Juliusz Łyskawa - Cierpienia młodego Wertera

Są takie chwile, które samobójcy nazwaliby kluczowymi, gdyby mogli jeszcze cokolwiek nazywać. Oto jedna z nich. Tymczasem na moim balkonie stanął Werter.
–Cześć, jestem Werter.
–Młody? – zapytałem.
Werter pobłażliwie skrzywił usta porośnięte młodzieńczym meszkiem. Żeby być bardziej symbolicznym, miał do tego jeszcze młodzieńczy trądzik. Mimo wszystko chciałem się upewnić: – Ten od Goethego?
–A słyszałeś, chuju, o jakimś innym Werterze?
Tym samym mnie upewnił. Kiedy tak siedzieliśmy (poczęstowałem go papierosem; zrobiłem kawę) powiedział mi, że w „takich chwilach" ci najdzielniejsi skaczą. Ci tchórzliwsi mówią: idę spać, niech ten dzień się już skończy, jutro będzie lepiej. Albo zaczynają pić. Albo dają sobie w żyłę, albo wchodzą w czyjeś ciało, albo czyjeś ciało w swoje wprowadzają. Sposobów jest kilka. Żaden nie jest skuteczny. Teoretycznie tylko asfalt. Ale w sumie, co to za rozwiązanie?
Mocne słowa jak na Wetrera.

Beuys

Okleili mi pęknięta nogę miękką watą i ciekłym gipsem – budulcem, opoką bezpieczeństwą częścią domu – coś zniszczonego wzięto w ochronne kleszcze. Lekarze w białych kitlach dywagowali nad moim kalectwem. Robiono mi zdjęcia. Gips zmieniał się, ciekła, maziowata materia przemieniła się w twardy monolit. Przez dwa dni skakałem na jednej nodze, obnosząc się ze słabością monolitu, dając mu czas – c z a s – na zastygnięcie, na pełne osiągnięcie swej funkcji. Wzbudzałem uczucia wśród obserwujących mnie widzów. Komentowali mnie. Mnie, gips, nogę, rzeźbę. Po dwóch dniach zastygł całkowicie, zacząłem stąpać. Chcąc obmyć się z brudu, skalałem gips wodą z mydłem. Zaczął intensywnie pachnieć. Nieprzyjemna woń wyniknęła z chęci zabicia nieprzyjemnej woni. Komentowano moje niechlujstwo. Siódmego dnia gips pękł. Pęknięta noga – źródło ruchu – w pękniętym gipsie – antytezie bezpieczeństwa. Łydka nabrzmiała, gips ranił skórę na piszczeli, a w międzyczasie, każdej nocy, wbijałem w siebie igłę, wstrzykując płyn zapobiegający utracie władania w nodze. Gips kruszył się. Z każdym krokiem zostawiałem za sobą białe pointylistyczne obrazy cierpienia. Otulał mnie mglisto-biały deszcz zniszczenia. Wczoraj otuliłem nogę butem z owczej wełny. Stopa zaczyna się gotować i skraplać. Kolejne stadia epifanii, kolejne kroki w ciągłym stawaniu się dzieła totalnego. Wierzę, że ten chaos doprowadzi mnie do jakiegoś porządku.

Śmierć pisarza z naprzeciwka

W bloku naprzeciwko mieszka pisarz.
Może nie jest pisarzem, aleja go tak nazywam. Światło pali się u niego tylko w nocy. Tak od dwudziestej trzeciej do dziesiątej. Cała ściana to regał z książkami, a on siedzi nieruchomo – chyba przed monitorem. No to pisarz, tak? Co prawda przeciwko jego pisarstwu świadczy to, że nigdy nie widziałem go z papierosem a tylko raz na balkonie – wywieszał akurat flagę na jakieś święto. Z drugiej strony ledwo się rusza, jest pokurczony i ma koło osiemdziesiątki.
No więc od tygodnia światło się nie pali. Pomyślałem, że może umarł. Nie wiem.
Może.
Kotku, a wyobraź sobie, że my mamy po osiemdziesiąt lat, mieszkamy w kawalerce, no i mówię ci właśnie, że nie no, teraz to już na pewno mnie wydadzą, a ty odpowiadasz eeeeeeeeeeee, bo twój mega–cybemetyczny aparat słuchowy się rozpieprzył i nie kumasz ani słowa. A naprzeciwko taka fajna młoda dupa tańczy sobie nago w oknie, po czym siada do pianina, a zza jej pleców wyłania się chłopak w kapeluszu i wyłazi z kawą na balkon co by zapalić papieroska...
– O, kurwa – powiedział kotek. – Zabilibyśmy się.
No... Właśnie.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież