Jerzy Utkin - Listy z kraju obłąkanych (1)

Szanowny Panie Prezydencie!!!

Pozwalam sobie, ośmieliwszy się uprzednio, po długich rozterkach duchowych i walce z samym sobą, napisać do Pana i zająć cenny czas, chociaż mam pełną świadomość, iż zajmują Pana uwagę sprawy wagi państwowej i szwagra popaprańca, którego uczynił Pan w tym kraju Premierem, co nikomu na zdrowie nie wyjdzie, gdyż szwagier Pana łobuz jest i kombinator, która państwo nasze na straty naraża i Wielkie Księstwo Litewskie, łącznie z Lanckoroną i Inflantami przy okazji też, przez co kraj nasz pośmiewiskiem jest w całej Europie, a i na świecie gdzieniegdzie również.

Nikt oprócz mnie Panu tego nie powie, bo ludzie boją się o swój kawałek chleba i o swoje życie jak za Stalina, ale ja nie mam się czego bać i o życie nie stoję, jako że Stachowiak Euzebiusz, sąsiad mój przez ścianę, dawno mi je już zatruł i uprzykrzył do granic możliwości.
On że posiadając produkt samochodopodobny marki Trabant, pierdzi nim pod moim oknem wcześnie rano, bo u nas parking zaraz pod blokiem jest, tak, że spać nie mogę, choć na rencie jestem ze względów zdrowotnych i spokoju potrzebuję. Na domiar złego energię ze mnie wysysa, światło mi w mieszkaniu siłą woli zapala i gasi, i rachunki za prąd zawyża.
Stan ten trwa już od dwunastu lat, kiedy to tylko wraz z małżonką mą Eleonorą, sprowadziliśmy się do nowego mieszkania, na które czekaliśmy również lat równo dwanaście w spółdzielni. Zaraz po jakimś miesiącu, spotkałem go przed klatką schodową, a on w sąsiedniej zamieszkuje, chociaż przez ścianę ze mną; i kiedyś powiedział pierwszy:
– Dzień dobry, panie sąsiedzie.
Oj, niedobrze coś się szykuje, pomyślałem ja sobie, bo tu nikt na tym osiedlu i w bloku nie zna i znać nie chce nikogo, nawet ci co drzwi w drzwi mieszkają. Inny mój sąsiad, Grabowski January, powiedział mi kiedyś, że panów to tu nie ma, bo panowie byli za Sanacji i za IV RP jeszcze, ale teraz to już wszystko równe.
No tak, pomyślałem ja sobie: panów nie ma, ale chamów nie brakuje, bo tenże Grabowski January to flejtuch jeden i cham straszny, co sam codziennie pije, ale w piwnicy, bo w mieszkaniu żona mu nie pozwala, ale nigdy nie zapyta, czy ja bym się nie napił. Ja bym się nie napił, bo z chamami nie piję, a i tak niewiele w innym towarzystwie zacnym, bo ja porządny jestem, nie żaden łach, co nasz ksiądz proboszcz potwierdzić może w razie potrzeby. Ale co szkodziłoby z grzeczności zapytać.
No wiec on z tym swoim dzień dobry i na dodatek panie sąsiedzie. Rozpoznał mnie. Znaczy czatował na mnie, bo inaczej wytłumaczyć się tego nie da. Tu nikt nikomu się nie kłania. Chyba, że czegoś akurat potrzebuje.
No i zaczęło się moje nieszczęście, które trwa po dziś dzień. Prześladować mnie zaczął. I to nie sam jeden, ale wspólników sobie znalazł i na mnie nasyłał. Na przykład, któregoś dnia – dzwonek do drzwi. Patrzę przez judasza, a tu baba z koszem i pyta czy jajek nie trzeba. Prosto od wiejskich kur.  To ja zamarłem z przerażenia, bo to wiadomo; z wierzchu jajka, a pod spodem mogą być granaty, co do jajek są podobne, chociaż zielone, bo wojskowe. Granaty, nie jajka. A baba gruba w pasie, jakby dynamitem obłożona pod kurtką, czy innym środkiem wybuchającym, więc ja bez słowa szybko chodu od drzwi i do łazienki. I do wanny, bo wanna żeliwna, to wybuch powinna wytrzymać. Czekam w tej wannie kwadrans, drugi, trzeci... I nic. No to wychodzę i zbliżam się do drzwi. Powoli i ostrożnie. Wyglądam – nikogo. Poszła sobie. Tak to sobie sprytnie wymyślili, że nie zabiją mnie od razu, a dręczyć będą czas długi.
On to, Stachowiak Euzebiusz, znaczy, robi codziennie tak: mam w pokoju światło zapalone, on podchodzi do ściany od swojej strony, i u mnie światło gaśnie, albo zapala się jeśli akurat jest zgaszone. I nic się na to nie da poradzić. Ani prośbą, ani groźbą. Dzwoniłem i pisałem w tej sprawie do energetyki, żeby coś zrobili, ale gdzie tam. Dla nich człowiek się nie liczy. Liczą się rachunki, żeby jak największe były, bo im to na rękę. A poza tym, to oni tam też się jego boją, żeby z nich energii nie wyssał jak ze mnie. Bo on to jest wampirem energetycznym. Jakby Pan Prezydent nie wiedział przypadkiem, kto to taki, to służę literaturą fachową na ten temat, której mam pod dostatkiem, a którą – na koszt własny – gotów jestem Panu przesłać, żeby Pan wiedział jak się sprawy mają.
Ja już wytrzymać nie mogę i niknę w oczach. Już poniżej setki ważę i na nogach się słaniam, chociaż dawniej to i ponad sto dwadzieścia kilogramów ważyłem. I byłem jak ten byk, albo nie przymierzając turoń, co to chodzi i paszczą kłapie. Po kolędzie znaczy.
Kładę się spać zmęczony, a za sprawą Stachowiaka Euzebiusza, wstaję zmęczony jeszcze bardziej, bo w nocy źle sypiam, albo wcale. Biorąc pod uwagę, że w roku jest 365 nocy, pomnożywszy to przez lat 12, łatwo może Pan nabrać przekonania i wyobrażenia, jak bardzo jestem udręczony.
Ja już pisałem do wszystkich; do burmistrza i rady miasta, do starosty, do wojewody i marszałka, do policji i straży miejskiej, do energetyki jak już wspomniałem, i do sanepidu, i do Barczaka Adama, który cieszy się szacunkiem całego osiedla i w barze Cykoria na tymże osiedlu. I nic nie wskórałem. Nikt nie chce lub nie może mi pomóc. Byłem też u księdza proboszcza naszego, ale on ma dwoje dzieci (nieślubnych!!!) z Baranowską Jadwigą, co mieszka zaraz przy kościele, to też ma swoje kłopoty. Nic nie poradził. Mówił, że trzeba się modlić. Długo i żarliwie. Ale to nic nie daje. To niech już lepiej on sam się modli, żeby pannom parafiankom więcej dzieci nie robił. Mężatkom to co innego, bo to zawsze mężowi można wmówić, chociaż podłe to i niegodziwe. Ale skuteczne bywa, jakby co.
A on, Stachowiak Euzebiusz, bo któż by inny, rozzuchwala się coraz bardziej swoją bezkarnością. On pracuje, a ja na rencie jestem, ale ciągle gdzieś się spotykamy. To przed blokiem, to w sklepie, to na ulicy... I on jak ten wampir ciągnie ze mnie energię. I coraz większy jest i bardziej spasiony, i mówi, że sto lat żyć będzie, a ja marnieję za jego sprawą nieczystą.
Dlatego tylko Pan, Panie Prezydencie jest moją ostatnią deską ratunku, jak mi poradził redaktor w miejscowej gazecie, w której też byłem kilkanaście razy i listy do niej pisałem, ale mi nie odpisywali, to zacząłem do nich chodzić. Ten redaktor, widać jakiś bardziej ludzki niż inny, powiedział mi, że w takim beznadziejnym przypadku, to tylko Pan Prezydent może mi pomóc, albo Ojciec Święty. Ale do papieża to jakoś nie mam przekonania, bo on już nie nasz teraz, a wiadomo, że jak świat światem Niemiec Polakowi nie będzie bratem, to tylko Pan mi pozostał.
Z wyrazami i nadzieją
Bożęcki Mścisław

P.S.
Jakby Pan Prezydent nadal miał problemy ze swoim szwagrem – Premierem, to wspomniany Barczak Adam zaoferował się, że za dwa piwa może mu elegancko mordę obić, a dodatkowo w dupę kopnąć – gratis, czyli bezinteresownie, dla samej satysfakcji.
B.M.

 

Również tego autora

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org