Czesław Dziemidowicz - Wielki błękit

Część II. Metafizyka

Gdy jeden z greckich filozofów ogłosił światu, że „życie i śmierć to to samo", ktoś zadał mu pytanie: „dlaczego nie umierasz?". Odpowiedział: „życie i śmierć to to samo". Życie i śmierć spotykają się w absurdzie, w braku sensu. Wysiłki człowieka, jakiekolwiek by były, skazane są na zagładę i zapomnienie.

Jeśli człowiek miałby w życiu zdobywać jakieś wartości, to raczej obfitość dóbr materialnych, dostatek pożywienia, relaks seksualny, bezpieczeństwo i przetrwanie w potomkach. Niektórzy filozofowie ogłaszali konieczność umiaru, ale w takim znaczeniu, że można sobie było posiadać niewolników. W tej zwierzęcej perspektywie trudno przebić się przez granice zamkniętego kręgu traktowania życia ludzkiego jako biologii. Nawet największe osiągnięcia i zaszczyty sprowadzają się do realizacji potrzeb zwierzęcych: posiadania jaskini (np. pałacu), wysokiej pozycji w stadzie (stanowiska i urzędu), dostatku pożywienia i odpowiednich wygód (bogactwa).
Jednakże już w okresie paleolitu środkowego, 200-40 tysięcy lat temu, istoty wówczas żyjące miały intuicję, że istnieje świat niedostrzegalny, przekraczający ludzkie doświadczenie, tajemniczy, większy od życia i śmierci. I choć przez tysiące lat świat ten pozostawał poza granicami poznania, stale był obecny w pytaniach o sens życia człowieka.
Jeśli zatem istnieje dla człowieka sens większy niż gonitwa za łupem, to można go odczytać badając kosmos. „Wszystko jest nawzajem powiązane" – mówi Marek Aureliusz – jeden bowiem jest świat, a składa się nań wszystko, i bóg jeden we wszystkim, i jedna istota, i jedno prawo, jeden rozum wspólny wszystkich stworzeń rozumnych i prawda jedna" (ks. VII). I nikt, kto zajmuje się astronomią lub choćby tylko czasem patrzy w niebo wieczorną porą, nie pomija pytania o Boga. „Kto nie wie, czym jest świat, ten nie wie ani kim jest sam, ani czym jest świat. A kto nie zna jednej z tych dwu rzeczy, ten nie może też powiedzieć, po co on sam się urodził" (ks. VIII) – tak mówi Marek Aureliusz, a ja mu wierzę. Dodam jeszcze od siebie, że jeśli nie ma sensu we Wszechświecie, to nie ma go nigdzie.
Zwracam się jeszcze do wielkich filozofów humanizmu z pytaniem o sens metafizyczny. Zapytam o to J.P. Sartre’a, F. Nietzschego i T. Kotarbińskiego.
Gdy w ostatnich latach XIX wieku F. Nietzsche redagując swego „Antychrysta" ślęczał nad Ewangeliami, zanotował uwagę, że dla zrozumienia Jana Chrzciciela przydałby się „jakiś Dostojewski".
Otóż pod koniec XIX wieku Fiodor Dostojewski wydaje serię powieści, które poruszyły filozofów. W „Zbrodni i karze" pokazuje duchową śmierć człowieka, śmierć inną niż biologiczna. Po Dostojewskim nie można już mieć wątpliwości, że żyjąc w sprzyjających biologicznie warunkach można być trupem. A także, że ze stanu śmierci aksjologicznej można wrócić do życia. Tak o synu marnotrawnym mówił Jezus z Nazaretu: „zaginął, a odnalazł się, był umarły, a ożył". Tę tajemniczą sferę śmierci i życia poza biologią Dostojewski wypreparował z precyzją utalentowanego psychiatry.
Iwan Karamazow z innej powieści Dostojewskiego ogłosił, że wystarczy ludzi pozbawić wiary w Boga, a wszystko będzie dozwolone, nic bowiem nie będzie niemoralne. Ponadto dla ludzi, którzy w Boga nie wierzą, egoizm posunięty do zbrodni staje się niezbywalnym prawem i najrozsądniejszym wyjściem z ich sytuacji.
Oto w salonie filozofów pojawia się Jean Paul Sartre (1905-1980). Ogłasza on światu, że życie i śmierć – to absurd: „Jest absurdem, że się rodzimy i absurdem, że umieramy [...] realność ludzka jest swą własną nicością" (Byt i nicość"). Życie człowieka nie ma sensu, bo kończy się śmiercią, śmierć nie ma sensu, bo życie nie ma sensu. Tymczasem trzeba przejść przez piekło, którym są inni ludzie.
Człowiek rodzi się z przypadku i bez celu, bo nie istnieje Bóg, który by człowieka wyposażył w jakiś cel, wartości czy zadania. Człowiek rodzi się na pustyni aksjologicznej i jest czystą egzystencją (bytem bezwartościowym). Jeśli kimkolwiek kiedyś będzie, to tylko dzięki sobie. Wybrany wzór samego siebie – to esencja. Zawsze egzystencja poprzedza esencję. Jednak człowiek nie ma nic, na czym mógłby się oprzeć, jest zatem odpowiedzialny wyłącznie sam przed sobą. Ale zarówno egzystencja, esencja, jak i wolność mają wymiar tragiczny, bo wszelkie ludzkie wysiłki są podróżą ku śmierci, człowiek jak liść na wietrze. Tak się sprawy mają, gdy się prawdzie spojrzy w oczy, a taki obraz człowieczeństwa – to humanizm, a prawdziwy humanizm – to ateizm.
„Egzystencjalizm – pisze Sartre – stwierdza, iż jest bardzo kłopotliwe, że Bóg nie istnieje, gdyż wraz z nim znika cała możliwość odnalezienia wartości w świecie idei. Nie może istnieć dobro a priori, gdyż nie ma świadomości nieskończonej i doskonałej [...] Dostojewski napisał: »Jeśli Boga nie ma – wszystko wolno«. To właśnie jest punktem wyjścia egzystencjalizmu" („Egzystencjalizm jest humanizmem"). Jeden z bohaterów literackich Sartre’a mówi: „Ja tylko istnieję, ja sam zdecydowałem o złu, sam wynalazłem dobro, sam oszukiwałem, sam czyniłem cuda, sam się oskarżam i sam siebie mogę rozgrzeszyć – ja człowiek. Jeśli Bóg istnieje – człowiek jest nicością" („Diabeł i Pan Bóg"). Tak więc  z Bogiem czy bez Boga, człowiek jest niczym. Choć Sartre miał świadomość swojej wolności i odpowiedzialności, odczuwał je jako ciężar. Trudno być wolnym i odpowiedzialnym, gdy nie można odróżnić dobra od zła.
Dlaczego egzystencjalista, który tworzy własne wartości i własną odpowiedzialność, pozostaje w stanie wiecznego pesymizmu i tragizmu? Dlaczego wyzwoliwszy się z iluzji Boga nie stwarza sobie szczęśliwego świata? W filozofii Dostojewskiego istnienie sfery ludzkiej, zdolnej obumierać i wracać do życia wynikało z istnienia Absolutu. W dziele Sartre’a brak Absolutu sprawia, że człowiek wyzwolony od metafizyki, sprowadzony do żywej materii (egzystencji) nie może wyzwolić się z absurdu.
Sartre zapewne nie zdawał sobie sprawy z tego, że czasem pisał jak prorok biblijny. „Widziałem wszystkie sprawy, które się dzieją pod słońcem, a wszystko to jest marnością i gonitwą za wiatrem (ks. Kazn. I:14). „Tylko jak tchnienie jest wszelki człowiek, choć pewnie stoi. Zaprawdę, człowiek przemija jak cień. Zaprawdę, na próżno się miota" (Psalm 39). „Dni człowieka są jak trawa, ta kwitnie jak kwiat polny. Gdy wiatr nań powieje, już go nie ma" (Psalm 103). „Wy, którzy nie wiecie, co jutro będzie. Bo czymże jest życie wasze? Parą jesteście, która ukazuje się na krótko, a potem znika" (Jak. IV:14).
Skąd ta zbieżność? Z punktu widzenia wielu autorów biblijnych życie człowieka i świat dzieją się zgodnie z prawami fizyki i biologii. Niedostrzeganie śladów Boga w świecie materialnym jest zupełnie normalne. Wszechświat, przyroda, prawa fizyki i historia powszechna – są te same dla wszystkich ludzi. To jest ten sam świat, świat piękna, zbrodni i przemijania. Pisze o tym również wybitny teolog chrześcijański, prof. Tadeusz Bartoś: „Boga nie ma poza Jezusem – nazwanym boskim Logosem. Można powiedzieć, że dla chrześcijan Bóg poza Nim nie istnieje. Wypowiedziane w ten sposób boskie nieistnienie (swoisty «ateizm») zaczyna się jawić jako droga do religii oczyszczonej z iluzji" (s. 500). Świat pełen objawień, uzdrowień, znaków i cudów – to chrześcijaństwo w wersji dla ubogich.
Sartre zabiegał o uznanie swego egzystencjalizmu za teoretyczną podstawę komunizmu praktycznego w Związku Radzieckim, ale zabiegi te się nie powiodły, bo komunizm radziecki ogłosił własną teorię: humanizm marksistowsko-leninowski. Humanizm radziecki nie głosił, że człowiek jest nicością, przeciwnie: człowiek jest wartością najwyższą. Poeta rewolucyjny, W. Majakowski zauważył jednak w jednym ze swych wierszy, że „jednostka zerem" i gdy już zrozumiał to, co sam napisał, skazał się na śmierć.
J.P. Sartre osobiście poznał tow. Stalina na Kremlu i uścisnął mu dłoń. Gdy już poznał wielkiego wodza narodu radzieckiego i rozmiary zbrodni stalinowskich, stwierdził za propagandą sowieckich funkcjonariuszy, że są to konieczne koszty wielkich przeobrażeń społecznych. Mówił to ten, który wczoraj zastąpił Boga humanizmem.
W zasadzie wszystko się zgadza: poza metafizyką człowiek jest nicością, „zerem", przed nikim nie odpowiada, sam sobie ustanawia kryteria dobra i zła, i jedynym rozsądnym wyjściem z jego sytuacji jest prawo do zbrodni (co przecież tak świetnie przewidział Fiodor Dostojewski. I ten natchniony humanizm okazał się przepisem na ludobójstwo.
Na gruzach metafizyki, innego rodzaju humanizm zbudował Fryderyk Nietzsche (1844-1900). Człowiek jest zwierzęciem, a „funkcje zwierzęce" są przecież zasadniczo milion razy ważniejsze aniżeli piękne stany ducha i szczyty świadomości" (1910, s. 367). Wszechświat to chaos pozostający poza wszelką logiką i racjonalnością. W szczególności nie ma Boga: „Mścił się na garnkach i stworzeniach swych za to, że mu się one nie udały [...] Precz z takim Bogiem! Lepiej żadnego Boga, lepiej na własną rękę dolę swą zdziaływać. Lepiej szaleńcem być, lepiej samemu Bogiem się stać" (1990, s. 323). „Nie masz ani rozumu, ani myślenia, ani świadomości, ani duszy, ani woli, ani prawdy: wszystko to fikcje do niczego nieprzydatne" (1910, s. 302). I powtarza Nietzsche dowcip zasłyszany u Stendhala: „Jedynym usprawiedliwieniem Boga jest to, że nie istnieje" (1989, s. 34). Chrześcijaństwo – pisze Fryderyk z Bazylei – wychodzi z założenia, że człowiek nie wie, wiedzieć nie może, co jest dlań dobrem, co zaś złem: wierzy w Boga, który sam jeden wie" (1991, s. 69). Kościół chrześcijański nie zostawił żadnej rzeczy nietkniętej swym zepsuciem [...] pasożytnictwo jako jedyna praktyka Kościoła [...] przeciw zdrowiu, piękności, pomyślnemu udaniu się, waleczności, duchowi, dobroci duszy, przeciwko samemu życiu [...] zwę chrześcijaństwo jednym wielkim przekleństwem, zepsuciem, jednym wielkim pragnieniem zemsty [...] zwę je jedną nieśmiertelną, hańbiącą plamą ludzkości" („Antychryst").
Natura – według Nietzschego – nie zna pojęcia dobra i zła, zwierzęta kategorii tych nie potrzebują. „Obyście byli przynajmniej jak zwierzęta doskonali, udziałem zwierzęcia jest niewinność [...] poza dobrem i złem twoje jest królestwo" (1990, ss. 62, 388). Stąd właśnie wyłoniła się idea „bestii płowej", „nadczłowieka", który niszczy wszystko, co słabe i chore. Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone" – jakby parafrazował Iwana Karamazowa (1990, s. 339). Gdy mowa o ataku Nietzschego na Kościół, to warto pamiętać, że w samej Biblii jest wiele tekstów krytycznych wobec instytucji religijnych. U Izajasza: „Mnożycie modlitwy, których nie wysłuchuję, bo wasze ręce są pełne krwi przelanej" (Iz : 15). Cała Księga Ozeasza opisuje zdemoralizowaną religię jako zdradę i prostytucję. O przedstawicielach religijnych, „uczonych w Piśmie" Jezus mówił: „groby pobielane". „Obłudnicy, obchodzicie morze i ląd, aby pozyskać jednego współwyznawcę, a gdy nim zostanie, czynicie go synem piekła dwakroć gorszym niż wy sami (Mat. XXIII: 15). Święty Jan od Apokalipsy opisuje zdemoralizowaną religię jako rozpijaczoną prostytutkę, rozłożoną na siedmiu wzgórzach (Ap XVIII:4). Teksty antykościelne Nietzschego nie dorównują czasem dosadnością tekstom biblijnym. A w krytyce Boga, po odjęciu poetyckiej furii, pozostaje tylko zwątpienie...        
Filozofia Nietzschego został kiedyś odczytana jako zapowiedź faszyzmu, choć autor „Antychrysta" daleki był od propagandy politycznej. Legenda niesie, że gdy Fryderyk przeżył już „zmierzch bogów", gdy znalazł się daleko „poza dobrem i złem", z czułością przytulił się do konia, jakby u niego szukał schronienia i czułości. Rozedrgany, samotny. Napisał kiedyś: „Niebezpieczniej mi było wśród ludzi niż wśród zwierząt" (1990, s. 22). Co przeżywał? Może zwątpił w „nadczłowieka"? Przydałby się jakiś Dostojewski... Napisał kiedyś wierszem: „żem wygnańcem jest z dziedzin wszelkiej prawdy, szaleniec tylko, tylko poeta" (tamże, s. 374). Nietzsche nigdy nikomu nie wyrządził najmniejszej krzywdy, dziś nie bardzo wiadomo, co kryło się najgłębiej w jego sercu.
Nietzsche, jak potem Sartre, nie odnalazł sensu w świecie, choć już się wydawało, że sens jest w człowieku, w humanizmie. Leszek Kołakowski, komentując zmagania Nietzschego w świecie bez sensu i bez Boga, by bez iluzji nieść brzemię życia, pisze: „Nie zdołał jednak wyjaśnić, skąd bierze się wartość godności, dlaczego nie miałaby być ona jeszcze jednym samookłamywaniem się, dlaczego mielibyśmy na niej polegać, zamiast popełnić samobójstwo albo oszaleć, co sam w końcu miał uczynić" (1987, s. 140).
W czasie, gdy jeszcze żywa jest pamięć F. Nietzschego, i gdy dzieło Sartre’a zatacza szerokie kręgi sławy, w Polsce problematykę sensu w świecie bez Boga podejmuje Tadeusz Kotarbiński (1886-1981). „Byłoby bardzo źle – pisze – gdyby utrata wiary religijnej miała pociągnąć za sobą z koniecznością ruinę moralności. W takim razie demoralizacja byłaby pospolitym następstwem oświecenia" (1987, s. 174).
Od roku 1952 tworzy system „etyki niezależnej" od filozofii i religii. „Nie potrzeba żadnych uzasadnień pozaludzkich [...] aby rozwinąć treść istotną etyki racjonalnej. Jeśli się wydaje komuś, że mądrość życiowa wymaga objawienia bożego, wiedzy nadprzyrodzonej, wiary w życie pośmiertne, myli się tak samo dogłębnie, jakby się mylił ktoś, kto by uważał racje tego rodzaju za potrzebne do rozumnego uprawiania rzemiosła (tamże, s. 394).
Przeciw etyce chrześcijańskiej ma Kotarbiński jeden zarzut generalny: etyka ta zabrania przeciwstawiania się złu. Istotnie, w Kazaniu na Górze Jezus naucza: „Słyszeliście co powiedziano, oko za oko, ząb za ząb. A ja wam powiadam: nie sprzeciwiajcie się złu, a jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu drugi" (Mat. V: 38-39). Jak bronić ludzi przed agresją i nieszczęściem, gdy nie wolno przeciwstawiać się złu? Dla Kotarbińskiego to sprzeczność usprawiedliwiająca bezczynność w sytuacji zagrożenia. Ma też etyce chrześcijańskiej za złe, że pomija problematykę szacunku dla zwierząt.
„Uzasadnienie religijne czegokolwiek, a więc i uzasadnienie religijne wskazań i mądrości życiowej ma tę wadę, że da się słusznie porównać do budowania zamku na lodzie. W promieniach jasnego rozeznania lód mniemań urojonych topnieje, znika i zamek na nim ugruntowany zapada się w odmęty" (tamże, s. 470). Filozof obracający się w kręgu materializmu nie może poprzestawać na najgłębszym nawet przekonaniu zrodzonym gdzieś w dzieciństwie, wszak Kotarbiński przyznaje, że utracił wiarę w Boga, gdy miał lat 12. Jednocześnie dziwi się, że można godzić pewne napięcie inteligencji z wyznawaniem jaskrawych irracjonalności. Ma jednak żywą sympatię dla tych spośród duchownych, którzy swe powołanie upatrują w dopomaganiu duszom niedorosłym do samodzielności myślenia krytycznego i potrzebują pociechy w postaci praw moralnych owiniętych w opłatek świętej ułudy (tamże, s. 207).
W roku 1958 zagadnienie etyki niezależnej podejmuje ks. Karol Wojtyła. „Aby sensownie mówić o etyce niezależnej – pisze ów autor – ażeby zbudować jej program, należałoby naprzód wykazać, udowodnić niezbicie, że człowiek jest bytem niezależnym. Tylko taki bowiem byt miałby prawo do moralności, której zasady określi mu etyka niezależna" (1983, s. 8). Kilkadziesiąt lat później, już jako papież, wypowie słowa: „Świat bez Boga jest światem bez wartości". Trudno w to uwierzyć, gdy się ma przed sobą etykę niezależną Kotarbińskiego. Wiary w Boga nie można ani nakazać, ani zabronić. Dowodziło się już istnienia Stwórcy wybijaniem zębów i łamaniem kości, ale i walka z Bogiem ma swoje krwawe karty historii. Nie tędy droga....                                                
Tadeusz Kotarbiński raz tylko powołał się na Fryderyka Nietzschego: „Inteligenci biologicznie wykształceni, zwątpiwszy o celowości moralnej w urządzeniu świata, przejąwszy się zwierzęcym pochodzeniem człowieka, uwierzywszy w zasadę walki o byt jako naczelną dźwignię postępu – zbrutalizowali wytyczne żywota. Oto wyniki – ideałem został zwierz zwycięski, zwyciężający mózgiem zamiast pazurów. Oto słynne powiedzenie nihilisty sprzed półwiecza: »Opatrzności nie ma, dusza – to komórka, a przeto ojca spoliczkować wolno«. I cóż się stało za sprawą rozumu z cnotami pokory wewnętrznej i zdolności do przebaczania? Kto teraz nadstawi drugi policzek, by dobrocią nawrócić złoczyńcę na drogę dobroci? Chyba ów ojciec tradycjonalista, zmaltretowany przez postępowego syna" (1987, s. 95). Pisze to autor, któremu K. Wojtyła odmówił prawa do etyki niezależnej.      
Ateistyczny autor sam sobie najlepiej wyjaśnił zasadę Jezusa z Nazaretu o niesprzeciwianiu się złu, wszak nie chodzi o nadstawianie drugiego policzka, ale o zatrzymanie lawiny odwetu, która się wylewa na pokolenia. Kotarbiński pisze: „Kto policzkuje bezbronnego jeńca dla własnej satysfakcji – jest zbrodniarzem" (tamże, s. 266).
T. Kotarbiński stworzył wzorzec spolegliwego opiekuna, wywodząc ów wzór z tradycji: „Miałem na myśli przeniesienie wzorów etyki rycerskiej w jej najlepszych wydaniach do codziennych [...] powinności. A zarazem laicki, nawet antyreligijny nurt zawarty programowo w haśle »etyki niezależnej« od tradycyjnych uzasadnień metafizycznych" (1986, s. 342). I podaje przykład Janusza Korczaka, który „świadomie odmówił ochrony własnej, poszedł na mękę, aby do końca dopełnić zadanie opieki nad tymi, którzy mu zaufali" (tamże, s. 31). Zasada dzielnej opieki, którą ów autor wywodzi z tradycji rycerskiej, w rzeczywistości ma źródła biblijne: „Nie masz większej miłości, gdy kto duszę swą kładzie za przyjaciół swych" (Jan XV:13).
Ale dla zobrazowania ludzkiej podłości podaje przykład Judasza apostoła. Mówiąc o postaciach literackich, stanowiących wzór moralny, pobudzający wyobraźnię i uczucia, wymienia Jezusa: „Otóż postać Jezusa z Nazaretu, uwierzytelniona w rozmaitych legendarnych formach jest jedną z takich postaci i nie ma żadnego powodu, żeby świadomość walorów moralnych tego, co ta legenda tej postaci przypisuje, znikła przez to, że się odejmie od niej iluzoryczne znamiona bóstwa" (tamże, s. 33). I choć wielokrotnie podkreśla antymetafizyczny charakter swej „etyki niezależnej", pisze jednocześnie: „przede wszystkim ta moralność, o którą mi dziś chodzi – jest kontynuacją dawnej w zakresie etycznym. Dlatego, że moralność spolegliwego opiekuna to jest pewna interpretacja starej moralności miłości bliźniego" (s. 33). Swą etykę niezależną nazywa „etyką litości" i „chrystianizmem" (1987, s. 85). Etyka litości w przeciwieństwie do utylitaryzmu moralnego, sławiącego dążenie do szczęścia, podejmuje walkę ze złem, dlatego „gospodarstwo ważniejsze jest od sztuk pięknych, a szpitale od sal koncertowych".
Człowiek nie musiał troszczyć się o Wielki Wybuch, o powstanie atomów, gwiazd, galaktyk, Układu Słonecznego i praw fizyki. Być może nie musi także stwarzać sensu własnego, gdyż on istnieje tak jak prawa fizyki. Być może wystarczy go tylko odnaleźć i zrozumieć. Czy istnieje taki sens, któremu człowiek podlega, zanim się urodzi? Czy istnieje takie Prawo, Sens, Tajemnica, Prawda, Logos, Duch, Absolut, Sacrum, Bóg? To jest pytanie o metafizykę. Zaprezentowani tu filozofowie odpowiadali jednoznacznie: nie, nie istnieje. A przecież to tylko założenie, a nawet osobiste wyznanie wyprowadzone z przekonania, czyli „z niczego", a czasem z historii świata. Wyznanie osobiste metafizyki ani nie powołuje, ani nie obala. Filozofowie, o których tu pisałem, uwikłali się w rozmaite błędy i zatrważające konsekwencje, i ujrzeli pustkę swych wizji. T. Kotarbiński próbował ratować pustkę po Bogu systemem etyki niezależnej, wiedząc, że ludzie sami na siebie liczyć nie mogą. Jednakże ta antymetafizyczna etyka okazała się być najwyższym przykazaniem Jezusa Nazaretu.
Oto co o związku wiary w Boga z moralnością i kondycją ludzką mówi św. Paweł: „Choćbym miał wiarę, co góry przenosi, a miłości bym nie miał, byłbym niczym" (I Kor. XIII: 2).
A gdybyś miał miłość, która góry przenosi, a Boga byś nie znał, kim byłbyś?
c.d.n.

Bibliografia:
Aureliusz M.: Rozmyślania, Warszawa 1984, PWN
Bartoś T.: Koniec prawdy absolutnej, Warszawa 2010, Wyd. AB 
Kołakowski L.: Jeśli Boga nie ma, Londyn 1987, Wyd. Aneks
Kowalczyk S.: Człowiek w myśli współczesnej, Warszawa 1990, Wyd. Michalineum 
Kotarbiński T.: Pisma etyczne, Wrocław 1987, Ossolineum
Medytacje o życiu godziwym, Warszawa 1966, Wiedza Powszechna
Myśli o ludziach i ludzkich sprawach, Wrocław 1986, Zakład Narodowy im. Ossolińskich   
Nietzsche F.: Antychryst, Warszaw 1908
Wola mocy, Warszawa 1910-1911
Ecce homo, Warszawa 1989, Wyd. Bis
Tako rzecze Zaratustra, Warszawa 1990, wyd. Bis
Zmierz bożyszcz, Warszawa 1991, Wyd. Bis       
Wojtyła K.: Elementarz etyczny, Lublin 1983, TN KUL

.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież