Mira Gonerko - Miasto

To właśnie miejsce lubiła najbardziej, schodki w bramie zaułku. Siedziała na stopniu oparta plecami o mur. Z początku zawsze czuła zimną twardość, ale potem jej plecy zagłębiały się w ten chłód i pozostawała wtopiona w ceglaną ścianę, tak że nawet głowy nie mogła od niej oderwać. Zresztą po co? Tu miała wszystko, czego jej było trzeba.
Siedząc tak, patrzyła  na gniazda jaskółek. Nieraz zastanawiało ją, ile ptaków zmieści się w owym ni to dzbanku, ni to koszyczku podwieszonym pod belką bramy. Jeden wlatywał i natychmiast wyfruwał - on lub inny po nim. Oglądała je o świcie i przed zmierzchem; potrafiła uchwycić moment, kiedy ostatnia jaskółka powracała do gniazda. Zwykle przecież zanurzona w wieczorny krajobraz rynku zdawała się nie spostrzegać więcej, niż widziały maszkarony nad portalem sąsiedniego domu. Jak one po prostu trwała w półmroku, istniała jak część architektury, przypisana do tła.
Miejscowi przywykli do niej tak bardzo, że zauważali obecność Asji tylko wtedy, gdy zdarzyło się komu zaczepić stopę o jej spódnicę, szarą jak kamienne stopnie. Kilka razy jakiś przyjezdny w wielkim kapeluszu albo wędrowiec z rudą brodą przez chwilę zatrzymał na niej wzrok, coś powiedział do towarzysza, stwierdził jej podobieństwo do twarzy z piaskowca zdobiących fasadę, a może tylko nazwał jakiś drobny szczegół, by na moment wydobyć ją z bryły kamienic.
Niekiedy deszcz zamykał zaułek z obydwu stron i czynił z bramy cichą komnatę. Szelest spadających kropli bronił dostępu odgłosom rynku. Światło łagodniało, jakby na wpół przymknięto okiennice, a przymglony rysunek kamieni stwarzał przytulny nastrój. W czasie deszczu nigdy nie czuła zimna. Nawet wtedy, kiedy spódnica nasiąkała i ciężarem wody przykuwała ją do kamiennej posadzki.
Gdy dnie stawały się chłodniejsze, a światło słońca jakby bardziej ciepłe, barwy rynku nabierały głębi. Asja patrzyła na stragan z jarzynami - cieszyły ją kolorowe plamy, co dzień niemal te same. Nawet kiedy była głodna, nie myślała o cebuli, kapuście i marchwi jako o czymś, czym mogłaby się posilić. Należały do targowiska; podobnie piętrzące się nieopodal złociste kosze, brunatne uprzęże czy czerwonawe garnki. Z początku odróżniała kobietę z dzbanem opartym na biodrze, potężnego mężczyznę niosącego dziwny żółty worek i brudne dzieci cyganów. Po pewnym czasie jednak dziewczyny czerpiące wodę ze studni, rozbiegani chłopcy, mężczyźni skorzy do bójki wydawali się zaledwie lekkimi drganiami powietrza.
Potem odchodzili przekupnie, a na rynku królowały kamienie. I domy. I dachy. Najwierniejsze były dachy. Podlegały tylko cyklicznym powrotom śniegów i trzepotom ptaków, których nieustanny ruch jak wędrówka słońca znaczył raczej stałość niż zmianę i nie wróżył niespodzianek.
Kiedy opuszczała rynek i wędrowała zboczem wzgórza, dachy leżały u jej stóp. Myślała nieraz, że gdyby zstąpiła ze ścieżki i poszła prosto przed siebie, mogłaby brodzić pośród dachów jak pośród liści, i tak brodząc, dojść aż do dzwonnicy...

Jesienią Asja chodziła pod kościół świętego Wawrzyńca. Właściwie nie żebrała, ale bractwo tolerowało jej obecność. Nie należała do nich, tym bardziej przecież nie była jedną z owych barwnie ubranych, ruchliwych figurek rojących się na rynku. Odnajdywała własne miejsce wśród burych łachmanów, niesymetrycznych twarzy, nieparzystych rąk, nóg i oczu. Nie potrafiła głośno prosić o miłosierdzie, ani wyrzekać na swój los. Było, jak było - nie chciała zmiany. Nie umiała też nabożnie dziękować. Lubiła jednak z innymi mamrotać półgłosem niekończący się pacierz. Najpierw za każdym słowem podążał sens, potem tylko blade święte obrazy, wreszcie modlitwa jak muzyka zataczała kręgi, kołysała uwolnioną z kształtu myśl...
Wąski przesmyk pomiędzy frontonem kościoła a jasnym budynkiem przytułku mieścił wielu żebraków. Kamienne schody istniały jakby specjalnie dla nich. Wejście do kościoła znajdowało się pośrodku, tak że spieszący na mszę, z którejkolwiek nadchodzili strony, nie mogli w ciasnym przejściu ominąć wyciągniętych dłoni, miseczek i czapek. Na podołek Asji nieraz spadła nieoczekiwana moneta, gdy siedziała zapatrzona w górę. Godzinami pozostając w tym samym miejscu, wstępowała wzrokiem stopień po stopniu, omijała portal kościoła w połowie drogi i myślała, że schody muszą dokądś prowadzić: do świątyni, do domu - a te urywały się i widać było tylko zbyt bliską granicę ziemi i nieba, zbyt zmienną jak na jakikolwiek kres.
Ale na środkowym podeście, naprzeciw bramy, była głęboka nisza w murze przytułku, a w niej Boża Męka za żelazną kratą. Wiele razy Asja przechodziła mimo, aż zdarzyło się kiedyś, że zastała otwarte ażurowe wrota. Mniszki zajęte sprzątaniem nie zauważyły nawet, jak weszła do wnęki - ot tak, bez celu. Stała pod samym krzyżem; tuż nad jej głową - głowa w koronie z prawdziwych cierni. W tej perspektywie twarz Chrystusa wydawała się znajoma. Może z bardzo odległych wspomnień, a może tylko ze snu lub jeszcze mniej uchwytnej dziedziny przeczuć.
To było tuż przed adwentem. Wtedy Asja zaczęła częściej odwiedzać przytułek, gdzie życzliwe siostry miłosierdzia pozwalały jej spać i dawały jeść. Jednak na świętego Andrzeja, gdy w farze był odpust i wokół przytułku krążyło wielu obcych nędzarzy, pątników i klerków, nie chciała korzystać z hojnej tego dnia dobroczynności. Wtedy zdarzyło się to po raz pierwszy.
Z ociąganiem podążała za innymi cmentarną drogą, niezdecydowana, czy w załomach muru, czy w drewnianych budach szukać miejsca nocnego spoczynku, kiedy nagle krzyk dziecka albo ptaka kazał jej obejrzeć się w stronę kościoła. Spojrzała w kierunku głosu, potem raz jeszcze na rozmyte w mroku schody, które dopiero co opuściła. I wtedy wzrok jej uchwycił bliźniaczą Asję. Ta druga Asja siedziała skulona, kołysząc się miarowo jak ona sama przed chwilą... Jakby spóźnione odbicie - nie w wodzie i nie w zwierciadle, ale w kamieniach.

Zanim nadeszła zima i mitręgi związane z tą porą, na jeden dzień opuściła miasto, aby obejść od zewnątrz jego mury, cały czworobok. Widziane od środka blanki i wieże wyglądały znajomo i przyjaźnie, jak ściany rodzinnego domu. Wszystko jednak zmieniło oblicze, kiedy Asja przeszła przez bramę. Z zewnątrz gród sprawiał zupełnie inne wrażenie - jak miasto z pieśni lub z przypowieści. Wyruszyła sama, potem dołączył do niej bezdomny pies, jeden z wielu wałęsających się na obrzeżach. Wędrowała ścieżką wzdłuż obwarowań, czasem podniosła odłupany kamień, albo zerwała młody pęd wciśnięty w szczelinę. Przez całą drogę oglądała mury i ani przez myśl jej nie przemknęło, że mogłaby podziwiać pola i dąbrowy rozpościerające się wokół. Szła bez przerwy, niezbyt szybkim, miarowym krokiem; dopiero gdy znowu jej stopy stanęły w zachodniej bramie, odpoczęła strudzona i odetchnęła z ulgą powietrzem ulicy. Wracała do znajomych kątów z osobliwym przeczuciem, że kiedy zza narożnej kamienicy wyłoni się wnęka zaułku, zobaczy w niej tę drugą Asję, czy też samą siebie.

W święto poszła do franciszkanów. Powoli wspinała się pod górę klasztorną, potem odpoczęła pod figurą Matki Boskiej z utrąconą ręką. Krążyła przez chwilę po zewnętrznym dziedzińcu, słuchając stuku własnych chodaków na oblodzonych kamiennych płytach. Dźwięk ten, szczególnie ten dźwięk, czynił jej obecność w pełni realną. Nie była zjawą ani cieniem snującym się z zaułka w zaułek. Tu istotnie trwała, zwielokrotniona echem. Przez okienko w murze wyjrzała na dziwne, mleczne niebo, które spływało na wzgórza. Dołem sunęły zaprzęgi, kręcili się ludzie, biegały dzieci, lecz ich gwar jej nie dosięgał. Oglądała miasto ciasno zabudowane: uliczki które tyle razy przedeptała, takie głębokie i wąskie, i domy - niemal jeden na drugim... Nagle, pośród przechodniów na rynku, dostrzegła ją znowu - bliźniaczą Asję, kroczącą niepewnie po zamarzniętych kałużach, w stronę, gdzie rynek otwierał się na klasztorną drogę. A oto jeszcze jedna Asja przechodziła właśnie przez mostek nad fosą i omijała uwiązane nieopodal konie. Tymczasem trzecia szła już pod górę kamienną drogą... Nie widziała więcej, bo na dobre rozpadał się śnieg.
Sprawowano sumę. Zrazu Asja stała w przedsionku, ale zwabiło ją migotanie świec na srebrach głównego ołtarza. Przeszła przez boczną nawę, i blisko, tuż przy balaskach, przycupnęła w kącie, pod karcącymi spojrzeniami mieszczan. Nawykłą do otwartych budowli oszołomił zapach kościelnego wnętrza. Wdychała niepowtarzalny bukiet starego drewna, stęchłego nieco powietrza i dymu kadzideł: - zaskakująco przypominał jej woń jaśminu, tak trudną do wyobrażenia w zimie. I trwała pogrążona w nabożeństwie, które dla niej mogłoby nie kończyć się nigdy.
Tego dnia odprawiano też nowennę do patrona i ludzie całowali święte relikwie i składali prośby. Asja nie wątpiła, że święty posiada dość mocy, aby je spełnić, ale ona sama nie miała żadnych próśb.
Potem było wystawienie i natchnione modły starego opata. Odwróciła wzrok od złotej monstrancji, żeby popatrzeć na pochylone czoła wiernych. Widziała strojnie przybrane głowy kobiet, ciemne chustki, tu i ówdzie lśniącą czaszkę mężczyzny lub kędzierzawą czuprynę młodzieńca. Nagle spostrzegła z tyłu u wejścia, w uchylonych drzwiach, jakąś wyprostowaną postać... Śnieg przestał padać i jaskrawe słońce wdzierało się słupem świetlistego pyłu w mrok kościoła. Ostry kontrast oślepił ją na chwilę; powoli jednak, mrużąc oczy, rozpoznała znajomy kształt: wątłe ramiona, opadające spod czepka długie włosy i zbyt obszerną spódnicę. I było coś jeszcze - wysoki kij czy też laska w ręce tej drugiej Asji, która zbliżała się zwolna, spuszczając wzrok, ale nim doszła do ławek, zniknęła w tłumie powstających z kolan. Przebrzmiał głos dzwonków, muzyka rozhuśtała powietrze, i znowu głos opata kołysał Asję pośród kadzidlanych obłoków.
Nie dostrzegła nic więcej. Nie widziała, jak wychodzili ludzie. Dopiero szuranie podeszew klucznika kazało jej opuścić kościół..

Każdego ranka snuła się po ulicach, senna i czujna zarazem. Sprawdzała, czy maszkarony są na swoich miejscach, czy attyki nadal wieńczą budowle, czy wraz z zimowymi wronami nie odleciały kurki z dachów. Nie zawsze udawało się jej ominąć kałużę, gdy tak chodziła z odchyloną do tyłu głową. Czasami zdążyła jeszcze spojrzeć pod nogi i zobaczyć swój zniekształcony obraz rozpryskany na tysiące kropli. Doglądała rudery i kamienice, nawet najmniejsze detale architektury strzeżone były troskliwym spojrzeniem Asji. Znała wszystkie domy, bramy, podcienia - i one zdawały się ją znać. Nawet bruki. Jej stopy pamiętały wypukłości, pęknięcia i szczerby. Jak ślepcy - nie widząc, wiedziałaby gdzie jest.
Tego dnia wcześniej niż zwykle rozpoczęła swoją wędrówkę, uradowana, że brzask obudził ją pierwszą i dał jej w posiadanie niemal całe miasto. Najpierw udała się na rynek, potem mroczną uliczką za spichlerzem doszła do zwieńczonego łukiem przejścia między murami. Było tak wąskie, że dawniej idąc tędy rozpościerała ręce i czubkami palców gładziła kamienie. Teraz także rozkrzyżowała ramiona, a przecież końce jej dłoni nie dostały murów. Minęła wagę miejską i oto była już przed kościołem świętego Wawrzyńca. Przez piwniczne okienko zajrzała do krypty, ale mrok nie zrzedł jeszcze na tyle, by jak zwykle ukazać szeregi spiętrzonych trumien: od spróchniałych, odsłaniających kości po nowe, których liczba ulegała zmianie. Asja dreptała czas jakiś wzdłuż muru, a kiedy całkiem się rozwidniło, poczuła zmęczenie. Przysiadła więc, jak zawsze, na schodach i nie wiedzieć kiedy zapadła w płytki sen. Przez wiele godzin dane jej było tak drzemać w przedwiosennym chłodzie. Niekiedy otwierała oczy, by na wpół przytomnie śledzić przemykających przed nią przechodniów, nędzarzy i straże, po czym znowu zwyciężał sen. Nim się spostrzegła, kościół zamknięto, a żebracy spragnieni spoczynku i ciepła rozpierzchli do swych zakamarków. Zdążyła zaledwie pomyśleć, że została sama, kiedy - czując na sobie spojrzenie - otworzyła oczy. Przed Asją stała jej replika... obok druga i trzecia, aż do jedenastej. Te same zabłocone spódnice, postrzępione chustki, pozlepiane wilgocią pasma włosów. Zupełnie jak ona. Różniły się może pochyleniem głowy, ułożeniem rąk, wysunięciem stopy - jak ktoś jeden zatrzymywany w kolejnych fazach ruchu.
Zalękniona niespodziewanym spotkaniem w tak niewielkiej odległości, próbowała wstać z miejsca, ale zachwiała się i znowu opadła na stopień. Nadal widziała stojące przed nią postaci. Ponowiła próbę, tym razem z powodzeniem. Poczęła mozolnie wycofywać się w górę schodów. Było to jednak zbyt trudne: przydeptywała spódnicę, nie trafiała na właściwy stopień. Wyczerpana dotarła do kapliczki. Boża Męka ginęła w głębokim cieniu, wzrok tonął w pustce wnęki. Asja wsparła plecy o metalowe pręty i ociężale osunęła się po kracie. Na długą chwilę zastygła w odrętwieniu, które nie było snem ani omdleniem.
Kiedy oprzytomniała, tamte Asje nie patrzyły już na nią. Coś się zdarzyło i teraz ona, ona sama, spojrzeniem dwunastu par oczu obejmowała miasto. Mogła jednocześnie oglądać wieże i blanki od frontu i z boku, mogła widzieć otwarte bramy od wschodu i nie zamknięte bramy zachodnie; cienie poddaszy i kamienie węgielne domostw. Dostrzegła nawet gołębie, jak małe obłoki nadlatujące do okien. Ten uszczegółowiony obraz cieszył ją jednak zbyt krótko. W dole zalegał już mrok, ciemność okryła dziedziniec aż po schody. I przyszedł moment, kiedy nagle bardzo wyraźnie ujrzała całość: masyw murów na tle nieba.
Deszcz nie padał, ale gnane wiatrem spiętrzone chmury z nadnaturalną prędkością pędziły za horyzont. W przeciwnym kierunku płynnie i nieuchronnie jak wysoka fala wieże miasta zbliżały się do Asji. Były tuż, kiedy obrzeża obłoków rozjarzył blask zorzy czy może światło księżyca. Wtedy mury rozbłysły przed nią jak klejnot; jak królewska korona zalśniło miasto u jej stóp. W zachwyceniu podniosła się z miejsca, zdziwiona, że z taką łatwością pokonuje opór ciała. Czuła, jak radość odmładza jej kości. Niemal instynktownie wchodziła po stopniach, bez najmniejszego trudu. A miasto wstępowało w ślad za Asją. Wiodła je w górę - chociaż nie miała fletu ani laski - coraz wyżej i wyżej aż na szczyt schodów, skąd nie rozciąga się już żaden widok.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież