Jerzy Adalbert Jucewicz - Głęboka studzienka...

Nasza znajomość sięga odległych lat. Od czasu, kiedy jako turysta odkrywałem Kaszuby. Były to chwile pełne emocji i zauroczenia tym malowniczym regionem. Wybawieniem od szarej codzienności miasta, bo na Pojezierzu Kaszubskim króluje nieskazitelna przyroda. Otwarta przestrzeń – nie do ogarnięcia, gdzie ziemia styka się z niebem, a człowiek z tajemnicą prabytu. Wszystko w ruchu, w przemianach. Spotkania z ludźmi i z ptakami wysokiego lotu. Z obłokami, które wylegują się na brzegu, a drugie przeglądają się w lustrze jeziora. Ze szczegółami krajobrazu i naszej niepojętej złożoności, którą oswajamy najpierw w myślach, potem we wspomnieniach. One łączą przeszłość z teraźniejszością. Pamiętam każdą ścieżkę, zagajnik, ustroń i polanę, którą przemierzałem na dwóch kółkach przed laty. Rzeczkę i jezioro, gdzie się kąpałem lub brodziłem powyżej kostek i kolan, kiedy most był zwalony, a nie chciało się korzystać z objazdu. Każde drzewo i kamień, gdzie odpoczywałem. Każde zakole, krzyżówkę i niemą drogę leśną która prowadzi w nieznane i mówi nie mówiąc o minionych czasach. Ludzie byli i są wszędzie, ślady ich pobytu przed wiekami są widoczne i teraz. Pracowali i pracują niszczą środowisko bez opamiętania. Ziemia hojna daje chleb i wszystko, co do życia i szczęścia potrzeba. Wędruje się przeto raźno ku otwartym przestrzeniom i źródłom. Z optymizmem i nadzieją. Od niedosytu ku sytości. To znaczy od zalążni do kwiatów i owoców. Stąd do życia w ogóle, które w słońcu poczęte, pod gwiazdami zrodzone.
W młodych latach często zdarzały się wypady na Kaszuby. Do Wiela i okolic. Na Wieżycę z wieńcem jezior i wstęgą Raduni u stóp. Na Zamkowisko i do Kartuz. Nad jezioro Wdzydze w kształcie krzyża i z wyspą podobną do twierdzy. Szlakiem wodnym i lądem. Po śladach wędrowców, bardów i minstreli, po wzgórzach morenowych Kalwarii Wielewskiej i po niskim brzegu wokół jeziora aż do brodów w cieku rzeczki Niechwaszcz z licznymi dopływami. W kręgu rozlicznych jezior: Skąpe, Blewicz, Wielewskie, Brzeżno, Wielkie Młosino i Raduń, nie licząc małych oczek i łąk rozległych z kępami łozy, i traw ciepłolubnych. Zbierało się wtedy zioła, jagody i grzyby. Pływało się na wznak i na boku, najwięcej żabką krytą Nierzadko też kajakiem. W jasnej toni widać było ryby i wodorosty. Przed zmierzchem trzeba było jednak wracać do ośrodka, aby pospać do brzasku nowego dnia.
Nad wieczorem przychodził do ogniska pan Teofil K. Opowiadał godki i facecje, recytował Derdowskiego całe urywki z pamięci. Od tego czasu datuje się moje zainteresowanie kaszubszczyzna. Jemu w dużej mierze to zawdzięczam. Rok po roku powtarzały się nowe wyprawy we wszystkich kierunkach na mapie i w terenie. Po starych i nowych ścieżkach, których nie da się zapomnieć. Tym bardziej ludzi. Byłem tu i jestem za każdym razem od nowa. Dróg, słów i obrazów nigdy dosyć. Pierwsze są nieme, drugie mowne, ostatnich nie można się napatrzyć. Sny są krótkie, marzenia długie i barwne. Układa je wyobraźnia, pamięć utrwala, natura porządkuje.
Kilka lat temu przeżyłem te kolejne przygody jakby od nowa, lecz zgoła inaczej. W blokowisku za betonową ścianą za szybą bez światła i widzialnej przestrzeni. Bez szans na przygodę. W domofonie zabrzmiał znajomy głos. Natychmiast wybiegłem za próg. Był to pan Teofil z Wiela z szerokim uśmiechem na brodatej twarzy. Odwiedził mnie bez żadnej zgoła okazji. Pamiętał, że jestem i że warto zajść. Odnalazł bezbłędnie. Przegadaliśmy do północy. Któryż to raz z kolei? Nie wiem. Zawsze z niedosytem. Ciekawie i zachłannie. Jak przy lekturze, którą się pochłania oczami i wraca we wspomnieniach. Takie jest prawo powrotów. Słowo do słowa, ziarnko do ziarnka, zbierze się foliał znaków. Albo zgoła nic, albo precedens dobrej roboty? Czytamy przeto i szukamy. Wędrujemy po ścieżkach i drogach, wypływamy w morze, wspinamy się na szczyty, spadamy w dół. Wschody i zachody. Tak idziemy, łowimy w morzu potrzeb. Powab przygód, autentyzm wrażeń. Morze jest głębokie i szerokie. Mare Połonomm po horyzont pełne i otwarte, o którym śpiewały ulice wszystkich miast Polski przed dziejową burzą wrześniową: Morze, ojczyzną twoją niezmierzona dal... A drugie, śródlądowe, to Wdzydze, Mare Kasnbiae, od Borska po Wdzydze Kiszewskie i od Gołunia na wschodzie po Czarlino, i po Kalisz Pomorski na krańcach zachodnich pośród wzgórz i dolin Zaborza. Gdzie króluje zieleń przechodząca po zachodzie w czerń lasu i wody pełne grozy z jeziora. Wtedy jedyne wyjście to strzęp jaśniejącego nieba nad przesieką. He obrazów, ile słów, tyle myśli i przekazów, tyle prawdy w nas o nas.
Powiedział mi ten Kaszuba wiele, ale teraz najwięcej i to w bardzo krótkim czasie. Powiedział, czego nigdy nikomu nie mówił ani nie napisał. Co skrywał jako najgłębszą tajemnicę osobistą. Jak wyznanie albo spadek duchowy po kimś bliskim, dawno, dawno zmarłym.
Jako osiemnastoletni ochotnik poszedł we Wrześniu na wojnę. Przetrwał i ocalał, wrócił zdrów i cały. Teraz, po latach, porządkuje myśli i wspomnienia, obrazy i słowa, aby otworzyć się i mówić zrazu nieśmiało, szeptem, wreszcie coraz to głośniej, co przez całe życie było utajone i trudne do wypowiedzenia. Miałem to szczęście, że zaczął ode mnie. Widać darzył mnie zaufaniem, skoro wziął za powiernika.



Lato było piękne i pogodne. Jasne wschody i zachody. Noce upojne. Aura świeża, radosna. Na bezchmurnym niebie świeciło słońce. Pogoda wymarzona dla turystów i żniwiarzy. Dla wodniaków, plażowiczów i łazęgów pieszych. Dla jaskółek i owadów. Dla grona „leśnych ludzi", których powołała w tym czasie do życia na Polesiu Maria Rodziewiczówna, rodem spod Kobrynia, gdzie miała majątek w Hruszowej. Gdzie rośnie wiekowy Dewajtis. Trwa do dziś na rodzimej ziemi, a ludzie oderwani od korzeni poszli na wygnanie. Do nich wszystkich mógłby się pan Teofil pospołu ze mną zaliczyć ze względu na wspólnotę pnia, konarów i korzeni. Bo czas historyczny, teraźniejszy i przyszły został porażony kataklizmem wojny. Lecz mimo to problemy młodego wieku są żywotne i niezmienne: szkoła–dom, ferie, posmak dni przed maturą nowe perspektywy. Czarnych chmur nikt się wtedy nie bał i nie spodziewał, choć wirowały w głębi kontynentu, szły i szukały upustu dla swojej niszczycielskiej potęgi. Dla ideologii słowa i żelaza wykuwanego w piekielnym ogniu na oczach świata. Nikt niczego nie podejrzewał. Wszyscy byli dobrej myśli. Każdy człowiek, młody i stary był beztroski, pełen optymizmu. Nie przejmował się prognozami. Dzieci jeździły na kolonie, maturzyści w Tatry, albo Wisłą do Gdańska, do Warszawy i Kazimierza, do Krakowa, albo do Międzylesia i Międzyrzecza Koreckiego, gdziekolwiek ojców ziemia i granica bez granic. Nawet do Dubrovnika w Dalmacji i do obu brzegów Adriatyku, i jeszcze dalej i dalej na starym kontynencie. Szusowali na rowerach po traktach i bezdrożach zachodu i wschodu aż po Huculszczyznę, Prut, Czeremosz i porohy Dniestru. Biwakowali po lasach na polanach przy ognisku. Żołnierze ćwiczyli na manewrach w różnych zakątkach kraju. Na ulicy oficerowie dzwonili ostrogami. Obnosili dumnie swoją wojskową elegancję. Pan mecenas atoli w meloniku na bakier kłaniał się nisko panu doktorowi. – moje uszanowanie, zapraszam na brydżyka, ukłony dla pani dobrodziejki... Wszystko było normalne, fascynujące, swojskie i przyjazne, gdziekolwiek wzrok spoczął, a stopa postała na chwilę. Ręka natomiast niosła chleb z grubej mąki i wody prosto do ust.
Serce radowało się słowem i uczynkiem. Jak w miodosytni czasu pokoju, zamienionego raptem w czas zagłady', kiedy z ludzi uczyniono warstwy archeologiczne.
Gazety były pełne wiadomości złych i dobrych, jasnych i czarnych. Agencje prześcigały się w podawaniu różnorodnych komunikatów. Pisały o wyczynach sportowych, konnych, motorowych, wodnych i powietrznych. O modnych kurortach i rautach na Lazurowym Wybrzeżu w Monte Carlo i w Juracie na Helu. Głośno było o rejsach „Batorego", o Casablance i rozporkach, o małej uliczce w Barcelonie, o modzie damskiej, męskiej i nijakiej. O bożyszczach kina i kasowych filmach, jak na przykład Serenada w dolinie słońca czy Gasparone. O dwóch księżycach i nocnym życiu artystów w domu i w prozie Marii Kuncewiczowej w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. O koronowanych głowach i ruletce, o nałogowych graczach i samobójcach. O bohaterach przestrzeni i rekordowych przelotach przez Atlantyk. O wizytach na najwyższym szczeblu. O polowaniach w Białowieży i balach w Nieświeżu. O budowie portu w Gdyni i o transatlantykach pod polską banderą. O szykanach niemieckich w Gdańsku i na olimpiadzie w nazistowskim Berlinie.
O elektrycznych rybach i rekordach głębinowych doktora Beebe. O atrakcjach w cyrku braci Zaleskich, co koniecznie trzeba było widzieć. Człowiek na „elektrycznym" krześle palcem zapalał papierosa, a spod pięt iskrzyło, jak przebierał nogami. Tygrysy zaś jako żywy dywan i piękna treserka omdlewająca, słonie i klown, co miał wodę w brzuchu a butlę w portkach. Jak uciekał, to buty i stopy odpłynęły po mokrej desce niczym pontony desantowe, a on boso żytem, żytem... Śmiechu było co niemiara. Wreszcie o kometach i tajemnicach żywej komórki. O wielkim świecie i małych ludziach na trampolinie dziejów. O polityce ludzi twardych jak stal w krajach totalitarnych Europy Środkowej i Wschodniej. Najgłośniej było i najwięcej o zabiegach dyplomatycznych państw zachodnich dla uratowania pokoju. Tytuły na pierwszych stronach roiły się od gwarancji sojuszniczych i zapewnień poparcia dla Polski. Superlatywy: szlachetny, rycerski naród etc, etc. Pełno było not ze spotkań międzynarodowych o nieugiętej i solidarnej postawie mocarstw wobec roszczeń Hitlera. O tym, że on nie odważy się rozpętać wojny ani wejść do „korytarza". Dyplomatyczny Wersal na jedwabnym szlaku: kurtuazja, uściski i pocałunki, piękne damy, brylanty, toalety, tiule, krynoliny, kaszmirowe szale, białe rękawiczki, szampany i szamany w szafirach lila–róż do wszelkich możliwych usług i potrzeb. Piękne słowa, ukłony, gesty pożegnań. Uczty bogów odlotowe. Na padole zaś ludzie przymierają głodem. Nie da się żyć obietnicami dla każdego według jego potrzeb: kostka cukru i maggi na prikusku, margaryna i samochody na talony, armaty, zeppeliny i czołgi z tektury dla armii ludu pracującego gratis. Rejsy po–morskie. Transalpejski Anschlnss do Buga i dalej aż po Wołgę, i Ural w ramach sojuszniczej pomocy. Folkowe intermedium.
Rok 1939. Słoneczne i gorące lato. Lazurowe Wybrzeże. Europa i Polska nad brzegiem morza bawi się. Gdynia – Jurata – Hel. Euforia cieplarniana. Historia tymczasem toczy7 się w tak zawrotnym tempie, że nikt nie może nadążyć z jej interpretacją i pojęciem. Ani stary, ani młody z elitarnej szkoły, jak świat światem, a Polska długa i szeroka. Nikt nie może się z tym uporać. Ani wiarus spod Verdun, ani duch Napoleona, ani żadna nowatorska doktryna eschatologiczna powstała ad hoc. Nikt na świecie. Nikt nie zawróci biegu rzeki ani przeleje sitem morza. A teraz, od tamtego okrutnego czasu, nie ma już rzek do zawracania ani do kąpieli, ani do picia dla ludzi i koni ani stworów dzikich, i innych udomowionych. Pan Teofil snuje wolno swoje odległe wspomnienia.
– Ja w tym czasie wespół z junakami Przysposobienia Wojskowego pojechałem na Polesie, wcielony zrazu do 18 Poznańskiego baonu Junackich Hufców Pracy. Daleko, aż za Pińsk. Dowódcą tegoż batalionu był mjr Tadeusz Król. W pasie przygranicznym były rozlokowane stanice Korpusu Ochrony Pogranicza, gdzie trzeba było budować umocnienia przed zagrożeniem od wschodu. Praca nie była wyczerpująca, ale upał i pośpiech dawał się we znaki. Czas leciał zupełnie inaczej, choć wcale nie szybciej. Nie było słychać odgłosów wielkiego świata ani tej wrzawy wokół wojny i pokoju. Wieczorami, zwłaszcza po capstrzyku przed zaśnięciem, można było pomyśleć wreszcie o domu, o macierzy i ojcowiźnie, o hamaku pod chmurką i o gruszy na miedzy. O jeziorach, polach, łąkach i lasach u stóp „domowej" góry w paśmie wzgórz, < co sę zwią Chehmiice, Chtórne widać na mnil sedem w całyj okolice . I znad jeziora Wdzydze powyżej Borska. Wszystko było znajome od kolebki, jakby na swojską modłę i nutę stworzone. Lecz mimo wszystko było tęskno za domem, choć i tutaj na Polesiu pięknych widoków przecież nie brakowało. Humoru także. Te rozlewne pejzaże, niebiesko–liliowe cienie jak u Fałata. Słońce w otoku mgieł. Świt, cisza, pierwsze odgłosy. Ranek. Pobudka, gimnastyka, mycie, porządki, śniadanie. Zbiórka i do roboty. Lato było piękne i upalne. Opary unosiły się nad ziemią, rozgrzane powietrze drgało. Pot spływał z czoła, wargi pierzchły, w ustach zasychało. Życie wracało do normy dopiero wieczorem przy ognisku. Pieśni, zabawy, skecze. Śmiech, wesołość, swoboda. Iście junacka werwa. Atmosfera koleżeństwa i przyjaźni. Urok młodych lat. Nikt nie myślał ani przez chwilę o tym, że lato się wkrótce skończy i trzeba będzie wracać do lawy szkolnej z tych niebywałych wakacji. Kiedy zaś ognisko dogasało, noc sklejała powieki, sen morzył, ale poranek rześki prowadził do ocknienia w pierwszych promieniach słońca. Wówczas ptaki odzywają się w gniazdach, a trębacz gra pobudkę. Potem dzień jak co dzień z łopatą w rękach i z pieśnią na ustach. Nikt nie wierzył w gadanie o rychłym wybuchu wojny. To było wręcz niemożliwe, bo przecież trwały pokój był zagwarantowany przez sojusze zachodnie jak amen w pacierzu.
Lato było piękne i pogodne. Żar z nieba. Marzyło się o płazy w cieniu drzew i o łyku wody dla ochłody. Kolana nie raz się uginały, szpadel wypadał z rąk, robota szła niemrawo, ale nikt nie narzekał. Ktoś z kompanów namówił mnie, abym skoczył do wsi po wodę. Poszedłem ochoczo nie bacząc na skwar i azymut. Zatrzymałem się dopiero przed parkanem, przy szerokiej wiejskiej ulicówce. Zbliżam się do furtki, naciskam dźwigienkę skobla, wchodzę alejką do sadu. W gałęziach drzew stoi domek: czekoladowy dach, okiennice zielone z wykrojem serc, parapety kremowe, ściany białe popadające w lukrowatą ultramarynę. Na rogu studzienka w identycznych kolorach. Zapomniałem języka w gębie, nie wiem jak i kogo wołać, szukać. Jak się zachować? Nagle na próg werandy wyszła dziewczyna tak piękna, że aż niewiarygodna. Przetarłem oczy ze zdumienia i zdrętwiałem. Nie mogłem sobie uprzytomnić, gdzie ja się podziewam i co tu robię. Kiedy ochłonąłem z lekka, uniosłem w górę dzban i prosiłem o wodę. Dziewczyna, zda się, przepłynęła obok jak zjawa i dała znak przyzwolenia, lecz nie wyrzekła jednego słowa. Potem znikła w oka mgnieniu. Pojąłem gest, lecz nadal stałem jak porażony. Kim była? Widziałem ją tylko przez moment, a myślałem o niej cały czas jak o dziewczynie. Druga połowa mojej ludzkiej natury, ta jasnowidząca, nie zadziałała jednak zbawczo i nic nie pomogła. Nie wiedziałem co jest prawdą a co urojeniem. Gdzie jestem? Po co tu przyszedłem? Kim jest ona? Co robi, kogo wabi i czaruje? Czemu znika? Nie gada, nie mami, nie uwodzi. Jest niby normalna, ale tajemnicza. Co też może to oznaczać? Co ja w tej sytuacji mogę zrobić? Jak porozumieć się, by jej nie zrazić i nie odstraszyć. Wyłoniła się znów na moment, po czym nagłe znikła. Chciałem zawrócić na pięcie, kiedy się na powrót zjawiła. Odważyłem się przeto spytać w panicznym pośpiechu i z lękiem w sercu czy możemy spotkać się jutro po pracy, bo dziś już dosyć późno i może nagle ściemnić się, i lunąć jak z cebra nim dojdę do obozu i doniosę chłopakom tę wodę, kiedy nie będzie już potrzebna. Powiedziała, że i owszem, po czym znikła jak poprzednio. Jest na razie biały dzień, słońce świeci na niebie, Polesia czar roztacza się wokoło, jak w znanej pieśni Jana Kosteckiego, a ja jestem półprzytomny i podwójnie widzę lub majaczę. Kurenie nad bagnami, niebo lazurowe, a tu jeszcze bajeczny domek, studzienka, sad i ogród Śpiącej Królewny do odczarowania. Ale jak, co ja mogę zrobić? Zadanie ponad ludzkie siły. Trudna sprawa. Jakiego użyć słowa, gestu, zaklęcia? Pustka w głowie, nic nie wiem, nie potrafię myśleć. A cisza, że w uszach dzwoni. Uciekają sekundy i godziny, kończy się dzień przed bliską nocą. A słońce wciąż jeszcze praży, leje się strumieniami z nieba. Nie da zapomnieć o kanikułe i o tym dziwnym zdarzeniu. Tak było do capstrzyku i do ciemnej nocy, i potem
znów do brzasku, i do jasnego dnia. Nie dało się zmrużyć oka. Powietrze upojne, poduszka twarda, prycza wąska, duch żywotny, ciało mdłe. Kiedyż będzie ta pobudka? Co przyniesie rześki świt i nowy dzień pod okiem słońca? Czy uda się to spotkanie? Tymczasem na apelu wywołano mnie po nazwisku, dostałem rozkaz natychmiastowego wyjazdu do Poznania. Przyjąłem to jak cios na szczękę. Pociąg stal już pod semaforem w kłębach pary. Kiedy zagwizdał i ruszył, wszystko we mnie zadygotało. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje, co będzie jutro, co potem? Co mnie czeka na drugim końcu Polski? Jakie będzie moje nowe zadanie? Jaki los? Tymczasem myśli zagłuszał i rozpraszał miarowy stukot kół i uciekające wstecz obrazy. Patrzyłem przez opadające powieki. Droga dłużyła się okropnie. Do samej tylko Warszawy było z Pińska kilometrów z górą trzysta, a ze stolicy jeszcze raz tyle do Poznania. Głowa opadała na wszystkie strony, powieki sklejały się z niewyspania. Myśli wirowały w głowie bez ładu i składu. Ale jedna była natrętna jak osa: kim była ta dziewczyna i czy to z jej powodu zostałem odkomenderowany z Kresów? Bliżej domu i matczynej spódnicy, bliżej zagrożeń narastających z każdym dniem od granicy zachodniej. Czułem wyraźnie coś złego aż do bólu w tej dziwnej historii i całej atmosferze, ale i w pędzie pociągu, który gnał na oślep bez zatrzymania i obracał kolorowe niwy wokół własnej osi. Wreszcie mignęła Warszawa, wieczorem zabłysły światła Poznania. – Może tu jest moje miejsce, może tu będę bardziej przydatny? zapytywałem sam siebie. Na dworcu tłok nieopisany, wojsko mieszało się z masą cywilów z tłumokami w rękach i na plecach. Matki z dziećmi przy piersi. Krzyk, pisk, urywane słowa, gorączkowe oddechy. Na peronach walizy i bagaże sięgały do wysokości dźwigarów wiaty. Na torach stały transporty wojskowe oraz pullmany i wagony towarowe. Po zmianie lokomotywy pociąg nasz ruszył nagle w drogę powrotną. Zapadłem w głęboki sen i nie wiem co się działo dalej. Aż do samej Warszawy, tym razem niechcianej. Tu zator pociągów był nie do opisania. Nasz zatrzymano na bocznym torze. Jechały tylko wojskowe. Staliśmy długo, bez końca. Na wszystkich peronach ludzie tłoczyli się z lękiem w oczach i w obłędnym pośpiechu. Gwar i zamieszanie jak po kataklizmie. Jakiś zakonnik z Niepokalanowa rozdawał medaliki. Schowałem w kieszonce bluzy zapinanej na guzik. Po kilku dobach postoju ruszyliśmy wreszcie z miejsca, koło za kołem. W Brześciu okazało się, że od świtu 1 września twierdza, miasto i dworzec były bombardowane. Trzeba wysiadać i dalej iść na nogach. Nie wiem gdzie to było, nocleg wypadł nam w jakiejś wiejskiej szkole. Była pusta, drzwi i okna pootwierane, słoma na podłodze. Widocznie był tu ktoś przed nami. W kącie koło pieca stały kije od map, a mapy były powydzierane. Zwisały tylko sznurki, wyrwałem sobie jeden, nie wiedząc po co i do czego. Rano ruszyliśmy na Kobryń. Dalej pociągiem, a potem parostatkiem do samego Pińska. Na Polesiu komunikacja rzeczna była bardzo dobrze rozwinięta, można było płynąć aż do samej granicy. Słynne Bagna Pińskie rozciągają się nad zlewiskiem Piny, Prypeci, Jasiołdy, Stochodu i Styru. To królestwo łosia, tylko że nie w taki czas, kiedy ziemia drży, domy i łasy płoną, a niebo wyparowuje. Więc nasza wspólnota łosia w świecie ludzi uczuciowa była zespolona głównie z tłumem uciekinierów i z naszym wojskiem w ciągłej defensywie. Ponadto z Pińskiem jako bazą junactwa i portem flotylli rzecznej. Ta nasza gehenna nie miała porównania z czym innym w historii tej części Europy i Polski, skazanej brutalnie przez najeźdźców na tę wojnę zaborczą, głód, śmierć i poniewierkę. Toteż zakotwiczyliśmy w Pińsku z wielką ulgą, na dobre i na złe, bo już cały kraj był w ogniu wojny. Niemcy panowali w powietrzu niepodzielnie, w centrum i na południu kraju realizowali swoje inwazyjne plany. Było już po największej bitwie pod Kutnem, pod Łodzią i na Lubelszczyźnie. Broniła się jeszcze Warszawa, Modlin i Hel. Nas, junaków, odzianych w mundury Przysposobienia Wojskowego, odesłano pod Włodawę i rozpuszczono do domu. Ja zostałem na ochotnika jak większość zresztą chłopaków. Rozkaz głównego kwatermistrza Korpusu zabraniał wydawania junakom broni i amunicji oraz umundurowania typu wojskowego. Byliśmy poza strefą mobilizacyjną. Tymczasem generał Kleeberg organizował w Okręgu oddziały do obrony.
Gromadził rozbitków z różnych formacji.
|– A czyj to był dom w tym czarodziejskim sadzie przy leśnej drodze na Polesiu? –
zapytałem z cichym onieśmieleniem. – Co z dziewczyną?
Nie wiem – odpowiedział pan Teofil. – Może leśniczego, może komendanta placówki, może osadnika? – dodał. – O dziewczynie nigdy już nie słyszałem. Kamień w wodę.
A powiat? może to Łuniniec albo Dawidgródek – nie wiem – skwitował znów pan Teofil krótko. – Nigdy więcej tam nie dotarłem.
– Co może pan powiedzieć o przeżyciach z tej kampanii? O walce i o tej śmiertelnej ciszy na pobojowisku: Jak to było, jak to jest w ogniu walki?
– Nie wiem, niewiele z tego pamiętam – odparł pan Teofil. – Nie byłem przecież nawet żołnierzem, skąd mogę znać szczegóły? Przydzielono mnie do działonu przeciwpancernego, do prostych czynności, jak na przykład kopanie wnęk dla działka lub cekaemu na stanowisku bojowym, przenoszenie skrzynek z amunicją, drewna do umocnień i to wszystko. Nie słyszałem komend, trzasku ładowania i huku, bo huk potworny był wszędzie. Często na linii ogniowej popychałem armatę do przodu, a jak trzeba było to i do tyłu, albo z lewa na prawo i znów do przodu i tak dalej aż do skutku. Najtrudniej jest odprzodkować działo w pośpiechu, wyrychtować do stanu gotowości, bo dym gryzł w oczy i przyćmiewał słońce. Nikt z nas nie wiedział czy w ogóle ono jeszcze świeci, czy świat istnieje, a my żyjemy. Każdy robił, co należy według żołnierskiej powinności i rozkazu. Działania były proste, opierały się ściśle na rutynie i sprawności ludzi przeszkolonych wojskowo, poczynając od dowódcy i obserwatora do celowniczego i dwóch amunicyjnych oraz mnie od wszelkich potrzeb i boleści, bo mało wiele przydatnego. Obsługa musiała zważać na wszystko, ażeby nie napytać sobie jakiej biedy z powodu pomyłki bądź przerwanego nagle ognia, gdyby jeden kolega padł, a drugi nie zrobił w porę tego co trzeba. A trzeci nie zdążył wydać na czas komendy, a kto inny nie sprostał za kolegę nim zamknął mu powieki. A ktoś jeszcze inny nie otarł z czoła potu, który zalewał oczy, albo nie schował głowy w piasek pod gęstym ogniem nieprzyjaciela, jeżeli w ogóle zdążył przed kolejną nawałą. I tak bez końca.
– A co się działo na przedpolu, poza wałem ogniowym podczas kanonady? Czy było widać skutki celnego ognia bądź współdziałania innych grup? Przykłady koleżeństwa i założeń taktycznych na małym odcinku pola i czasu? Jak wygląda atak na bagnety? Co robią na wojnie totalnej ułani? Gdzie jest granica bohaterstwa i tchórzostwa, życia i śmierci?
– Nie wiem, nic nie widziałem, nic nie pamiętam. Wiem tylko, że któregoś dnia, chyba przed południem, padł u nas na stanowisku, na szczęście lekko ranny, nasz dowódca, miody podporucznik z Kielc łub bodaj z Rakowa. Komendę objął podchorąży i kazał mi odprowadzić rannego na punkt opatrunkowy. Poszliśmy pod huraganowym ogniem artylerii. Trudno powiedzieć nawet czy to było czołganie, bieg, czy ciągłe padnij–powstań, bo o wyprostowaniu ciała i skokach do przodu nie mogło być mowy. Niemcy bili seriami po sześć pocisków. Trzeba było odliczać sekundy i posuwać się na los szczęścia Nie wiem jak długo trwała ta droga pod tym silnym obstrzałem. W pobliżu jakiejś zagrody nagle straciłem z oczu swego porucznika. Pod płotem rosły grube topole, leżał sąg dłużycy. Padłem i doczołgałem się przed kolejną serią. Przybłąkał się bezpański, wystraszony kundel. Legi obok. Przywarłem płasko do ziemi, bokiem do bierwion, gdy zawirowało powietrze i te wysokie drzewa pod wiejskim opłotkiem poszły w drzazgi. Długo nie podnosiłem głowy i teraz namacałem ręką kształt medalika. Bezwiednie zacząłem go nawlekać na sznurek od mapy, gdy ogień ustał. Wstałem na równe nogi i powlokłem się przed siebie. Pies był martwy. Obłoki dymu przyćmiewały niebo nad pobojowiskiem i kulę słońca w czarnym tumanie tego dnia podobnego do nocy. Wlokłem się z trudem, byle dalej od fatalnego miejsca, byle trzymać się jako tako wyznaczonego miejsca. Lecz punktu opatrunkowego już nie było. Ani rannych, cmi zabitych. Ani żywego ducha! Panowała cisza i śmiertelna pustka jak krzyk bólu net dnie rozpaczy. Tylko w uszach dzwoniło i huczało jak w kuźni. Przed oczami łatały jasnoczerwone zygzaki. Trudno było zebrać myśli. Nie wierzyłem, że jestem gdzieś blisko placówki i jeszcze żyję, że coś rozumiem i pamiętam z tego, dokąd miałem iść i jaki wykonać rozkaz. Wydawało się, że świadomość oddzieliła się od ciała, jakbym wyszedł na zewnątrz i obserwował samego siebie, że wciąż leżę pod ściętym drzewem i bezwolnie przypatruję się tym okropnym widokom niewidzącymi oczyma w tym obcym krajobrazie po straszliwej nawałnicy. Tyle wiem i tak to zapamiętałem, choć wtedy byłem tylko biernym obserwatorem, oniemiałym z nadmierni przeżyć świadkiem wydarzeń. Do tego gołowąsem. Co można jeszcze dodać?
– Po wojnie odwiedziłem cmentarz w Kocku, natomiast na szlaku bojowym niczego i nikogo spośród uczestników nie mogłem poznać. Mnie też nikt nie poznał. Nic dziwnego, byłem wtedy za młody, aby być zauważonym i nie dane mi było umrzeć na polu chwały, co mógłby ewentualnie ktoś zauważyć i poświadczyć. Śmierć nie wybiera, nie potrzeba jej imienia, zasług, rangi ani stopnia. Teraz jestem już za stary aby mówić i żyć. Ale pamiętać trzeba – mówił ze smutkiem pan Teofil i zadumał się głęboko. – Sam sobie nie dowierzałem, skrywałem w duszy to niepojęte zdarzenie. Czułem się mocno zażenowany i porażony, aby móc powtórzyć i przekazać tę relację komukolwiek wcześniej czy bodaj i później. Czy w ogóle kiedykolwiek. Przeżycie było nazbyt osobiste i wręcz niesamowite, aby mówić głośno o tym, czego doświadczyłem w tak młodym wieku. Bo jak można opowiadać o swoim ocaleniu w sytuacji niemal bez wyjścia i liczyć na wiarygodność? Kiedy rzeczywistość przerasta wyobrażenie i młodemu każe myśleć w kategoriach rozumowych człowieka doświadczonego. Berłem się, chciałem wyzbyć się lęku przed ironią świata i pychą osobliwie własną. Nie umiałem się przed tym bronić.
*
Lecz dziś, po tak wielu latach od tamtych dni i zdarzeń, w oparciu o bogatą literaturę przedmiotu, o archiwalia i filmoteki, zbiory muzealne z tej wojny, trudno jest ustalić przebieg i poszczególne fazy bitwy. Trudno zrekonstruować epizody większe i nawet mniejsze, zwłaszcza słabo poznane i mniej opisane, a szczególnie tak zwane życiowe drobiazgi, które przydarzają się ludziom wszędzie, tym bardziej na wojnie. Bo to one składają się na atmosferę i przebieg wypadków na każdym kroku. Są przeto trudne do uchwycenia nawet dla obiektywnego kronikarza. Jednakże istnieją i wychodzą prędzej czy– później z ust i spod pióra uczestników i świadków. Są prawdziwe, sugestywne, żywe i barwne w przeciwieństwie do suchych faktów historycznych. Są sprawdzalne i wiarygodne. Często nie do uwierzenia i nie do zaakceptowania przez sceptyków. Mimo, że są mają, wagę cennego dokumentu o
magicznej wręcz sile oddziaływania. W odbiorze i percepcji. Nic bowiem nie przemawia lepiej do odbiorcy jak prawda i autentyzm. Mamy tego dowody w pracach monografistów
pamiętnikarzy, tych scenarzystów czynu żołnierskiego w ciągłej relacji ze śmiercią, kiedy mimo wszystko życie dochodzi do głosu, i pisze później ręką człowieka ocalonego, ciężko doświadczonego. Często nawet – zza grobu, jak w przypadku notatek i listów znalezionych przy zwłokach bohatera. W popiołach pól bitewnych. Pośród transzei i grobów na ojczystej i obcej ziemi.
*

Każdy uczestnik boju, bez względu na rangę i poziom wy szkolenia, nie może ogarnąć wzrokiem ani świadomością wszystkich faz i okruchów zdarzeń, jak to podał w swych wspomnieniach Marian Brandys. Żołnierz widzi kątem oka najbliżej siebie, że kolega w tyralierze padł, ale nie wie czy ranny, czy zabity. Idzie dalej, nie ma czasu na konfrontacje. Tak samo nie wie czy ogień własnej broni był skuteczny i jakie straty zadał wrogowi. (Nasuwa się przykład z innego odcinka frontu pod Różanem nad Narwią. Artylerzystę Witolda Tyrakowskiego całe życie gryzło sumienie, gdyż nie wiedział, że w spalonym lesie na linii ognia jego dział zalegali pokotem najeźdźcy a nie swoi, o czym dowiedział się z relacji kolegów długo po wojnie). Żołnierz wie jedynie to, co widział na własne oczy. Nie ma wiedzy potrzebnej na najwyższym szczeblu dowodzenia a tym bardziej w swojej drużynie. Nie zna tajników wielkiej strategii. Jest pionkiem na szachownicy zdarzeń. Uczestnikiem potencjalnym bitwy na małym tylko odcinku, dłużnikiem losu, życia i śmierci, zwiastunem klęski lub zwycięstwa dobrej sprawy, za jaką bije się i ginie. Nie pojmuje zamysłów agresora w wojnie totalnej, bądź nawet złego dowodzenia po swojej stronie, a także gry o życie i wielką jej cenę. Cóż więcej nadto? Jakimi kryteriami operować? Jedno jest pewne: obrona własnej ziemi, bliskich, progu i domu, wsi i miasta, strumyka i mostku, to sprawa honoru, poczucia obowiązku, walki o byt i przetrwanie. Danina krwi żołnierskiej dowodnie to potwierdza.
*

Nie wiadomo dokładnie kiedy i gdzie miała miejsce potyczka i odparcie ataku wroga na stanowisku działonu przeciwpancernego na jednym z odcinków bitwy pod Kockiem, co pan Teofil przedstawił z pamięci nie popartej niestety szczegółami i faktografią. Trudno ustalić zatem miejsce akcji. Trudniej przebieg i skutki walk aż do chwili wyczerpania sił i zasobów, i w konsekwencji rozproszenia. Trzeba rekonstruować, badać, rozważać analogie i przeciwieństwa, czerpać wnioski z dokumentów i z relacji, wybierać między faktem a hipotezą.
Z tej relacji oraz ze źródeł wynika, że opisany epizod bitewny najprawdopodobniej miał miejsce w ostatniej fazie walk, to jest 5 października 1939 roku, co potwierdzają materiały opracowane naukowo zgodnie z chronologią wydarzeń. Wiemy oprócz tego na pewno, że wcześniej, to jest dnia 2 października miał miejsce pierwszy bój spotkaniowy 50 dywizji piechoty („Brzoza") pod dowództwem płka Ottokara Brzoza–Brzeziny z rozpoznaniem hitlerowskim. Dwa wozy pancerne wysłane przez nieprzyjaciela na Kock dostały się w ogień polskich działek przeciwpancernych i zostały rozbite. Inne zawróciły i natarcie niemieckie na przedpolach Kocka zostało odparte przez 179 pułk podpułkownika Mieczysława Gumkowskiego, który następnie ruszył za wrogiem w pościg. Tych pancerek typu „Bussing" nieprzyjaciel użył w sumie sześć. Miały dwóch kierowców i dwa „chody", do przodu i do tyłu, toteż na pełnym gazie mogły zawracać w przeciwną stronę i kryć się w terenie, szczególnie w lesie z dużą prędkością. Ponadto wiemy, że dowódcą działonu był porucznik Zdanowicz ze szwadronu rotmistrza Mościckiego. Fakt ten wyklucza działania innych formacji w interesującej nas problematyce w tym czasie i miejscu. Zatem przypatrzmy się bliżej trzeciej i ostatniej fazie bitwy na odcinku Adamów–Burzec w dniu 5 października 1939 roku. Około godziny ósmej rano ruszyło silne natarcie niemieckie na Adamów i tu Polacy rozbili dwa inne wozy opancerzone ogniem z działek przeciwpancernych. Celowniczym był Józef Szczęśniak, a kompania junaków współdziałała skutecznie w polu na kierunku Wola Burzecka, jak świadczy– Marek Sadzewicz. O godzinie 11 natomiast ze wsi Burzec w stronę Adamowa dokonał przeciwuderzenia ppłk Władysław Dec na czele 178 pułku (50 dywizja) wespół z siłami 1 batalionu mjra Mariana Tinza, złożonego z junaków i resztek żołnierzy zgrupowania „Jasiołda" oraz 3 batalionu por. Bogusława Czerniewicza w składzie żołnierzy z różnych oddziałów. Wsparcie ogniowe prowadził pluton działek (kilka działonów) przeciwpancernych por. Władysława Marcinkiańca. A zatem który to z tych dwóch działonów odnotował sukces bojowy? Na jakim odcinku uczestniczył nasz informator? Celem tego natarcia było wyrzucenie Niemców z Adamowa, gdy został opuszczony po ciężkim boju
przez 180 pp. mjra Franciszka Pająka. Przeciwuderzenie podpułkownika Deca niestety załamało się w połowie drogi z Burzca do Adamowa. Udział junaków PW w tej ostatniej fazie bitwy zdaje się potwierdzać fakty przedstawione przez pana Teofila. No i do tego ogień przeciwpancerny całego plutonu. Nie wiemy jedynie w którym działonie mógł przebywać nasz młody wówczas ochotnik i jak się nazywał ranny podporucznik. Ani też pod którą wioską znajdowało się stanowisko ogniowe przeciwpancerne oraz gdzie znajdował się punkt opatrunkowy. (Wiemy jedynie, że szpital polowy– był usytuowany pod Hordzieszką drugi zapewne w folwarku Lipiny?).
*
Gen. Kleeberg na pierwszym etapie wojny, zgodnie z rozkazem Naczelnego Wodza miał przebić się ku granicy rumuńskiej i dalej na Węgry–, lecz gdy to stało się niemożliwe z powodu wkroczenia Armii Czerwonej na tereny wschodnie Rzeczypospolitej, ruszył na pomoc Warszawie, po drodze zamierzając uzupełnić zapasy amunicji w Stawach pod Dęblinem, ale 28 września stolica skapitulowała. (Tegoż dnia Ribbentrop i Mołotow podpisali w Moskwie traktat o granicach i przyjaźni, o czym wtedy mało kto wiedział). Wówczas generał zawrócił pod Kock, gdzie zamierzał zniszczyć niemiecką 13 dywizję piechoty zmotoryzowanej generała porucznika Otto z XIV korpusu zmotoryzowanego, a następnie zwrócić się przeciw 29 dywizji piechoty z tegoż korpusu generała porucznika Joachima Lemelsena, zagrażającego od zachodu.
Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie" gen. bryg. Franciszka Kleeberga została utworzona w dniu 11 września 39 roku (szefem sztabu był płk dypl. Mikołaj Łapicki). W skład jej weszły oddziały z ośrodków zapasowych 18, 20 i 30 dywizji, z których uformowano dwie dywizje. 50 „Brzoza" i 60 „Kobryń". W trakcie działań dołączyła Podlaska Brygada Kawalerii gen. bryg. Ludwika Kmicic–Skrzyńskiego i Suwalska Brygada Kawalerii gen. bryg. inż. Zygmunta Podhorskiego (następnie GO Kawalerii „Zaza"). W składzie swym posiadała zmotoryzowaną kompanię przeciwpancerną. Były to działka 37 mm produkowane w Stalowej Woli początkowo na licencji szwedzkiej. Grupa ta okryła sławą oręż polski, wydając już po kapitulacji Warszawy bitwę dwóm niemieckim dywizjom zmotoryzowanym (13 i 29), nad którymi odniosła zwycięstwo. Po wyczerpaniu amunicji SGO „Polesie" skapitulowała 6 października 1939 r. jako ostatnia duża jednostka w tej kampanii.

Gdy zabrakło amunicji i innych materiałów, gen. Kleeberg napisał w nadleśnictwie Hordzieszka, gdzie znajdowała się jego kwatera, rozkaz o kapitulacji. Na ostatniej odprawie około godziny 20 powiedział do pułkownika Adama Eplera, dowódcy dywizji „Kobryń":
– Nic sobie nie mamy do zarzucenia. Zachowaliśmy honor żołnierski do końca. Kiedyś, gdy Ojczyzna zażąda od nas rachunku, będziemy mogli odpowiedzieć na każde pytanie. Niech pan powie swoim żołnierzom, że umieli się bić o Honor swej Ojczyzny.
Rozkaz o kapitulacji, po rozmowie z kwatermistrzem DOK nr IX – podpułkownikiem dypl. Kazimierzem Stawiarskim i krótko po odwiedzeniu gen. Kmicica oraz płka Brzozy–Brzeziny, generał Kleeberg wręczył majorowi dyplomowanemu Tadeuszowi Grzeszkiewiczowi. Powiedział:
– Odnieśliśmy sukces, możemy jutro zniszczyć zupełnie 13 DPZmot. Ale za jaką cenę? Zwiążemy się walką i otworzymy drogę na własne tyły dla 29 DPZmot. Nie mamy już amunicji. Jutro, gdy od tylu wkroczą nowe siły niemieckie, to niepotrzebna będzie śmierć naszych żołnierzy. Nie pytam dowódców o zdanie – ciężar tej decyzji przyjmuję na siebie. Kto
nie jest związany z oddziałem i chce na własną rękę– przebijać się nich idzie. Ja i mój najbliższy sztab nie odejdziemy od oddziałów, z nimi dalej będziemy dzielić los.
– Proszę ostatni rozkaz przeczytać przed frontem – jest to podziękowanie za trud i krew żołnierską. Trzeba im powiedzieć, że dobrze spełniali powinność żołnierską i bohatersko walczyli dla Ojczyzny [...]
Wieczorem dnia 5 października 1939 roku wydał ostatni rozkaz dzienny, a w nim te oto znamienne słowa:
Jeszcze Polska nie zginęła i nie zginie.
*
W Będominie na Kaszubach, w rodzinnym dworku Józefa Wybickiego, znajduje się Muzeum Hymnu Narodowego. Posiada sporo pamiątek z epoki, w tym autograf Mazurka Dąbrowskiego i wiele innych dokumentów. W Kościerzynie zaś jako stolicy Kaszub stoi pomnik tego znakomitego Polaka. Po wielu, wielu latach pan Teofil napisał w swoim rodzinnym Wielu piękny wiersz o tym wybitnym polityku, pisarzu i gorącym patriocie z kaszubściego Bandomina, który całym swoim życiem potwierdził, że swej ziemi trzeba bronić do ostatka.

BIBLIOGRAFIA

Marian Brandys: Ostatnia bitwa w: O królach i kapuście. Państwowe Wydawnictwo „Iskry", Warszawa 1977.
Hieronim Jarosz Derdowski: O panu Czorlińscim co do Pucka po sece jachoł. Zełgoł dlo swojech druchów kaszubsciech Jarosz Derdowski. Zrzeszenie Kaszubsko–Pomorskie, Oddział w Gdańsku, Gdańsk 1976.
Ludwik Głowacki: Działania wojenne na Lnbelszczyżnie w roku 1939. Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1976.
Wincenty Iwanowski: Wysiłek zbrojny narodu polskiego w czasie II wojny światowej. Tom I, Kampania wrześniowa 1939. Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1961.
Włodzimierz Kowalski: Ostatnia bitwa generała Kleeberga. Wydawnictwo Lubelskie, Lublin
1969.
Marek Sadzewicz: Ostatnia bitwa kampanii 1939. „Książka i Wiedza", Warszawa 1971. Włodzimierz Wójcikowski: Śladami ostatniej bitwy gen. Kleeberga – przewodnik. Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1979.
Apoloniusz Zawilski: Bitwy polskiego września. 2. Instytut Wydawniczy „Nasza Księgarnia", Warszawa 1972