STAREJ KUCHNI i w czarnym toczku z woalką przesłaniającą oczy – wypisz wymaluj toczek CECYLI PUCHĘ, bo wykonany przez najlepszą poznańską modystkę, tę z ulicy Woźnej w Poznaniu według fotografii z lat trzydziestych ubiegłego wieku na której to CECILE kroczy ulicą Św. Marcina, wtulona w ogromny szalowy futrzany kołnierz długiego do kostek, ciemnego paltota, z którego wychyla się niczym delikatny kwiatek główka CECYLI w takim właśnie wytwornym toczku z woalką... NAKRAPIANĄ. Romantyczną, bo osnuwającą jak o ćmą tę FAMME FATALE, która swego pierworodnego syna, ojca PANI EGUCKIEJ, urodziła TRZYNASTEGO o godzinie TRZYNASTEJ.
    Teraz też – PANI EGUCKA była pewna – dzięki takiemu samemu toczkowi, stanie się FAMME FATALE dla SZALONEGO KNIAZIA – pokona go!
    Cerkiew – no może cerkiewka, bo gdzież jej było do tych wszystkich monasterów, soborów, cerkwi kapiących złotem, które podczas licznych peregrynacji na wschód PANI EGUCKA z szacunkiem i podziwem nawiedzała, bo nie: zwiedzała – raczej kontemlowała duchowość ich niezwykłych ikonostasów, za których CARSKIMI WROTAMI kryła się jakaś tajemnicza wieczność. Słowo: zwiedzała – w przypadku świątyń wszystkich wyznań wydawało się PANI EGUCKIEJ niestosowne. KULTURA – ta zdolność wyrażania szacunku... no i KINDERSZTUBA.

    Zatem: skromna cerkiewka przy ulicy Marcelińskiej w Poznaniu, szara, pozbawiona – chyba dla zabezpieczenia jej przed złodziejami ikon – okien, z solidnymi metalowymi drzwiami bocznych wejść, jakby wrosła w ziemię swą przysadzistością i byłaby nieomal niezauważalna z ulicy, gdyby już z daleka nie przywoływała PANIĄ EGUCKĄ swymi solidnymi podwojami, rozjaśniającymi jej szarość w ów popielaty dzień białym obramowaniem i imitacją skromnego równie białego frontonu, na którym zawisła oprawna w szeroką drewnianą ramę IKONA – św. Mikołaj patronował tej cerkwi. Wyżej – nad frontonem – na gołym szarym murze przytwierdzone metalowe litery osobliwe skrojone (nawet tamte, z dzieciństwa PANI EGUCKIEJ: gotyckie, były łatwiejsze do odszyfrowania) to była chyba CYRYLICA, bo przypomniały wielkie litery alfabetu greckiego, tworzyły jakiś tajemniczy napis, który natychmiast zachęcił PANIĄ EGUCKĄ do wejścia do świątyni, bo zawsze zachwycała ją wszelka TAJEMNICZOŚĆ – może prowadząca do odkrycia TAJEMNICY ISTNIENIA, której całe życia poszukiwała.

    Tuż przy wejściu, z przeszklonego przepierzenia z okienkiem, wyłaniała się swym popiersiem dostojna matrona – staroświecka koafiura: włosy upięte w kok i przyozdobione najprawdziwszym dziewiętnastowiecznym kościanym grzebieniem, rzeźbionym... no, ręcznie wykrawanym – żadne tam plastyki.
    Wydawała przybywającym na panichidę wiernym prawosławnym – raczej nielicznym – POMIANNIKI.
    – Każda prawosławna rodzina ma tu u nas takie książeczki z zapisem imion bliskich ŻYJĄCYCH, a w drugiej części spisane są imiona bliskich zmarłych. Z tych to POMIANNIKÓW, złożonych przez przybywających na panichidę na PANICHNIKU – o, to te stoliku w głębi, stojące w nawie głównej cerkwi, po lewej i po prawej stronie CARSKICH WRÓT.
    Po prawej za żywych się modlimy, po lewej za zmarłych – objaśniała bardzo uprzejmie, uśmiechnięta matrona PANIĄ EGUCKĄ, trochę zaskoczoną taką kartoteką ISTOT ludzkich w świątyni.
    – Ojciec duchowny odczytuje imiona zmarłych, za których odprawia mdły, wraz z wiernymi – objaśniła nadal cierpliwie.
    – Są tam też tulejki na świeczki: świeczki, które może pani zapalić w intencji swoich bliskich – dodała, wyjmując z niebieskiego podłużnego pudełka, cieniutkie, długie woskowe świece, które PANI EGUCKA oczywiście nabyłą wyłuskując z czarnego aksamitnego woreczka złotówki, które wen głęboko zapadły i PANI EGUCKA musiała w nim nerwowo gmerać:
    Ładny, ale niepraktyczny – roześmiała się matrona. – Ja na starość to już tylko wygodę sobie cenię... PANI EGUCKA przez grzeczność nie zaprzeczyłą choć zawsze wolała rzeczy dziwne, może nawet dziwaczne, ale PIĘKNE, od praktycznych, toteż skinąwszy głową matronie, oddaliła się.
    Choć z zewnątrz niepozorną cerkiew w swym wnętrzu swą pustą przestronnością dodawała sobie dostojności; podłogę miała wyłożoną kobiercami, tłumiącymi teraz kroki PANI EGUCKIEJ podążającej za nieliczną grupką wiernych w kierunku panichników.
    PANI EGUCKA stanęła za kolumną przypatrując się panującym tu obyczajom: kobiety i mężczyźni, prawie zawsze o wschodnich, nieraz ostrych, rysach twarzy, często czarniawi – jak Ksenia – ubrani najczęściej w niewyszukane stroje – często w czarne skórzane płaszcze – podchodzili do panichników i najpierw składali głęboki ukłon, dotykając prawą ręką podłogi, żegnali się znakiem prawosławnego krzyża i zapalając te cieniutkie świeczki, zatykali je w tulejki.
    PANI EGUCKA też tak zrobiła, ale jeszcze – pouczona przez matronę – ustawiła na panichniku dla zmarłych przyniesione KOLIWO; postawiła je na brzegu stolika, bo stał na nim już pośrodku krzyż z wizerunkiem ukrzyżowanego, a po obu stronach symetrycznie umieszczone były postaci Matki Boskiej i św. Jana Teologa – Ewangelisty.
    Jako osoba nie znająca obyczajów cerkiewnych, ponownie, skromnie przysiadła za kolumną – miała teraz możliwość obserwowania wnętrza nieomal całej cerkwi, a nawet wysuniętego do przodu balkonu, na którym ustawił się już niewielki zespół chóralny.
    Z prezbiterium – części ołtarzowej – wyszedł teraz Ojciec Duchowny, w liturgicznych szatach, z kadzielnicą w dłoniach i PANI EGUCKA zdumiała się jak bardzo długo i bardzo starannie, bardzo starannie i znów długo, okadzał wszystkie zakamarki cerkwi, jakby poukrywały się tu tabuny jakichś ZŁYCH MOCY – PANI EGUCKA przypomniała sobie owe ZŁE MOCE przedstawione na ikonie jej przodków, które jednakże trzymała na uwięzi Matka Boga wpisana w urodę Syberyjki? Eskimoski? Któż to może wiedzieć, ileż to oblicz posiada Matka Boska – Boska, nie Boża jak się teraz mówi, bo przodkowie PANI EGUCKIEJ tak się do niej zwracali, choć przecież najpiękniej brzmiało jej przyzywanie przed bitwami: BOGURODZICA MARYJA...

    To okadzanie! Takie staranne, takie uporczywe – czyżby ta cerkiew, ta warownia DOBRA, atakowana? Oblegana była przez złowrogie CIENIE UJEMNOWYMIAROWCÓW?
    Zapewnie tak. DOBRO zawsze przyciąga Zło, toteż PANI EGUCKA wdychała dymy kadzidelne ze zrozumieniem, a nawet otoczyła tego zapracowanego Popa z kadzielnicą w dłoniach serdeczną myślą– tak, POPA, bo w PANI EGUCKIEJ rozumieniu, nie był to wyraz o znaczeniu pejoratywnym – wręcz odwrotnie: kojarzył się jej z Carami, starą Rusią – Matuszką a może jeszcze dawniejszymi czasami: z Wielkim Księstwem Moskiewskim, co to choć jej wielkich przodków – książąt Twerskich prześladowało i pokonało, to jednak o ich waleczności przypominało.
    Przywodziło też na pamięć całą rosyjską literaturę, w zakamarkach duszy ludzkiej zanurzoną a dusza rosyjską to dopiero zagadka!
    Cdn.

     

    Również tego autora