• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ariana Nagórska - O wybieraniu i zbieraniu

    NISZA KOZIOROŻCA

    Opublikowanie wyboru wierszy z całego dorobku autora kiedyś było rodzajem nobilitacji, dziś jest tylko standardową procedurą osób nadambitnych. Po wydaniu kilku tomików ponoć (nie wiadomo czemu) przychodzi czas na wybór wierszy – im gorszy poeta, tym bardziej o to sam dba. Dlatego nie przyszłoby mi nawet do głowy takiej zbieraniny tekstów czytać, chyba że z litości po znajomości (jeśli znajomy zachowuje się grzecznie).


    Autora zabiegającego o wybór utworów z własnego dorobku książkowego traktuję po prostu jak nieco śmiesznego maniaka, który SAM SOBIE próbuje postawić pomnik, by go czasem opieszali potomni nie przegapili. Nie ma dla mnie znaczenia, czy pomnik ten będzie kiczem, poprawną artystycznie zawalidrogą, czy arcydziełem, ważne jest tylko to, że źle świadczy o osobowości i zachowaniu tego, kogo przedstawia.
    Wiersze wybrane co chwilę ktoś wydaje, nieciekawy tytuł niektórzy próbują prostymi kombinacjami uatrakcyjnić: słyszałam na przykład, że ktoś wydał wiersze przebrane, inny wyprane, a i rozebranych pewnie by się trochę znalazło. Takie pomysły na szczęście wielkiego myślicielstwa nie wymagają, mogą się więc wybierający własne wiersze swą „pomysłowością" łudzić do woli.
    Dzięki pewnej audycji radiowej zwróciłam jednak uwagę na subtelną, lecz istotną różnicę między wierszami WYBRANYMI a ZEBRANYMI. Prowadzący audycję informował, że skupiona wokół znanego ponoć ośrodka wydawniczego grupa literatów po czterdziestce dawno już zadbała, by wszyscy z jej członków wydali wybory swych wierszy. Chociaż chodziło o literatów raczej przez media nie prze-milczanych, krytyk wyrażał rozczarowanie owymi zbiorami (tu moje wyrazy współczucia, że je w ogóle czytał). Jak było do przewidzenia, nie mógł mimo szczerych chęci zauważyć żadnej indywidualności, wszyscy pisali podobnie („klasyczna" to cecha zarówno członków koterii, jak i wszelkich przeciętnia-ków). Szczególnie zwróciłam uwagę na jedno zdanie: „Cały problem w tym, że autorzy ci wydali, niestety, wiersze ZEBRANE, a nie WYBRANE". Wtedy właśnie zauważyłam, że słowa te często miesza- my, zwyczajowo używamy w sposób mylący lub stosujemy zamiennie (choć równoznaczne nie są).
    Między zbieraniem a wybieraniem jest duża różnica, którą najlepiej wyjaśnić na przykładzie zupełnie prostym, dalekim od poetyckich wzlotów. Idziemy na przykład ZBIERAĆ grzyby. W rzeczywistości jednak musimy je WYBIERAĆ, bo gdybyśmy tylko zbierali (bez wyboru), szybko trafilibyśmy do szpitala lub zgoła na łono Abrahama.
    Już choćby ten grzybowy przykład wskazuje, że aby wybierać, trzeba się na czymś znać, natomiast zbierać może każdy (o ile w swej naiwności nie obawia się efektu finalnego). Wiersze wybrane (niezależnie od tego, czy wybierał je autor, czy inne osoby) zawsze są ciekawsze od tylko zebranych, ze względu na KRYTERIUM, które przy wybieraniu jest konieczne i powinno też zostać określone jasno i precyzyjnie. Gdyby ktoś np. wydał wybór pod tytułem Ulubione wiersze pani Basi (kryterium wyboru zupełnie proste), chętnie sięgnęłabym po taką książkę niezależnie od jej jakości artystycznej, choćby po to, by dowiedzieć się, kim jest pani Basia, jaki ma gust, czy łączy ją z autorem (autorką) wierszy przyjaźń, zazdrość, podziw, rywalizacja? Czy wybiera różną poezję, czy tylko jeden poeta (poetka) jest dla niej wzorem? Jeśli np. autorzy wybierają wiersze, które  zdobyły laury w różnych konkursach, zostały przez kogoś wysoko ocenione, przetłumaczone, prezentowane publicznie, wiążą się z jakimiś ciekawymi zdarzeniami itp. – wszystko to są  cenne kryteria wyboru, których ujawnienie jest KONIECZNE, by jakieś zainteresowanie wzbudzić, choćby u nielicznych. Najczęściej jednak autor nic nie wyjaśnia ani nie przybliża, bo stosuje pseudokryterium najgłupsze z możliwych: wybieram dlatego, że JA to napisałem. Wtedy mamy raczej do czynienia nie z wyborem, tylko ze zbieraniną. Samo JA to niewiele, nawet dwukrotnie powtórzone daje tylko JAJA i nic więcej.
    Jest jednak na szczęście pewna dziedzina, w której właśnie egoistyczne JA może rządzić, jako jedyny arbiter i jedyna motywacja wszelkich poczynań. Chodzi o dziedzinę CZYTELNICTWA. Formułę: „JA – czytelnik –  władca absolutny" z całą bezczelnością powtarzam zawsze i wszędzie. Czytam po to, by SIEBIE wzbogacać, by SOBIE sprawiać satysfakcję, poświęcam SWÓJ czas i pieniądze, nic więc dziwnego, że wyłącznie JA podejmuję decyzje w sprawie wyboru własnych lektur. Tymczasem większość czasopism zwanych z głupia frant „opiniotwórczymi" usiłuje dokonać wyboru  za mnie, dlatego też po nie nie sięgam. Każą ludziom czytać to, co etatowi kolesie wybrali w swych hermetycznych sektach, traktując czytelnika jak pusty worek, który trzeba ich zdaniem fachowo napełnić duchową strawą, produkowaną przez określone firmy kooperujące z redakcją.
    Nie chodzi mi o to, by marudzić na czasopisma, których nie czytam. Choć jako podatnik dokładam się do nich, ich los jest mi obojętny. W kontekście rozważań o zbieraniu i wybieraniu chcę tylko powiedzieć, że  akurat w wypadku czasopisma jego rolą jest ZBIERAĆ na swych łamach różnych autorów, różne teksty i materiały, aby wyłącznie czytelnik mógł z nich WYBIERAĆ! Im więcej nazwisk, utworów, tematów, gatunków literackich i publicystycznych – tym oczywiście lepiej dla czytelnika, bo ma więcej do wyboru. Jako dobry przykład mogę podać majowy „Akant", zawsze bogaty w różnorodne propozycje poetyckie. Właśnie dlatego, że mamy w nim ZBIÓR różnych poetów (wybitnych, niezłych, przeciętnych i beznadziejnych, znanych powszechnie i zupełnie nieznanych, przedstawicieli wszystkich profesji i grup wiekowych, publikujących od lat i dopiero debiutujących) – czytelnik może dokonywać WYBORU!
    Nie mam żadnych wątpliwości, że redakcja mogłaby zapełnić całe łamy wyłącznie poetami uprawiającymi twórczość wysokiej rangi, których prezentowanie przynosi zaszczyt. Jest ich w majowym numerze bardzo wielu. Jednak nie tylko dla nich znalazło się miejsce i to jako czytelnik również sobie cenię. Nie zżymam się nawet na ewidentnych grafomanów (nie więcej niż 5 osób), bo przynajmniej wiem już, czyje „dzieła" od razu pomijać lub poczytać sobie dla śmiechu.
    Chcę jednak przede wszystkim dać wyraz satysfakcji z lektury. Przez całe lata miałam takiego pecha, że WSZYSTKIE wiersze o Janie Pawle II, które różnymi drogami do mnie trafiały, zawsze były szczytem ckliwej lub dętej grafomanii. Przyznaję szczerze, że dwa wiersze Rafała Jaworskiego otwierające majowy „Akant" to moje pierwsze w życiu spotkanie z mistrzowską poezją ujmującą temat papieski. Nazwisko tego autora oczywiście zapamiętam, by w przyszłości i innych wierszy nie przeoczyć. Nie muszę natomiast wbijać sobie do głowy od lat znanych nazwisk tak dobrych poetów, jak Kawiński, Zawadowski, Koźmiński, Utkin, Pietryk – których obszerne prezentacje były prawdziwym rarytasem. Nigdy jednak nie ograniczam się do tych najbardziej eksponowanych. Cieszyło mnie, że mogłam buszować wśród wielu innych utworów i nazwisk, nie tylko po to, by potwierdzić swe uznanie dla wierszy np. Stirmera i Puszczykowskiego (których cenię od lat), ale też móc zainteresować się kimś nowym. Takim wydarzeniem stał się dla mnie jedyny wiersz Arkadiusza Stosura (s.12), którego poezji będę od tej pory poszukiwać, bo przypuszczam, że być może w niczym nie ustępuje tym najszerzej prezentowanym. Wiersze zupełnie mi nieznanej Marzeny Jochymek-Sobczyk, rozrzucone po wielu stronach (to nie zarzut), na każdej stronie od nowa przyciągały moją uwagę. A przecież poetów i poetek był tam cały tłum. Wiersz Sąsiad (s.12) Marii Lotockiej to chyba utwór debiutantki, która jednak potrafi więcej niż niejeden zasłużony. Choć operuje prostym opisem (co w wierszu bywa często szkodliwe dla jego jakości), z nadzwyczajnym wyczuciem waży proporcje między opisem (tło wydarzeń) a obrazem (istotą poezji). Nie pada przy tym ani jedno zbędne słowo, konstrukcja ascetyczna i przejrzysta na przestrzał. Dla mnie warta zapamiętania. I największe zaskoczenie – Marcin Godawa (dwa wiersze na s.15). Nie figuruje on w grudniowym indeksie autorów, widocznie więc zaczyna dopiero publikować w „Akancie". Oby ku mej radości mógł to czynić jak najczęściej! Jest pewne, że wśród wszystkich autorów, których z nazwiska wymieniłam (czy to bardzo znanych, czy nieznanych zupełnie) w ogóle nie ma takich, którzy piszą podobnie. Kto pisze podobnie do wielu innych, czytany przeze mnie nie bywa. Jednak oryginalność wyobraźni i pomysłów wspomnianego Marcina Godawy to coś, co mnie wręcz fascynuje, bo już w tych dwóch wierszach zakasował niejednego mistrza. Tu nie mam wątpliwości, że nawet gdyby coś mniej udanego napisał (w co śmiem wątpić, bo i warsztat ma wszechstronny) i tak byłby absolutnie niepowtarzalny. Jego widzenie świata to unikat, choć wcale nie buja w obłokach i mówi o zupełnie konkretnych sprawach. Trafienie na tego autora traktuję jak dar losu.
    Skoro z jednego numeru czasopisma mogłam wybrać do dalszych lektur aż pięcioro nieznanych mi dotąd autorów, to mogę uznać, że czas na pewno nie został stracony. Stało się tak tylko dlatego, że dano mi obszerny wybór. Czasopisma niedające czytelnikom wyboru prezentują wobec nich typową „pogardę Oświeconych" (to sformułowanie z wiersza Rafała Jaworskiego, „Akant" majowy, s.1). Cóż jednak z „Oświeconych" zbierających się po to, by wybierać samych siebie? Taki wybór nie bywa WYBORNY!

     

    Również tego autora